Reklama

Zawsze lubiłam styczeń. Niby zima w pełni, niby zimno, ślisko i wszędzie ciemno, ale w styczniu jest coś, co mnie wzrusza. Może to te świąteczne ozdoby, które jeszcze czasem wiszą w oknach. Albo może fakt, że w styczniu wszyscy coś sobie życzą. Żeby było lepiej. Zdrowiej. Milej. Tak po prostu – życzą, bo wypada, ale czasem to „wypada” ma w sobie sporo ciepła. No i jeszcze Dzień Babci. Zawsze świętowany w moim domu z pompą, kiedy byłam dzieckiem. Moja mama piekła sernik, babcia dostawała rajstopy i kwiaty, a ja rysowałam laurkę z serduszkiem większym niż moje ręce. Później role się odwróciły. Sama zostałam babcią. Najpierw jeden wnuczek, potem drugi, w końcu wnuczka. Rósł mi ten bukiet wnucząt jak szczypior na wiosnę. Kiedy byli mali, nie mogłam opędzić się od ich uścisków, laurek z krzywymi literkami i wierszyków wyrecytowanych na stojąco, z buzią w podkówkę ze stresu. Dziś… cóż. Dziś mam więcej wspomnień niż planów.

Czekałam na telefon

W Dzień Babci zerwałam się wcześniej niż zwykle. Przed ósmą już wypolerowałam stół, przetarłam ramki ze zdjęciami i nastawiłam kompot. Włożyłam nową bluzkę, tę z haftem przy kołnierzyku, i usiadłam w fotelu jak ta królowa. Zerknęłam na telefon. Cisza. Sprawdziłam wiadomości. Żadnego „kocham Cię, Babciu”, żadnego: „wszystkiego najlepszego, Babciu”... O dziesiątej nie wytrzymałam i zadzwoniłam do córki.

– Cześć, kochanie. Co u was?

– Mamo, akurat pakujemy się, bo jedziemy do teściów. Dzieci w rozgardiaszu, ja też... Zadzwonię później, dobrze?

– Rozumiem... tylko... dziś Dzień Babci. Myślałam, że...

– No przecież wiem! – przerwała mi nerwowo. – Mówiłam Julce, żeby coś narysowała, ale miała kartkówkę i się nie wyrobiła. Później do ciebie zadzwoni, obiecuję. Pa!

Rozłączyła się szybciej, niż zdążyłam odpowiedzieć. Julka ma trzynaście lat, nie cztery. Kartkówka ważniejsza niż babcia? Uśmiechnęłam się do siebie i wstałam, żeby dolać kompotu. Nagle zadzwonił telefon.

– Halo? – odebrałam z nadzieją.

– Babciu, dasz radę wysłać mi dwie stówki na konto? Bo mi się limit na karcie wyczerpał, a dziś się spotykam z ekipą. Oddam na dniach.

To był Kuba. Mój wnuk.

– Oczywiście, kochanie – odparłam sucho. – Już robię przelew.

Zaskoczyła mnie

Zrobiłam ten przelew, choć wcale nie miałam ochoty. Kuba nawet nie zapytał, co u mnie. Tylko ten przelew. Gdyby chociaż zadzwonił, zagadał chwilę, zapytał, jak się czuję… A nie – jak czegoś potrzebuje, to wtedy sobie o mnie przypomina. Nawet nie udawał, że chodzi o coś więcej. O wpół do dwunastej zadzwonił domofon. Spojrzałam przez wizjer. Sąsiadka z naprzeciwka – Basia.

– Wpadłam na chwilkę – powiedziała, wchodząc, niosąc w rękach małe pudełko zawinięte w kokardkę.

– Basiu, nie trzeba było… – uśmiechnęłam się, wzruszona bardziej niż chciałam pokazać.

– Jak to nie? Przecież jest Dzień Babci! A pani to taka babcia, że lepiej się nie da. Pani mnie lepiej rozumie niż moja własna mama.

Oj, tam, gadanie – machnęłam ręką, ale aż mi ciepło się zrobiło na duszy.

Usiadłyśmy przy stole. Dałam jej kawałek sernika i zaparzyłam herbaty.

– A wnuki dzwoniły? – zapytała niby mimochodem.

– Dzwonił jeden. Po pieniądze – odparłam cierpko.

– Serio? No wiesz co… Żeby chociaż najpierw spytał, jak się pani czuje!

– Nie wymagaj za wiele. Dzisiaj babcia to bardziej bankomat. Albo darmowa niania. Jak coś chcą – to pamiętają. Jak nie – cisza.

Basia spojrzała na mnie z mieszaniną współczucia i złości.

– To nie jest normalne. Pani tyle dla nich zrobiła!

– I co z tego? Widać dobro nie zawsze wraca.

Przez chwilę milczałyśmy. Tylko zegar na ścianie tykał uparcie.

Traktowali mnie jak bankomat

Po południu wyciągnęłam z szuflady stare pudełko ze zdjęciami. Nagle miałam potrzebę przypomnieć sobie, że kiedyś było inaczej. Że byłam ważna. Że moje wnuki tuliły się do mnie bezinteresownie, bez ukrytych intencji. Na jednym zdjęciu Julka w przedszkolnym fartuszku trzymała w rękach laurkę, całą w serduszkach i krzywym napisie: „Kochanej Babci – Julcia”. Miała wtedy pięć lat i obiecała, że nigdy nie przestanie mnie kochać. Czemu więc teraz nie znalazła pięciu minut, żeby zadzwonić? Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk telefonu. Julka.

– Cześć babciu – zaczęła od niechcenia. – Wiem, wiem, miałam wcześniej zadzwonić, ale… wiesz, szkoła, kartkówki, no i jeszcze ta prezentacja z biologii...

– Rozumiem – odparłam. – A jak się czujesz?

– A spoko. Trochę zmęczona, ale żyję. A u ciebie?

– Normalnie. Samotnie, ale chyba się przyzwyczaiłam. Dzięki, że pamiętałaś – dodałam po chwili ciszy.

– No ba! Tylko wiesz co… bo przy okazji... Mam pytanie.

Wiedziałam. Zawsze jest „przy okazji”.

– Potrzebuję nowej bluzy. Taka jedna jest super, kosztuje tylko dziewięćdziesiąt złotych. Tata mówi, że nie ma budżetu, mama też coś marudzi. Mogłabyś mi pomóc?

– To znaczy… kupić ci ją?

– Nie, no, zrób przelew. Sama kupię. I tak byłam u ciebie ostatnio, więc... – zawiesiła głos.

Byłaś miesiąc temu. Na piętnaście minut – wytknęłam, bo zgrywanie miłej zaczynało mnie męczyć.

– No, ale wpadłam, prawda?

– Prawda – westchnęłam. – Przeleję ci. Masz jeszcze ten sam numer konta?

– Tak! Jesteś najlepsza! – rzuciła szybko i już się rozłączała.

Patrzyłam na wygasły ekran telefonu. Najlepsza? Nie. Najłatwiejsza.

Spojrzał na mnie z zakłopotaniem

Wieczorem wzięłam się za szydełkowanie. W tle brzęczał telewizor, jakiś program o gotowaniu, ale nie słuchałam. W myślach wciąż krążyłam wokół tego, co powiedziała Julka. „Wpadłam, prawda?” – jakby zaznaczenie obecności na piętnaście minut było jakimś bohaterstwem. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Spojrzałam na zegarek – po dziewiętnastej. Podeszłam ostrożnie, zerknęłam przez wizjer. Kuba. Z torbą sportową na ramieniu i miną zbitego psa.

– Cześć, babciu – powiedział – Wpuścisz?

– A czemu miałabym nie wpuścić? – odparłam, robiąc mu miejsce.

Wszedł, postawił torbę przy fotelu i usiadł ciężko.

– Wiesz… chciałem pogadać. Tak serio.

Zdziwiłam się. Kuba nigdy nie był od „gadania”.

– No to mów.

– Chodzi o to… Wiem, że ostatnio tylko proszę o coś. Że dzwonię, jak czegoś potrzebuję. I wiem, że to niefajne.

Spojrzałam na niego uważnie.

– To dobrze, że wiesz.

– Ale… to nie tak, że mi nie zależy. Po prostu… u nas w domu się nie rozmawia. Mama ciągle w pracy, ojczym tylko warczy. Ty jedyna się jeszcze pytasz, co u mnie.

– To, czemu nie przychodzisz częściej?

– Bo mi głupio – powiedział cicho. – Bo czuję, że tylko biorę. A nie mam co dać w zamian.

Odłożyłam szydełko.

– A twoja obecność to co? Groszowa sprawa?

Spojrzał na mnie z zakłopotaniem. Pierwszy raz od dawna widziałam w jego oczach coś więcej niż obojętność.

– Mogę zostać na noc? – zapytał.

– Pościel leży tam, gdzie zawsze. I nie licz, że zrobię ci kolację. Lodówka działa, nie jestem hotel.

Uśmiechnął się. Pierwszy raz szczerze.

Odzyskałam nadzieję

Godzinę później Kuba krzątał się po kuchni. Nawet wodę na herbatę nastawił, co mnie prawie wzruszyło. Siedział przy stole, w dresie, z rozwichrzonymi włosami i wyglądał jak ten sam dzieciak, który kiedyś wyjadał mi dżem palcem ze słoika.

Zrobiłem jajecznicę – powiedział z dumą. – Na masełku, jak lubisz.

– Masło to nie wszystko, trzeba jeszcze serca trochę – mruknęłam, ale usiadłam.

– To ja robiłem z sercem – rzucił, podrzucając mi łyżkę. – Babciu… ja myślę, że to wszystko się jakoś zmieniło.

– To znaczy?

– Że człowiek chce dobrze, ale robi źle. Albo nie robi nic. Niby masz numer telefonu, ale nie dzwonisz, bo jakoś tak… głupio. A potem już coraz trudniej.

– To nie jest takie skomplikowane. Albo się chce, albo nie. Albo się pamięta, albo się ma wszystko w nosie.

– Pamiętałem – powiedział cicho. – Tylko nie umiem tego pokazać.

– To się naucz – odpowiedziałam twardo. – Bo jeszcze trochę, a nie będzie już komu pokazywać.

Zamilkł. Wiedział, że mam rację.

– Babciu… Mogę wpaść w niedzielę? Tak bez powodu?

Spojrzałam na niego.

– Nie wiem. Jeśli nie będziesz potrzebował kasy, to może się zastanowię.

– Ej no – zaśmiał się. – Mówię serio.

– To wpadaj. Tylko ostrzegam, będzie rosół. I opowieści o czasach PRL-u. Żebyś nie był zaskoczony.

– Brzmi lepiej niż pizza i serial.

Nie powiedziałam nic. Tylko uśmiechnęłam się z ulgą.

Zachciało mi się śmiać

Niedziela przyszła szybciej, niż myślałam. Wstawiłam rosół, nawet kluseczki własnoręcznie zrobiłam, choć trochę mnie ręce bolały. Ubrałam się porządnie, bez przesady, ale z klasą. W końcu goście mieli być. I przyszedł punktualnie o trzynastej.

– Dzień dobry, babciu. Zgodnie z zapowiedzią. Bez prośby o przelew – mrugnął do mnie.

– Cud się zdarzył – odpowiedziałam, wpuszczając go do środka. – Zupa gotowa, kluchy świeże, opowieści z PRL-u w pakiecie. Usiądź.

Jedliśmy w milczeniu. Patrzyłam, jak pochłania rosół, aż mu się uszy trzęsły. Aż w końcu powiedział coś, czego się nie spodziewałam.

– Babciu... Ty nie masz nikogo, prawda? Tak na co dzień.

– Nie mam – odpowiedziałam bez kręcenia. – Ale się nie skarżę.

– A jakbym robił ci takie obiady? Co tydzień? Albo chociaż raz na dwa?

Będziesz gotować?

– Na zmianę! – zawołał. – Nauczysz mnie.

Zachciało mi się śmiać. Popatrzyłam na niego, już nie jak na wnuka, który tylko dzwoni po pieniądze. Tylko jak na chłopaka, który coś zrozumiał. Może nie wszystko, ale coś.

– Dobrze. To zrobimy z tego tradycję. Tylko mam jeden warunek.

– Czego?

Żebyś nie dzwonił tylko wtedy, jak czegoś chcesz. Czasem wystarczy tylko: „Cześć, babciu. Co słychać?”.

Skinął głową.

– Zrobione. I jeszcze jedno…

– No?

– Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci. Zaległe, ale szczere.

Zofia, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama