„W Dzień Babci pojechałam odpocząć sama nad morzem. Rodzina ma pretensje, ale przecież w końcu to ma być moje święto”
„Moje dzieci są dorosłe, kochają mnie na swój sposób, ale bardziej wtedy, kiedy pasuję do ich obrazka. Dlatego w tym roku nie będzie ani kwiatków, ani laurki. Spakowałam torbę, kupiłam bilet nad morze i wygodne buty”.

Nie noszę chusty, nie dziergam na drutach, nie trzymam w torebce landrynek dla wnuków. I nie znoszę, kiedy ktoś mówi o mnie „nasza kochana babcia”. Bo ja nie jestem „nasza”. Należę do siebie.
Jestem zmęczona
Dzień Babci. Co roku to samo przedstawienie: tort, laurka z serduszkiem, zdjęcie wrzucone przez córkę Magdę na Facebooka z podpisem „najlepsza babcia świata”. Kwiatki w celofanie, dzieci recytujące wierszyki, wnuczka Zosia z koroną z papieru. Wszystko takie słodkie, że aż mdli. A mnie w tym wszystkim nie ma, bo to nie jest święto mnie, tylko jakiegoś ideału, który mam udawać. Tylko że ja nie zamierzam się dopasowywać. Zbyt długo to robiłam.
Mój mąż już dawno odszedł – najpierw emocjonalnie, potem fizycznie. Moje dzieci są dorosłe, kochają mnie na swój sposób, ale bardziej wtedy, kiedy pasuję do ich obrazka. Dlatego w tym roku nie będzie ani kwiatków, ani laurki. Spakowałam torbę, kupiłam bilet nad morze i wygodne buty. Jadę tam, gdzie nikt nie oczekuje, że będę grzeczna, pogodna i wdzięczna.
– Mamo, no błagam cię, nie rób scen – Magda wpatrywała się we mnie, jakbym właśnie oznajmiła, że zapisałam się do sekty.
– Nie robię scen. Po prostu nie przyjdę. Jadę nad morze – powiedziałam spokojnie.
– W Dzień Babci? Naprawdę?
– A czy ktoś mnie zapytał, jak ja chcę spędzić ten dzień?
Nie rozumieli mnie
Magda odchyliła się na krześle i teatralnie westchnęła.
– Zosia przygotowała laurkę, będziesz na niej ze złotym sercem. A w przedszkolu zrobiła dla ciebie medal z brązowej plasteliny.
– Nie potrzebuję medali. Chcę ciszy i słonego powietrza – odpowiedziałam.
– Mamo, to egoistyczne. Wnuki czekają. To dla nich ważne.
– Nie. To dla was rytuał. Odgrywany co roku spektakl, w którym mam siedzieć na honorowym miejscu i uśmiechać się przez dwie godziny, bo tak wypada. Dzieci uczą się tego, że trzeba być miłym, nie tego, że warto być autentycznym.
– No przepraszam bardzo! Zosia jest szczera! Mówi, że kocha cię najbardziej na świecie!
– Tylko że Zosia mnie nie zna. Bo nikt jej nie mówi, że babcia jeździ na rowerze, ogląda filmy po francusku i nie znosi tortów. Ona zna tylko wersję „babcia z sercem z plasteliny”.
– Masz rację, nie znam cię – rzuciła cicho. – Ale to ty się odsunęłaś.
Spojrzałam na nią, pierwszy raz od dawna bez złości.
– Może. Ale pierwszy raz od lat jestem sobą.
Namówili się
Pół godziny po wyjściu mojej córki zadzwonił mój syn.
– Cześć, mamo.
– Cześć, synku. Dzwonisz jako posłaniec Magdy? – zapytałam, uśmiechając się pod nosem.
– Nie, sam z siebie. Wiem, że już rozmawiałyście. Nie chcę cię przekonywać, tylko pogadać.
– No to gadaj.
– Może mogłabyś przyjechać na chwilę dla wnuków? Bez tortu i laurek.
– A po co? Żebym znów była tłem dla zdjęcia z podpisem „nasza cudowna babcia”?
Adam westchnął.
– Mamo, nie próbujemy cię zmieniać.
– Nie? Próbujecie mnie złamać słowami: „Zosia tęskni”, „Magda się stara”, „wszyscy czekają”. To nie są argumenty. To szantaż emocjonalny w pastelowym opakowaniu.
Zapadło milczenie. Potem Adam powiedział:
– Jesteś dorosła, rozumiem. Tylko szkoda, bo my też chcielibyśmy cię poznać taką, jaka jesteś naprawdę.
Rozłączyłam się, ale jego słowa długo jeszcze dźwięczały mi w głowie. Przez moment zrobiło mi się żal. A potem poczułam dumę, że w końcu ktoś zobaczył, że „babcia” to też człowiek. Nie tylko rola.
Byłam szczęśliwa
Morze zimą ma w sobie coś surowego i wyzwalającego. Fale są niespokojne, jakby odgrywały własny dramat, którego nikt nie przerywa brawami. Spacerowałam po pustej plaży w Gdyni-Orłowie, szczelnie otulona szalem, z policzkami czerwonymi od wiatru. Szłam powoli, z termosu piłam herbatę z imbirem. Nie potrzebowałam niczego więcej.
W małej restauracji przy zejściu na plażę zamówiłam zupę rybną. Obok mnie usiadła kobieta mniej więcej w moim wieku. Miała granatowy płaszcz, rozwiane siwe włosy i lekkie, ironiczne spojrzenie.
– Chyba też pani uciekła – powiedziała.
– Od tortu i laurki? Tak. A pani?
– Od wnuczki w cekinowej sukience i od córki, która zamówiła catering.
Roześmiałyśmy się w tym samym momencie.
– Ja się nazywam Ewa. Mąż zmarł pięć lat temu. Od tamtej pory nie jestem tradycyjną babcią i nikt mnie już do tego nie zmusi.
– Olga. Nie znoszę plasteliny i nie noszę papilotów. I właśnie dziś poczułam, że nie jestem sama.
– Jest nas więcej, niż myślisz, tylko wszystkie siedzimy cicho.
Wreszcie poczułam, że świat naprawdę należy do mnie. Że mogę być sobą, bo tak chcę, że nie muszę odgrywać tych rodzinnych teatrzyków tylko dlatego, że od kobiety po sześćdziesiątce się oczekuje, że będzie przykładną babcią.
Nie byłam sama
Następnego dnia rano obudziłam się wcześnie. W pensjonatowej stołówce pachniało kawą. Światło z zewnątrz było chłodne, jakby słońce nie do końca zdecydowało, czy warto dziś wstawać. Zjadłam śniadanie i wróciłam do swojego pokoju. Otworzyłam okno i usłyszałam fale. Prawdziwe życzenia na Dzień Babci.
Na stole leżała moja książka, z której nie zdążyłam przeczytać jeszcze ani jednej strony. Za dużo miałam do przemyślenia. Usiadłam na łóżku, owinięta w koc, z kawą w dłoniach, i po prostu patrzyłam przez okno na morze, na wiatr. Nie czułam się ani winna, ani dumna z tego, że wyjechałam tak daleko od rodziny. Czułam się lekka, jakby ktoś w końcu zdjął mi z pleców coś, co nosiłam przez lata – nawet o tym nie wiedząc.
Może nie wszyscy mnie rozumieją. Może niektórym jest przykro, może kiedyś znów pojadę na rodzinny obiad, albo nie. Nie wiem i nie muszę teraz tego wiedzieć. Wiem tylko jedno: tym razem nikt nie próbował mnie naprawiać. Nikt nie tłumaczył mi, kim powinnam być, nikt nie wpychał mnie w role, które przestały być moje. To wystarczyło.
Zamknęłam oczy i wciągnęłam głęboko powietrze. Pachniało zimnym morzem, igliwiem i wolnością. Wreszcie byłam dokładnie tam, gdzie chciałam być. Wreszcie byłam sobą.
Olga, 66 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na ferie pojechałam na wieś do szwagra. Za 9 miesięcy dowiem się, czyje oczy będzie miało moje dziecko”
- „Któregoś dnia mąż wyszedł z domu i już nie wrócił. Po 15 latach zamiast na cmentarzu, znalazłam go w ramionach innego”
- „W nowym roku wzięłam pralkę na kredyt, ale zyskałam o wiele więcej. Doradca skusił mnie nie tylko na kolejną pożyczkę”