„W Dzień Babci spodziewałam się laurki i kwiatów, a wnuki zabrały mnie na lodowisko. Dawno się tak nie bałam”
„W Dzień Babci spodziewałam się kwiatów i obiadu, a dostałam niespodziankę – lodowisko. Kiedyś to ja uczyłam wnuki jeździć na rowerze, dziś one prowadziły mnie po lodzie. W głowie słyszałam tylko głos Staszka: »Po co ci to, Halinka?«, a jednak śmiałam się jak nigdy. Najlepsze przyszło później”.

- Redakcja
Poranki mam ciche. Aż za ciche. Budzę się zawsze kilka minut przed budzikiem, choć od trzech lat nigdzie już nie muszę się spieszyć. Leżę wtedy i patrzę w sufit, w ten sam pęknięty róg nad szafą, który pamięta jeszcze czasy, gdy Staszek krzyczał z kuchni, żebym wstawała, bo kawa stygnie. Teraz kawę muszę zrobić sama. Zawsze robię jej za dużo, jakbym wciąż czekała, że ktoś do mnie dołączy.
Dzień Babci. Wiedziałam, że zadzwonią. Wiedziałam też, że znowu będę udawać zdziwioną, gdy usłyszę „wszystkiego najlepszego”. Lubię ten dzień, ale on zawsze trochę boli. Przypomina mi, że moje życie skurczyło się do kilku rytuałów i czekania na wizyty, które nigdy nie są wystarczająco długie.
Telefon zadzwonił chwilę po dziewiątej.
– Mamo, wszystkiego najlepszego! – głos Anki był szybki, jak zawsze. – Dzieci nie mogą się doczekać, aż cię zobaczą.
– Przyjedziecie? – zapytałam ostrożnie.
– Tak… ale nie szykuj obiadu. Mamy dla ciebie niespodziankę.
– Jaką niespodziankę? – serce zabiło mi szybciej, choć próbowałam brzmieć obojętnie.
– Zobaczysz, mamo. Ubierz się ciepło.
Rozłączyła się, zanim zdążyłam dopytać. Usiadłam przy stole i spojrzałam na swoje dłonie. Pomyślałam, że może znowu nie rozumiem świata moich wnuków. I że może znowu będę tylko dodatkiem do ich planów. A jednak… gdzieś głęboko poczułam coś jeszcze. Nadzieję.
Zatrzymałam się jak wryta
Zabrali mnie do miejsca, którego zupełnie się nie spodziewałam. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, zobaczyłam lodowisko pełne śmiechu, muzyki i kolorowych świateł odbijających się w lodzie. Zatrzymałam się jak wryta, ściskając torebkę, jakby miała mnie ochronić przed kompromitacją.
– Żartujecie? – zapytałam, patrząc na wnuki. – Przecież ja nawet nie umiem stać na łyżwach.
– Ale my umiemy! – zawołał Jaś i już ciągnął mnie w stronę kasy.
– Babciu, to jest właśnie niespodzianka – dodała Ala, patrząc na mnie uważnie. – Spróbujesz. Tylko spróbujesz.
Czułam się jak intruz w świecie młodych, szybkich ciał i pewnych ruchów. Gdy zakładałam łyżwy, ręce mi się trzęsły, a w głowie słyszałam głos Staszka: „Po co ci to, Halinka?”. A jednak wyszłam na lód. Ostrożnie. Za ostrożnie.
Pierwszy krok był fatalny. Drugi jeszcze gorszy. Upadłam niemal od razu, a lód był zimny i twardy jak rzeczywistość, od której zwykle uciekałam do swojej kuchni.
– Babciu! – krzyknął Jaś, podjeżdżając do mnie. – Ale ty jesteś odważna!
– Nie wiem, czy odważna, czy po prostu głupia – zaśmiałam się, pozwalając, by pomógł mi wstać.
Kamil jechał obok, asekurując mnie ramieniem, a Ala spojrzała na mnie z czymś, czego dawno u dzieci nie widziałam – z dumą.
– Babciu, serio. Wyglądasz super – powiedziała cicho.
Jechałam wolno, chwiejnie, śmiejąc się głośno z samej siebie. Czułam, jak rumieniec wstydu miesza się z radością. Po raz pierwszy od dawna nie byłam tylko babcią od obiadu. Byłam częścią ich świata. Choć na chwilę.
Nie nadążam za ich światem
Po lodowisku poszliśmy do małej kawiarni obok parku. Szyby były zaparowane, a w środku pachniało kakao i czymś słodkim, co przypominało mi dawne zimy, kiedy Anka wracała ze szkoły z czerwonym nosem. Usiadłam ciężko na krześle, czując, jak nogi mam jeszcze miękkie od wysiłku i emocji.
– Babciu, gorącą czekoladę z bitą śmietaną czy bez? – zapytał Kamil, już przy ladzie.
– Z bitą – odpowiedziałam po chwili wahania. – Dzisiaj mogę.
Dzieci mówiły jedno przez drugie. O szkole, o jakimś filmiku, który „ma milion wyświetleń”, o nauczycielce, która „totalnie nie ogarnia”. Kiwałam głową, czasem dopytywałam, choć nie zawsze rozumiałam połowę słów. Miałam wrażenie, że siedzę przy stole z kimś z innej planety. A jednak co chwilę któreś z nich zerkało na mnie, jakby sprawdzało, czy nadal tam jestem.
– Babciu – Kamil nachylił się nagle w moją stronę – a ty miałaś kiedyś chłopaka przed dziadkiem?
Zaklęłam się w myślach i poczułam, jak policzki robią mi się gorące.
– Może jednego… albo dwóch – odpowiedziałam cicho.
Ala uśmiechnęła się pod nosem.
– Wiedziałam. Ty jesteś taka romantyczna. Widać to.
Patrzyłam na nią zaskoczona. Nikt od dawna nie nazwał mnie romantyczną. Zawsze tylko „praktyczna”, „cierpliwa”, „pomocna”. Słuchałam ich dalej, czując, że choć nie nadążam za ich światem, to oni chcą, żebym w nim była. I to było nowe. Dziwnie ciepłe.
Te słowa wnuczki były jak balsam
Spacerowaliśmy powoli przez park, a śnieg skrzypiał pod butami, jakby specjalnie chciał przypominać, że zima jeszcze się nie poddała. Kamil i Jaś pobiegli przodem, rzucając się śnieżkami i śmiejąc się tak głośno, że aż bolało mnie serce z tej radości. Zostałam z Alą kilka kroków za nimi. Szła wolniej niż zwykle, z rękami schowanymi głęboko w kieszeniach kurtki.
– Babciu… – zaczęła i zaraz zamilkła.
Spojrzałam na nią uważnie. Nie była już dzieckiem, ale jeszcze nie dorosłą. Taka pomiędzy. Dokładnie jak ja w tym świecie.
– Co się stało? – zapytałam łagodnie.
Wzruszyła ramionami.
– Wiesz… wszyscy myślą, że jak się ma telefon i znajomych, to nie da się być samotnym. A ja czasem czuję się strasznie sama.
Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam. Zatrzymałam się.
– Samotność nie patrzy na wiek – powiedziałam cicho. – Ja też ją znam.
Ala spojrzała na mnie z zaskoczeniem.
– Naprawdę? Myślałam, że babcie się tak nie czują.
Uśmiechnęłam się smutno.
– Czują się. Tylko rzadko o tym mówią.
Szłyśmy dalej w ciszy, aż nagle Ala odwróciła się do mnie.
– Babciu, my nie zabraliśmy cię dzisiaj, bo musieliśmy – powiedziała szybko, jakby bała się, że nie zdąży. – My naprawdę chcieliśmy. Bo ty… jesteś ważna.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Łzy same napłynęły mi do oczu.
– Myślałam, że już nie jestem wam potrzebna – wyszeptałam.
– Jesteś – odpowiedziała bez wahania. – Tylko nie tak jak kiedyś, ale bardziej, niż myślisz.
Objęłam ją, nie zważając na ludzi dookoła. W tamtej chwili zrozumiałam, że miłość zmienia formę, ale nigdy nie znika.
Wystarczyło, że byłam
Wieczorem wróciłam do domu zmęczona w sposób, którego dawno nie czułam. Nie bolały mnie tylko nogi, ale i serce – w dobrym, ciężkim sensie. Z torby wyjęłam kubek z napisem „Najlepsza babcia na świecie” i postawiłam go na blacie, dokładnie tam, gdzie zawsze stał kubek Staszka. Obok położyłam zdjęcie z lodowiska. Ja, w czapce przekrzywionej na bok, z szerokim, trochę niepewnym uśmiechem. Prawie siebie nie poznałam.
Usiadłam przy kuchennym stole. Cisza wróciła szybko, jakby tylko na chwilę wyszła na spacer razem z nami. Rozłożyłam kartkę, którą znalazłam w kieszeni płaszcza. Nierówne litery Jasia układały się w krótkie zdanie: „Babciu, jesteś najlepsza”. Przejechałam palcem po papierze, jakby to było coś kruchego.
Pomyślałam o sobie sprzed lat. O kobiecie, która była potrzebna wszystkim naraz. Gotowała, prała, pilnowała, ogarniała. A potem nagle przestała być w centrum i nie bardzo wiedziała, kim jest bez tego wszystkiego. Tego dnia zrozumiałam, że moje miejsce nie zniknęło. Ono się tylko zmieniło. Nie musiałam już nadążać. Nie musiałam udowadniać, że jestem młoda, sprawna czy na czasie. Wystarczyło, że byłam. Babcią, która potrafi słuchać. Która się boi, ale i tak wchodzi na lód. Zgasiłam światło w kuchni z dziwnym spokojem. Pierwszy raz od dawna nie czułam pustki.
Najpiękniejsze są wspomnienia
Kiedy położyłam się do łóżka, długo nie mogłam zasnąć. Leżałam na boku, wpatrując się w ciemność, i po raz pierwszy od dawna nie czułam tego znajomego ucisku w klatce piersiowej. Zamiast niego było coś miękkiego. Ciepłego. Jakby ten dzień zostawił we mnie ślad, który nie chciał zniknąć razem z ciszą mieszkania.
Sięgnęłam po telefon i nagrałam wiadomość do Anki. Głos trochę mi drżał.
– Dziękuję ci, córeczko. Za ten dzień. Za to, że pozwoliłaś mi poczuć się… potrzebna. To był najpiękniejszy Dzień Babci w moim życiu.
Zatrzymałam nagranie, zanim głos mi się załamał. Odłożyłam telefon na stolik nocny i naciągnęłam kołdrę pod samą brodę. Przez chwilę słyszałam jeszcze śmiech dzieci, trzask łyżew o lód, słowa Ali, które wciąż we mnie dźwięczały. Zrozumiałam wtedy coś prostego, a jednocześnie trudnego do przyjęcia. Moja rola w rodzinie nie polegała już na byciu w centrum. Nie musiałam ratować, organizować ani poświęcać się bez reszty. Wystarczyło, że byłam obecna. Prawdziwa. Taka, jaką mnie zapamiętają. Zamknęłam oczy z lekkim uśmiechem. Wiedziałam, że jutro znowu obudzę się w ciszy. Jednak nie będzie już pusta. Będzie pełna wspomnień. I miłości, która nie potrzebuje dowodów.
Halina, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłam pewna, że na feriach w Białce mój chłopak mi się oświadczy. To, co powiedział, bolało bardziej niż upadek na stoku”
- „Postawiłam mężowi noworoczne ultimatum: zero tajemnic. Dopiero później zrozumiałam, dlaczego tak szybko się zgodził”
- „Marzę o wspólnych feriach, ale mój mąż zapadł w zimowy sen. Woli wylegiwać się w domu, niż spędzać czas z rodziną na stoku”