„W Dzień Babci nikt do mnie nie przyszedł, ale wieczorem dostałam wiadomość. Czegoś takiego się nie spodziewałam”
„Dziś nikt mnie o nic nie wołał. Kiedyś Dzień Babci pachniał rosołem i kredkami. Laurki leżały na stole, krzywe serduszka, literki pisane niepewną ręką. Magda wpadała na obiad, Zosia rzucała mi się na szyję, a ja udawałam, że wcale nie czekałam od rana. Teraz telefon leżał obok talerza i milczał”.

- Redakcja
Obudziłam się wcześniej niż zwykle, choć nie miałam dokąd się spieszyć. W mieszkaniu było cicho aż do bólu, jakby nawet zegar na ścianie postanowił dziś tykać ostrożniej. Dzień Babci. Przez chwilę leżałam nieruchomo, wpatrując się w sufit, i liczyłam pęknięcia nad lampą. Zawsze tak robiłam, kiedy nie chciałam myśleć. Wstałam w końcu i poszłam do kuchni. Czajnik zapiszczał zbyt głośno, aż się skrzywiłam. Wsypałam herbatę do ulubionego kubka z wyszczerbionym uchem – tego samego, który Zosia kiedyś potrąciła łokciem, śmiejąc się, że „babcia powinna już mieć nowy”. Nie wyrzuciłam go. Jak wielu innych rzeczy. Stanęłam przy oknie. Na placu zabaw pod blokiem ktoś odśnieżał ławkę. Dwie młode mamy prowadziły dzieci w kolorowych kombinezonach. Jedno z nich potknęło się i zaczęło płakać, a ja mimowolnie zacisnęłam palce na kubku. Przez moment zobaczyłam Zosię sprzed lat – różowe policzki, za duża czapka zsuwająca się na oczy.
– Babciu, popchnij mnie jeszcze raz! – wołała wtedy, a ja udawałam, że nie czuję zmęczenia we własnych nogach.
Dziś nikt mnie o nic nie wołał. Kiedyś Dzień Babci pachniał rosołem i kredkami. Laurki leżały na stole, krzywe serduszka, literki pisane niepewną ręką. Magdalena wpadała na obiad, Zosia rzucała mi się na szyję, a ja udawałam, że wcale nie czekałam od rana. Teraz telefon leżał obok talerza i milczał. Ani jednego sygnału. „Może jeszcze za wcześnie” – próbowałam się pocieszyć. Ale znałam tę ciszę. W starości człowiek robi się przezroczysty. Jest się, oddycha się, ale jakby na marginesie cudzego życia. Usiadłam przy stole i nagle poczułam, że ten dzień będzie długi. I bardzo samotny.
Jej słowa były jak cierń
Telefon leżał przede mną jak wyrzut sumienia. Przesunęłam go palcem bliżej siebie, potem znowu odsunęłam. W końcu westchnęłam i wybrałam numer Magdy. Jeden sygnał. Drugi. Trzeci. Cisza. Połączenie przerwane.
– Oczywiście – mruknęłam do pustej kuchni. – Dzień Babci, a ja znów nie w porę.
Napisałam wiadomość. „Magda, chciałam tylko…” – i skasowałam. Po co się narzucać? Po co przypominać o swoim istnieniu komuś, kto najwyraźniej nauczył się żyć beze mnie. Zamiast tego przyszło wspomnienie. Tamten dzień sprzed dwóch lat, który wszystko popsuł.
– Za bardzo ją kontrolujesz – powiedziała Magda, stojąc w przedpokoju z płaszczem w ręce. – Zosia ma siedemnaście lat, mamo, nie siedem.
– Kontroluję? Ja się martwię! – uniosłam głos. – Widziałam, jak wracała po dwudziestej drugiej. Sama.
– Przestań dramatyzować.
– Ty zawsze tak mówisz! A potem zdziwienie, że coś się dzieje!
Magda spojrzała na mnie chłodno.
– Wiesz co? Właśnie dlatego Zosia nie chce tu przychodzić. Bo wszystko wiesz lepiej.
Te słowa zapadły we mnie jak cierń. Później wizyty stały się rzadsze. Telefony krótsze. A Zosia… Zosia przestała dzwonić wcale. Siedziałam teraz przy stole i ściskałam dłonie na kolanach. „Może przesadziłam” – pomyślałam. – „Ale przecież tylko chciałam dla nich dobrze”. Zegar tykał głośno. Telefon milczał.
Łzy kapały mi na ekran
Wyszłam z domu, bo ściany zaczęły mnie przygniatać. Mróz szczypał w policzki, ale to było lepsze niż to duszne milczenie w mieszkaniu. Na osiedlu było głośniej niż zwykle – śmiech dzieci, skrzypienie śniegu pod butami, nawoływania dorosłych. Usiadłam na ławce przy placu zabaw. Dwie babcie stały obok huśtawek, rozmawiały o lekach i cenach masła, a między nimi kręcił się mały chłopiec w granatowej kurtce.
– Babciu, patrz! – krzyknął, zeskakując z niskiego murku.
Jedna z kobiet klasnęła w dłonie. Odwróciłam wzrok. Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle. Zosia też tak wołała. Zawsze „Babciu, patrz!”, nigdy „Mamo!”. Dla niej byłam całym światem. A teraz byłam tylko starszą panią na ławce, która nie ma do kogo się odezwać. Wróciłam do domu szybciej, niż planowałam. Zrzuciłam buty w przedpokoju i odruchowo sięgnęłam po telefon. Ekran rozświetlił się nagle, jakby na mnie czekał. Jedna nowa wiadomość. Serce zaczęło mi walić. Od Zosi: „Babciu, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci. Pamiętam o Tobie. Przepraszam, że się nie odzywam. Kocham Cię”. Usiadłam ciężko na krześle. Czytałam ten SMS raz, drugi, trzeci. Litery zaczęły mi się rozmazywać. Łzy kapały na ekran, a ja nawet nie próbowałam ich ocierać.
– Pamiętasz… – wyszeptałam. – Jednak pamiętasz.
Ścisnęłam telefon w dłoniach, jakby był czymś kruchym i bezcennym. W piersi pojawiło się ciepło, ostrożne, nieśmiałe. „Może jednak jeszcze nie wszystko stracone…” – pomyślałam, po raz pierwszy tego dnia bez goryczy.
Bałam się spłoszyć tę chwilę
Trzymałam telefon w dłoni i bałam się go dotknąć, jakby mógł mnie oparzyć. Odpisać. Taka prosta rzecz, a ja czułam, jakby od tej jednej decyzji zależało coś znacznie większego niż zwykła wiadomość. Usiadłam przy stole, potem wstałam, przeszłam do pokoju i z powrotem do kuchni. „Nie bądź głupia, Helena” – zganiłam się w myślach. – „To twoja wnuczka”. Otworzyłam wiadomości. Palce mi drżały: „Zosiu, dziękuję, kochanie. Bardzo mnie wzruszyłaś” – napisałam. Skasowałam. Za oficjalne. „Kochanie, tak się cieszę…” – też nie. W końcu wysłałam krótkie: „Dziękuję, Zosiu. Myślałam dziś o Tobie cały dzień. Babcia”.
Serce waliło mi jak przed egzaminem. Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewałam: „Bałam się, że się odezwę za późno… albo że nie będziesz chciała mi odpisać”. Przełknęłam ślinę. „Zawsze będę chciała. Zawsze”. Chwilę później kolejny SMS. „Chciałabym się spotkać. Ale mama… wiesz. Ona nadal się boi, że będę się źle czuła między wami”. Zamknęłam oczy. Magda. Zawsze między nami, jak mur, którego żadna nie potrafiła rozebrać. „Nie chcę wbijać się między matkę a córkę” – pomyślałam. – „Ale nie mogę znowu jej stracić”. Napisałam: „Rozumiem. Nie chcę sprawiać problemów. Ale jeśli będziesz chciała, drzwi są dla Ciebie otwarte”. Długo nie było odpowiedzi. Już zaczęłam żałować tych słów, kiedy ekran znów się rozświetlił: „Dziękuję, babciu. To dla mnie bardzo ważne”. Uśmiechnęłam się przez łzy. Ostrożnie. Jakby ten uśmiech mógł coś spłoszyć.
Nie doszło do pojednania
Pojechałam do Magdy bez zapowiedzi. Stałam pod jej drzwiami dłuższą chwilę, zanim nacisnęłam dzwonek. Serce waliło mi jak młotem, a w głowie kłębiły się myśli, że to błąd, że zaraz odeśle mnie z kwitkiem. Drzwi jednak się otworzyły.
– Mamo? – Magda spojrzała na mnie zaskoczona. – Coś się stało?
– Nie… to znaczy tak – zaczęłam nieporadnie. – Musimy porozmawiać. O Zosi.
Wpuściła mnie do środka, ale nie zaproponowała herbaty. Zostałyśmy w przedpokoju, jak obce sobie osoby.
– Ona do ciebie napisała, prawda? – zapytała chłodno.
– Tak. I ja do niej – odpowiedziałam cicho. – Magda, ja nie chcę robić zamieszania. Ale to moje dziecko… moja wnuczka.
– Właśnie o to chodzi! – podniosła głos. – Zawsze była „twoja”. Zawsze wiedziałaś lepiej. Jak mam ją wychowywać, o której ma wracać, z kim się spotykać.
– Bałam się o nią.
– A ja bałam się, że ją dusisz! – Magda zacisnęła szczęki. – Że nie pozwalasz jej oddychać.
Zapadła cisza. Ciężka, lepka.
– Może… może obie popełniłyśmy błędy – powiedziałam w końcu. – Ja nie chciałam jej stracić. A straciłam.
Magda odwróciła wzrok.
– Ja też ją prawie straciłam – wyszeptała. – Tylko inaczej.
Nie było pojednania. Była tylko zgoda na to, że Zosia nie jest polem bitwy. Wyszłam z mieszkania zmęczona, z sercem obolałym, ale z cichą nadzieją, że to nie był koniec. „Czy zawsze już będziemy się tylko ranić?” – pomyślałam, schodząc po schodach.
Wtuliła twarz w mój sweter
Przyszła trzy dni później. Usłyszałam dzwonek do drzwi i od razu wiedziałam, że to ona. Serce znów zaczęło mi walić, jakby miało siedemnaście lat, a nie siedemdziesiąt dwa. Otworzyłam.
– Cześć, babciu – powiedziała niepewnie.
Stała w progu w za dużej kurtce, z włosami związanymi byle jak. Już nie była tą małą dziewczynką z kucykami, ale w oczach miała ten sam niepokój.
– Wejdziesz? – zapytałam cicho.
Usiadłyśmy przy stole, nalałam herbaty. Przez chwilę żadna się nie odzywała. Zosia kręciła kubkiem.
– Bałam się, że mnie nie będziesz chciała widzieć – wyrzuciła z siebie nagle. – Że już za późno.
– Nigdy nie jest za późno – odpowiedziałam i poczułam, jak głos mi drży.
Zosia westchnęła.
– Mama mówi, że się martwisz aż za bardzo. A ja… ja czasem nie wiem, po czyjej jestem stronie.
Wstałam i objęłam ją. Najpierw zesztywniała, a potem wtuliła twarz w mój sweter.
– Nie musisz wybierać – wyszeptałam. – Ja tylko chcę być.
Siedziałyśmy tak długo, milcząc. Wiedziałam, że nie wrócą od razu cotygodniowe wizyty ani dziecięcy śmiech. Ale to jedno popołudnie wystarczyło, żeby coś się we mnie uspokoiło. Może czasem wystarczy jedno słowo, żeby coś pękło. I jedno, żeby coś znów się zaczęło.
Helena, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Dziadka córka powiedziała jedno zdanie, a mi aż zakręciło się w głowie. Przyniosła wstyd naszej rodzinie”
- „Zaprosiłam teściów na rodzinny obiad, a oni wyszli, zanim zdążyłam podać deser. To był ostatni raz”
- „W Dzień Babci moja mama wyznała mi prawdę o swojej rodzinie. Żałuję, że zrobiła to tak późno”