Reklama

Zawsze myślałam, że na starość będę cieszyć się spokojem. Praca, codzienny stres, wychowywanie dzieci – to wszystko miało się zakończyć, kiedy moja córka wyfrunie z gniazda. Tymczasem życie ułożyło się inaczej. Zamiast odpoczywać, znów biegałam z wózkiem, gotowałam obiady, siedziałam po nocach z gorączkującym dzieckiem. Wszystko po to, by pomóc córce.

Na początku wydawało mi się to naturalne. W końcu chciałam być najlepszą babcią. Lecz gdzieś po drodze zniknęłam ja – kobieta, która miała swoje potrzeby, swoje zdrowie, swoje życie. Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy było już bardzo trudno.

A najbardziej uderzyło mnie to w okolicach Dnia Babci. Wszędzie były laurki, reklamy kwiatów, hasła o „najlepszej babci na świecie”. Dzieci w przedszkolu szykowały występy, w sklepach stały gotowe pudełka z czekoladkami. Ja też chciałam się uśmiechać i cieszyć, bo to przecież miłe święto.

Tylko że ja w tamtym czasie nie czułam się jak królowa. Czułam się wykorzystywana. Jakby to był dzień podsumowania tego, ile jeszcze dam radę unieść na swoich barkach. I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że nie chcę już być najlepsza za wszelką cenę.

Nie było mi do śmiechu

– Mamo, wpadniesz jutro po pracy? Mała znowu ma kaszel, a ja mam zebranie w firmie – mówiła przez telefon moja córka, nie czekając na moją odpowiedź.

Zgodziłam się, jak zwykle. Niby tylko na chwilę, a potem drugi, trzeci, czwarty… Zanim się obejrzałam, byłam u nich codziennie. Robiłam zakupy, gotowałam obiady, sprzątałam po zabawie. Kiedyś śmiałam się, że moje wnuki mają dwie mamy, ale z czasem zaczęłam się czuć jak ta mniej ważna, przemęczona wersja siebie.

Nie miałam odwagi powiedzieć „nie”, bo w mojej głowie od razu pojawiały się wyrzuty. Przecież to moja córka, przecież jej ciężko, przecież dzieci są cudowne. Tyle że ja też miałam swoje potrzeby. Chciałam poczytać książkę, pójść na spacer, przespać się do późna. To było coraz trudniejsze.

Znajome pytały mnie, kiedy się widzimy, a ja wciąż odpowiadałam:

– Wiesz, mam wnuki, nie mam czasu.

One się śmiały, że jestem jak przedszkole na pełny etat, ale mi już nie było do śmiechu. Moja córka nie dostrzegała mojego zmęczenia. Dla niej to było normalne. A ja... ja zaczynałam się powoli gubić w tej codzienności.

Wstydziłam się łez

Z czasem moje dni zaczęły wyglądać niemal identycznie. Budzik dzwonił o szóstej, choć nie miałam już pracy. Pobudka, szybkie śniadanie i telefon:

– Mamo, zawieziesz dziś Jasia do przedszkola? My się nie wyrobimy.

Nie protestowałam. Zakładałam kurtkę i wychodziłam. Przedszkole, potem zakupy, szybkie ogarnianie mieszkania córki, bo „przecież i tak już jesteś, mamo, to może zobacz, czy pralka nie skończyła prać”. Potem obiad dla dzieci, spacer, bajka, kolacja. Czasem wracałam do domu dopiero po dwudziestej.

Byłam jak robot. Gotowa, dyspozycyjna, cicha. Tylko że nikt nie pytał, co u mnie. Moje życie zatrzymało się na bocznym torze. Książki leżały zakurzone. Moje kwiaty w doniczkach więdły. Znajomi przestali dzwonić, może zrozumieli szybciej niż ja, że nie istnieję już jako kobieta, przyjaciółka, sąsiadka, tylko jako babcia.

Najbardziej bolało mnie, że córka przyzwyczaiła się do mojej obecności jak do czegoś oczywistego. Nie dziękowała. Czasem rzuciła:

– Jesteś niezastąpiona – ale bez spojrzenia, bez prawdziwego ciepła.

Jakby mówiła to z przyzwyczajenia, nie z wdzięczności. Bywało, że płakałam w nocy. Po cichu, żeby nikt nie słyszał. Sama przed sobą wstydziłam się tych łez.

Płakałam nie z radości

W tygodniu przed Dniem Babci córka zadzwoniła wyjątkowo wcześnie, jeszcze zanim zdążyłam wypić kawę.

– Mamo, musisz mi pomóc. W przedszkolu mają występ na Dzień Babci i Dziadka, trzeba przygotować strój dla Hani, coś upiec, no i przy okazji mogłabyś odebrać Jasia, bo ja się nie wyrwę.

Słowo „musisz” utknęło mi w głowie jak kamyk w bucie. Niby mały, a przeszkadza na każdym kroku. Od lat pomagałam, więc pewnie nawet nie zauważyła, że w ogóle przestała prosić.

Nie odmówiłam jej. Szukałam białej bluzki, prasowałam, szykowałam coś „prostego”, co jak zwykle okazało się zadaniem na wiele godzin. W dniu występu stałam w sali przedszkolnej, patrzyłam na wnuki, jak śpiewają i machają laurkami. Ludzie wzruszeni, babcie obok mnie ocierały łzy.

I ja też miałam łzy w oczach, tylko z innego powodu. Bo usłyszałam piosenkę o tym, jaka babcia jest ciepła i cierpliwa, a ja w środku czułam pustkę. Patrzyłam na laurkę z napisem „Najlepsza babcia” i zamiast dumy poczułam, że brakuje mi tchu.

Po występie córka podeszła, pocałowała mnie w policzek, ale już zerkała w telefon.

– Dzięki, mamo. To co, zostaniesz dziećmi jeszcze na dwie godzinki? Muszę skoczyć do biura, tylko na moment.

Wtedy dotarło do mnie, że nawet moje święto jest „przy okazji”. Że nie ma w tym miejsca na moje tempo, moje zmęczenie, mój kręgosłup, moje serce. Jest tylko harmonogram. Wracałam do domu z laurką w torebce i myślą, że nie chcę, żeby to tak wyglądało do końca mojego życia.

Miarka się przebrała

W tamtą niedzielę zaprosiłam ich do siebie. Chciałam ugotować coś specjalnego, posiedzieć razem, jak kiedyś. Wstałam wcześnie, nastawiłam rosół, upiekłam szarlotkę. Stół nakryłam odświętnie. Czekałam z niecierpliwością. Przyszli spóźnieni, córka w pośpiechu, zięć z nosem w telefonie, dzieci rozkapryszone. Nawet nie spojrzeli na stół. Nikt nie zauważył świeżych kwiatów, które kupiłam specjalnie na ten dzień.

– Mamo, masz może coś innego dla Hani? Ona teraz nie je rosołu – rzuciła córka, jakby to był bar mleczny.

Poczułam coś dziwnego w gardle. Jakby ktoś mi odebrał głos. Patrzyłam, jak jedzą bez słowa, dzieci kręcą się niespokojnie, a ja czuję się obco we własnym mieszkaniu. Po obiedzie córka zapytała:

– To co, jutro możesz zabrać dzieci z przedszkola? Ja mam kolację służbową.

Nie mogę – powiedziałam spokojnie.

Podniosła wzrok zdziwiona.

– Co znaczy „nie mogę”?

– Znaczy, że chcę być jutro sama. Nie mam siły.

Zapadła cisza. Patrzyła na mnie, jakby pierwszy raz zobaczyła człowieka, a nie darmową pomoc domową. Tylko ja nie wiedziałam, czy to pierwszy krok, czy już ostatni.

W końcu powiedziałam dość

Po tej niedzieli telefon zamilkł na kilka dni. Z jednej strony poczułam ulgę, z drugiej – dziwną pustkę. Cisza była ciężka, ale inna niż ta, do której przywykłam. Tym razem nie była wynikiem przemęczenia, lecz konsekwencją decyzji. Mojej decyzji. Córka w końcu zadzwoniła.

– Mamo, jesteś zła? – zapytała od razu.

– Nie. Po prostu potrzebuję trochę przestrzeni – odpowiedziałam łagodnie, ale stanowczo.

– Przestrzeni? Mamo, przecież to tylko dzieci. Ja naprawdę nie mam nikogo innego.

– A ja mam tylko siebie. I jestem zmęczona.

Po tej rozmowie czułam się, jakbym zrobiła coś złego. Jakby obrona własnych granic była egoizmem. A przecież nigdy nie odmówiłam, gdy naprawdę była w potrzebie. Problem w tym, że wszystko stawało się „nagłe”, „pilne”, „nie do przesunięcia”. Jakby jej życie miało większą wartość niż moje.

Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak trudno powiedzieć „dość”. Dlaczego tak długo milczałam. Wmawiałam sobie, że robię to z miłości, ale miłość to nie jest rezygnacja z siebie. Granice nie są brakiem miłości. Są jej formą, tylko trzeba je postawić jasno. I wytrwać, gdy nikt ich nie chce uszanować.

Córka widziała we mnie służącą

Spotkałyśmy się u mnie. Poprosiłam córkę, żeby przyszła sama, bez dzieci. Usiadłyśmy w kuchni, tak jak kiedyś, gdy przychodziła się wygadać po szkole. Tylko że teraz nie było śmiechu ani herbaty z malinami. Było napięcie i dłonie zaciśnięte na filiżance.

– Wiesz, że kocham twoje dzieci – zaczęłam cicho. – I ciebie też. Ale czuję, że znikam. Nie mam już siły udawać, że wszystko jest w porządku.

Córka milczała. Patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

– Czy ja naprawdę nigdy ci nie pomagam? – zapytała.

– Pomagasz, ale coraz częściej mam wrażenie, że ty żyjesz, a ja tylko egzystuję. Jestem w tle, żeby ci to życie ułatwić.

– Myślałam, że lubisz z nimi być – powiedziała cicho.

– Lubię, ale nie codziennie. Nie kosztem siebie. Chcę też pożyć po swojemu. Czy to takie dziwne?

W jej oczach pojawiły się łzy. Nie wiedziałam, czy to żal, czy wstyd, czy może złość. Powiedziała tylko:

– Nie wiedziałam, że aż tak się w tym zatraciłaś.

Nie odpowiedziałam, bo może to nie ja się zatraciłam. Może to ona przestała widzieć we mnie matkę, a zaczęła tylko widzieć służącą.

Chcę żyć swoim życiem

Minęło kilka tygodni. Dzieci dalej mnie odwiedzają, ale już nie codziennie. Zdarza się, że dzwonię i pytam, czy mogę zabrać wnuki do kina albo na lody – bo chcę, a nie dlatego, że muszę. Córka zaczęła częściej sama organizować opiekę. Zauważyłam, że bardziej się stara. A ja znów zaczęłam chodzić na spacery bez pośpiechu, zapisałam się na zajęcia z jogi i wypożyczyłam książki, które od lat czekały na przeczytanie.

Kiedy zbliżał się kolejny Dzień Babci, pomyślałam, że chcę go przeżyć inaczej. Nie traktować tej daty jako listy zadań do odhaczenia, tylko jako zwykły dzień, w którym mam prawo do uśmiechu i do odpoczynku. Chcę być dobrą babcią, obecną z serca, nie z obowiązku. I chcę, żeby moje wnuki dostrzegały też mnie, nie tylko moje ręce do pracy.

Czasem jeszcze mam wątpliwości. Czy nie przesadziłam, czy nie zraniłam. Ale potem przypominam sobie, jak bardzo byłam zmęczona, jak obco się czułam we własnym życiu. Bycie babcią to wielki dar, ale to nie powinien być mój pełen etat. Bycie matką też nie oznacza bycia wiecznie dyspozycyjną.

Zrozumiałam, że nie jestem złą matką, bo postawiłam granice. Jestem kobietą, która chce żyć swoim życiem – i to nie odbiera mi prawa do miłości. Wręcz przeciwnie. Daje mi siłę, by kochać mądrzej, z szacunkiem także do siebie.

Irena, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama