„21 stycznia ktoś odwiedził grób mojej babci. Jak to jest możliwe, że przez całe życie kłamała mi prosto w oczy”
„Co roku, 21 stycznia, chodziłam na grób babci bardziej z obowiązku niż z tęsknoty. Zawsze było tam cicho, czysto i palił się ten sam czerwony znicz, zapalony przez kogoś przede mną. Przez lata wydawało mi się to miłe. Dopiero gdy postanowiłam sprawdzić, kto i dlaczego to robi, odkryłam historię, która kazała mi spojrzeć na babcię zupełnie inaczej”.

- Redakcja
Na cmentarzu zawsze panowała ta sama, niemal nieruchoma cisza. Co roku, 21 stycznia, szłam tam z uczuciem obowiązku, niekoniecznie tęsknoty. Grób mojej babci był zawsze uprzątnięty, a obok mojego znicza palił się już inny – czerwony, nieduży, ten sam od lat. Przez długi czas wydawało mi się to zwyczajnie miłe. Może sąsiadka, może ktoś z sąsiedztwa z dzieciństwa. Dopiero niedawno zainteresowało mnie, kto to robi i dlaczego. Odpowiedzi nie szukałam długo. Kiedy już ją znalazłam, cała moja pamięć o babci zaczęła pękać w miejscach, których wcześniej nie dostrzegałam.
Znicz na śniegu
Tego dnia śnieg przykrył alejki jak biały obrus. Nie było jeszcze południa, a cmentarz świecił pustkami. Pamiętam, że nawet nie wiało – tylko mróz skrzypiał pod butami. Niosłam biały znicz, taki sam jak co roku. Gdy doszłam do grobu babci, coś mnie zatrzymało.
Stał tam już znicz. Czerwony, szklany, lekko osmalony. Dokładnie taki sam jak rok temu. I jeszcze wcześniej. Zawsze pojawiał się pierwszy, zanim ja zdążyłam zapalić swój. Niby drobiazg, ale coś mnie tknęło.
Rozejrzałam się. Nikogo nie było. Grób wyglądał schludnie – ktoś go musiał odśnieżyć. Babcia nie miała wielu przyjaciół, nie była typem towarzyskim. Przez większość życia była szorstka, wymagająca. Kochała po swojemu – bez uścisków, bez ciepłych słów. Dzieciństwo przy niej przypominało nieustanny test z posłuszeństwa. Mimo to chodziłam na jej grób z przyzwoitości. Z przyzwyczajenia.
Schyliłam się, by postawić swój znicz. I wtedy zobaczyłam ślady. Świeże, głębokie, męskie buty. Zdecydowane kroki prowadzące w stronę alejki. Poczułam, jak moje serce lekko przyspiesza.
– Ktoś tu był przed chwilą – powiedziałam do siebie.
Widniał napis: rok 1968
Wróciłam do domu z głową pełną niedokończonych myśli. Przez całą drogę próbowałam przypomnieć sobie, czy babcia mogła mieć jakiegoś znajomego, o którym nikt nie wiedział. Wujek? Ktoś z przeszłości? Kiedyś mama wspominała coś o jej młodości, o jakimś mężczyźnie, ale temat szybko się urwał. Babcia była kobietą milczącą i zasadniczą. Niewiele mówiła o tym, co było „przed nami”.
Wieczorem otworzyłam stare pudełko ze zdjęciami. Jedno z nich zatrzymało mnie na dłużej – czarno-białe, trochę przetarte. Babcia miała na nim może dwadzieścia lat. Obok niej stał mężczyzna, którego twarzy nie potrafiłam dopasować do żadnej znanej mi historii rodzinnej. Trzymał ją za rękę. Coś w tym geście było zbyt czułe jak na jej późniejszy chłód.
– Kim ty jesteś? – zapytałam w powietrze, obracając zdjęcie.
Z tyłu widniał tylko krzywo nabazgrany napis: rok 1968.
Zaczęłam wypytywać mamę. Najpierw rzuciła tylko:
– Daj spokój, to stare sprawy.
Kiedy naciskałam, zirytowała się:
– Niech ta kobieta chociaż po śmierci ma spokój. I ty też sobie odpuść.
Tylko że ja nie potrafiłam. Ktoś co roku stawiał znicz na jej grobie, a ja chciałam wiedzieć dlaczego.
W końcu go zobaczyłam
Rok później poszłam na cmentarz jeszcze raz, tym razem znacznie wcześniej. Schowałam się za rzędem tuj, patrząc na grób babci z oddali. Mróz szczypał mnie w twarz, ale czekałam. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Może kogoś z przeszłości, może zupełnie obcego człowieka. I w końcu zobaczyłam go.
Wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu. Powoli podszedł do grobu, wyjął czerwony znicz z reklamówki i postawił go z ostrożnością, jakby dotykał czegoś delikatnego. Przez chwilę tylko stał i patrzył. Potem się odwrócił. Gdy przeszedł obok mnie, nasze spojrzenia się spotkały.
– Dobry wieczór – powiedziałam, jakby mimochodem.
Zmrużył oczy, jakby mnie rozpoznawał, ale nic nie odpowiedział. Minął mnie i poszedł w stronę wyjścia. Serce waliło mi jak młotem. Zawahałam się tylko chwilę, po czym ruszyłam za nim.
Dogoniłam go przy bramie.
– Przepraszam… kim pan jest? – zapytałam.
Spojrzał na mnie z niechęcią.
– To nie pani sprawa.
– To grób mojej babci.
Milczał przez dłuższą chwilę, po czym rzucił:
– Dla mnie była kimś zupełnie innym.
I odszedł, zanim zdążyłam zadać kolejne pytanie.
Skandal sprzed lat
Nie mogłam przestać o nim myśleć. Miał może siedemdziesiąt lat, poruszał się z godnością, ale z jakimś cieniem w oczach. Przez kilka dni próbowałam go znaleźć – pytałam w pobliskim domu opieki, zagadywałam starszych ludzi na cmentarzu, nawet pokazałam jego opis pani z kwiaciarni przy bramie.
Pewnego popołudnia jedna z nich, staruszka o wyraźnym spojrzeniu, spojrzała na mnie uważnie.
– A, to pewnie pan Roman. On tu często chodzi. Taki zamyślony.
Zapytałam o nazwisko. Skinęła głową i podała. Roman K. Wróciłam do domu i otworzyłam komputer. Wpisałam imię, nazwisko i nazwę naszej miejscowości. Nie musiałam długo szukać. Znalazłam nekrolog sprzed kilku lat – jego żona zmarła w 2019 roku. Ale najwięcej powiedziała mi inna notka – archiwalny artykuł z lat 70. o pewnym skandalu. Niewielki tekst o „głośnym rozpadzie rodziny z powodu romansu”.
Na zdjęciu sprzed lat – ten sam mężczyzna co na zdjęciu babci. Nagle wszystko zaczęło wskakiwać na swoje miejsce. Zaczęłam rozumieć, że babcia była tą „inną”. A może to on był „innym”? Tego nie wiedziałam jeszcze na pewno, ale czułam, że byłam o krok od prawdy.
Opowiedział mi wszystko
Wiedziałam, gdzie mieszka. Nie było to trudne – miasteczko było małe. Pojechałam tam w sobotę. Z duszą na ramieniu zapukałam do drzwi małego domku na skraju miasta. Otworzył mi po chwili – ten sam mężczyzna, lekko zdziwiony, ale nie zaskoczony.
– Przyszła pani zapytać o Halinę – powiedział, zanim zdążyłam się odezwać.
Skinęłam głową. Zaprosił mnie do środka.
Usiedliśmy przy kuchennym stole. Zaparzył herbatę i postawił przede mną filiżankę z wyszczerbionym uchem. Przez chwilę panowała cisza.
– Kochałem ją – powiedział cicho. – Była moją pierwszą miłością. I ostatnią.
Opowiedział mi wszystko. Spotykali się przez pięć lat. W tajemnicy. On był żonaty, miał dzieci. Ona wiedziała, że nigdy nie odejdzie od rodziny. Nie prosiła. Wystarczało im to, co mieli. Spotkania w lesie, listy, rozmowy, które trwały całe noce. A potem się urwało. Babcia zniknęła bez słowa. Długo jej szukał, ale przestała odpowiadać. Później usłyszał, że wyszła za mąż. Za mojego dziadka.
– Nie przestałem jej kochać – dodał. – Dlatego co roku zapalam znicz. Choć może nie powinienem.
Miałam ją za kogoś innego
Siedziałam jeszcze chwilę przy stole, słuchając jego opowieści. Każde słowo burzyło obraz babci, który miałam w głowie. Kobieta surowa, wymagająca, którą znałam – nagle wydawała się kimś zupełnie innym. Kogoś, kto potrafił kochać w tajemnicy, całym sercem, mimo że życie wymusiło milczenie. Poczułam mieszankę ulgi i rozczarowania. Ulgi, bo teraz wszystko miało sens; rozczarowania, bo osoba, którą podziwiałam za lojalność i przyzwoitość, skrywała przed światem swoje pragnienia i słabości.
Wychodząc, patrzyłam na grób babci z innej perspektywy. Znicz, który zostawiał Roman, nie był jedynie zwykłym rytuałem – był symbolem niewypowiedzianych emocji, tajemniczego świata, którego nigdy nie poznałam. Straciłam część szacunku, który nosiłam w sobie przez całe życie, ale zyskałam coś innego: zrozumienie, że ludzie są złożeni, często nieprzewidywalni, a nawet bliscy mogą skrywać historie, które burzą nasze pewniki. Czasami musimy zaakceptować, że pamięć o kimś nie mieści się w prostych wspomnieniach.
Olga, 27 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Tego Dnia Babci nigdy nie zapomnę. Gdy wnuk wykrzyczał mi w twarz to 1 zdanie, szczęka opadła mi do samej ziemi”
- „Wykupiłam tanio ferie w Białce Tatrzańskiej i myślałam, że jestem królową okazji. Niestety dałam się zrobić w balona”
- „Pojechałam na ferie z rodziną, by trochę odpocząć. Nie sądziłam, że przez cały wyjazd będę robić za ich służącą”