Reklama

Nigdy nie byłam fanką rodzinnych spotkań. Zwłaszcza tych obowiązkowych, odhaczanych z kalendarza jak podatki albo przegląd auta. Dzień Babci od lat wyglądał tak samo: wsiadałam w pociąg o 8:20 z Krakowa do Radomia, wysiadałam koło południa i zjawiałam się w domu babci Heleny z pudełkiem czekoladek i uśmiechem wklejonym na twarz jak u stewardessy.

Mój udział w tym rytuale miał być symbolem pamięci i czułości. W rzeczywistości był bardziej próbą ucieczki od poczucia winy. Tak się przecież robi – odwiedza się starszych, całuje w policzek, a potem wraca do własnego życia z poczuciem, że „coś się zrobiło”.

Kiedy byłam mała, babcia pachniała drożdżowym ciastem i opowiadała mi historie o swoim dzieciństwie z taką żywością, jakby to było wczoraj. Teraz coraz częściej patrzyła przez okno bez słowa. Mówiła mniej, słuchała więcej – tylko nikt nie mówił już do niej nic ważnego. Zauważałam to od lat, ale też milczałam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Może bałam się jej smutku. A może własnej bezsilności.

Moja matka, Monika, i wujek Tomasz traktowali Dzień Babci jak firmowy event. Co roku ta sama godzina, to samo ciasto, te same życzenia. Byli w tym dobrzy – uśmiech, przytulenie, szybka anegdota z życia i już. Babcia kiwała głową, dziękowała, wsuwała się jeszcze głębiej w fotel. Nikt nie zauważał, że ona się z tego dawno wycofała. Może tylko ja. Ale ja też nic nie robiłam. Tylko patrzyłam.

W tym roku coś się zmieniło. A raczej ktoś – babcia. I to nie była przypadkowa zmiana w niej. To była decyzja.

Życzenia bez odpowiedzi

– Dziwne… – powiedziała mama, ściskając w ręce bukiet różowych tulipanów. – Zazwyczaj babcia już na nas czeka.

Stałyśmy pod drzwiami babcinego mieszkania. Pachniało ciastem drożdżowym z mieszkania obok i wilgocią z piwnicy. Mama nacisnęła dzwonek. Raz, drugi. Za naszymi plecami słychać było szuranie butów – właśnie dotarł Tomasz z Natalią. On z tekturowym pudełkiem od cukierni, ona z miną jak na pogrzebie.

– Co tak stoicie? – rzucił. – Dzwoniłaś, że jesteście już na miejscu.

– Dzwoniłam. Nie otwiera – odpowiedziała mama. – Może śpi?

– O tej godzinie?

Tomasz przesunął mnie i matkę, podszedł do drzwi i zapukał mocniej.

– Mamo! To my. Przyjechaliśmy!

Cisza. Potem coś zaszurało. I w końcu głos – stłumiony, matowy, zmęczony:

– Nie otworzę.

Mama spojrzała na mnie, jakby nie dowierzała. Tomasz wyprostował się i odchrząknął.

– Mamo, co ty wygadujesz? Mamy ciasto, kwiaty... Natalia przyjechała specjalnie z uczelni!

– Nie chcę. Nie dzisiaj. Nie w ten sposób – odpowiedziała babcia przez zamknięte drzwi. – Mam dosyć tego przedstawienia. Teatru. Zostawcie mnie.

Wszyscy zamarli. Natalia spojrzała zaskoczona na ojca, potem na moją matkę.

– Przedstawienia? – powtórzyła mama cicho. – Mamo, nie wygłupiaj się. Przecież…

– Chcę świętego spokoju. I żebyście już sobie poszli.

Na chwilę zapadła cisza, jakby nikt nie wiedział, co teraz wolno powiedzieć. Tomasz uniósł brew.

– No pięknie – mruknął. – Tyle jechałem. Świetnie.

– Mogłeś ją chociaż odwiedzić w ciągu roku, to może by otworzyła – syknęła mama.

– Ty też nie byłaś! – odparł.

Stałam między nimi, jak dziecko przy sprzeczce dorosłych. Milczałam. I tylko w sercu coś we mnie pękło.

A kiedy ty ostatnio zadzwoniłaś?

Wróciliśmy do domu mamy bez planu.

– No to co teraz? – zapytała Natalia, siedząc przy kuchennym stole i stukając paznokciem w filiżankę.

Cisza. Tomasz chodził w kółko po kuchni, jakby szukał okna, przez które mógłby uciec. Mama stała przy zlewie, z rękami opartymi na blacie. Ja opierałam się o framugę drzwi.

– Przesadza – powiedział w końcu Tomasz. – Nie można tak robić. Po prostu zamknąć drzwi i udawać, że nikt nie istnieje. To brak szacunku.

– Brak szacunku to co innego – syknęła mama. – To, że nie interesowałeś się nią przez cały rok, to jest brak szacunku.

– Oczywiście, bo ty jesteś święta, tak? A kiedy ty ostatnio do niej zadzwoniłaś? Albo zapytałaś, czy czegoś potrzebuje?

– Przynajmniej przynosiłam jej leki! I rozmawiam z nią częściej niż raz na kwartał!

– No tak, bo dawanie leków to relacja! – prychnął Tomasz.

Słuchałam tego wszystkiego i czułam, że mi wstyd. Za nich, za siebie, za ten cały teatr, którego dzisiaj nikt nie chciał już grać – poza nimi. Ich krzyk brzmiał jak fałszywa nuta w smutnej piosence.

– Przestańcie – powiedziałam cicho.

Nikt nie zareagował. Więc powtórzyłam głośniej:

– Przestańcie. To nie chodzi o to, kto dzwonił więcej. Kiedy ostatni raz ktoś z was zadzwonił do niej... tak po prostu? Bez powodu?

Zapadła cisza.

– Mam swoją rodzinę – mruknął wujek Tomasz po chwili. – Nie mam czasu na wszystko.

– Nigdy nie była łatwa – dodała mama. – Zawsze musiała być „ważna”. Ciężko się z nią rozmawiało.

– A ja nawet nie wiem, o czym miałabym z nią rozmawiać – szepnęła Natalia. – Poza „jak się czujesz, babciu?”.

Właśnie o tym mówię – powiedziałam. – Dla was to obowiązek. Nie relacja. Tylko teatr.

Ja też nie jestem lepsza

Podeszłam jeszcze raz do drzwi babci, nie z kwiatami, nie z ciastem, tylko z pustymi rękami. Usiadłam na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Drzwi były chłodne, białe, lekko obdrapane na dole – tak jakby ktoś tam kiedyś kopnął. Może z frustracji. Może z rozpaczy. Po drugiej stronie było cicho.

– Babciu... – zaczęłam cicho. – Wiem, że słyszysz.

Milczałam chwilę, zbierając myśli.

– Nie mam pojęcia, co powiedzieć. Ale wiem, że to, co zrobiłaś, miało znaczenie. Zatrzymałaś ten cyrk. I… dobrze. Bo to nigdy nie było o tobie. Tylko o nas. Żebyśmy mogli sobie potem mówić, że przecież „byliśmy”.

Za drzwiami usłyszałam szmer. Babcia oddychała ciężko, tak jak czasem, gdy zasypiała przed telewizorem.

– Ja też nie jestem lepsza – dodałam. – Tylko przyjeżdżam, siedzę cicho i wracam do swojego życia. Tak jakbyś była punktem na liście, który trzeba odhaczyć. Przepraszam.

Długa cisza. A potem... klik. Zamek drgnął. Drzwi uchyliły się lekko. W szparze pojawiła się babcia. Bez makijażu, w szlafroku, z oczami, w których już nie było siły. Tylko zmęczenie.

– Wejdź, Zuzanno – powiedziała cicho.

Pokój był taki jak zawsze – brązowe meble, kwiaty w doniczkach, stare zdjęcia na kredensie. Babcia usiadła w fotelu. Ja na taborecie obok.

– Dzień Babci... – zaczęła. – To miał być dzień bliskości. A nie spektakl z kwiatami i przemówieniami. Nie chcę tego więcej.

Patrzyłam na nią, próbując nie płakać.

Dlatego tu jestem – odpowiedziałam.

– To będzie ostatni taki dzień, Zuzanno. Już nie będę nikogo wpuszczać. Mam prawo do samotności, jeśli nie umiecie dać mi obecności.

Nie miałam nic na swoją obronę. Tylko obecność. Tylko siebie.

To jej ostatni Dzień Babci

Kiedy wróciłam do mieszkania, panowała tam niezręczna cisza. Mama i Tomasz siedzieli naprzeciwko siebie, każde z opuszczoną głową. Natalia przewijała coś bezmyślnie w telefonie. Wzięłam głęboki oddech.

– Babcia powiedziała, że to jej ostatni Dzień Babci – zaczęłam. – Ostatni, w którym przyjmuje życzenia. Już nie chce więcej tego dnia.

Mama uniosła głowę. Tomasz skrzywił się.

– Co to znaczy? – zapytał.

– Że ma dosyć. Teatru. Was. Nas wszystkich.

– Przesadza – prychnął Tomasz. – To tylko jeden dzień w roku.

– Właśnie. Jeden. A dla niej to jedyny dzień, kiedy czuje się zauważona.

Natalia spojrzała na mnie z przestrachem. Miała oczy wilgotne, ale jeszcze nie płakała.

– Ona tak powiedziała? Naprawdę?

– Tak – potwierdziłam. – I że nie chce już otwierać, jeśli nie umiemy być z nią naprawdę.

Myślałam... że robimy to z serca – szepnęła mama, jakby mówiła do siebie.

– Nie. Robiliście to, żeby mieć to z głowy – powiedziałam ostro, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Natalia nagle wybuchnęła płaczem. Schowała twarz w rękach.

– A ja... ja nawet nie wiedziałam, że coś jest nie tak. Myślałam, że babcia po prostu jest... taka zamknięta. Jak zwykle.

Tomasz wstał gwałtownie.

– Mam dość. Nie przyszedłem tu po to, żeby mnie oskarżać. Może i nie byłem idealnym synem, ale nikt z was nie zrobił tak, jak należy.

Wyszedł, trzaskając drzwiami wejściowymi. Mama go nie zatrzymała. Natalia siedziała skulona na krześle, łkając. Ja patrzyłam przez okno, nie wiedząc, czy zrobiłam dobrze. Ale czułam, że ktoś musiał to w końcu powiedzieć.

Po prostu obecność

Zostałam do wieczora. Natalia wyszła godzinę po wujku, nie mówiąc zbyt wiele. Tylko mnie przytuliła – szybko, nerwowo, z poczuciem winy. Mama powiedziała, że „musi to przemyśleć”. A ja... ja po prostu zostałam z myślami. Zapukałam do drzwi babci kolejny raz. Już nie jako wnuczka z wizytą, ale jako ktoś, kto wreszcie chciał posiedzieć.

– Myślałam, że wszyscy już odjechali – powiedziała babcia, otwierając drzwi w wełnianym swetrze. Włosy miała rozczochrane, jak po drzemce.

– Ja nie.

Usiadłyśmy razem przy kuchennym stole. Przez chwilę żadna z nas się nie odzywała. Kroiła jabłko, ja parzyłam herbatę. To było... zwyczajne. W końcu powiedziała:

– Wiesz, Zuzanno, ja ich nie nienawidzę. Nie mam w sobie takiej złości. Po prostu nie chcę już udawać, że to mi wystarcza. Raz do roku.

– Rozumiem. Chyba zaczynam.

– Nie potrzebuję, żeby ktoś przychodził codziennie. Ani co tydzień. Nie jestem z tych babć, co czekają w oknie. Chcę tylko wiedzieć, że ktoś czasem pomyśli. Zadzwoni. Napisze. Może przyjdzie z herbatą. We wtorek. Albo w czwartek. Bez okazji.

– Będę przyjeżdżać – powiedziałam po chwili. – Jeśli chcesz.

Uśmiechnęła się lekko, ale to nie był ten uśmiech z rodzinnych zdjęć. Bardziej cichy znak, że coś pękło – i może coś innego zaczyna się sklejać.

Potem jadłyśmy razem kolację. Chleb z masłem, twaróg i ogórki kiszone. W tle grało radio, mówiło coś o prognozie pogody. A ja poczułam coś, czego dawno nie czułam w tym domu. Obecność.

Coś się przesunęło

Wróciłam do Krakowa dzień później, niż planowałam. W pociągu było zimno, szyby zaparowane, a herbata w plastikowym kubku smakowała jak zmywacz do paznokci. Ale miałam w sobie dziwny spokój. Nie szczęście. Nie ulgę. Raczej coś, co można by nazwać zgodą na prawdę.

Babcia nie zadzwoniła przez cały tydzień. Ja też nie. Nie było potrzeby. Umowa była cicha, bez słów. We wtorek wzięłam dzień wolny. Pojechałam. Z herbatą, bez kwiatów.

Mama próbowała jeszcze jakoś odbudować atmosferę – wysłała bukiet i kartkę: „Z wdzięcznością, Twoja Monika”. Babcia powiedziała, że postawiła ją na oknie i zastanawia się, jak długo tam będzie stała. Tomasz milczał. Natalia napisała SMS-a: „Babciu, czy mogę Cię odwiedzić, tak po prostu?”. Dostała odpowiedź po godzinie: „Zawsze”.

Niczego nie naprawiłam. Nie było zbiorowego pojednania, rodzinnych obiadów i wspólnego świętowania. To, co się rozsypało przez lata, nie dało się zlepić w jedno popołudnie. Ale coś się przesunęło. Przeszło przez krawędź wstydu i ciszy. I zostało nazwane.

Ja się zmieniłam. Przestałam być biernym obserwatorem w tej rodzinie. Może jedna osoba nie zmienia wszystkiego. Ale mogę być tą jedną, która przestaje udawać. I przychodzi we wtorki. Z herbatą. Bez okazji.

Zuzanna, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama