„W Dzień Babci teściowa odmówiła opieki nad wnukami. Powiedziała, że mają zły charakter po mamusi”
„Przez resztę dnia chodziłam jak na szpilkach. Niby wiedziałam, że od mojej teściowej pomocy się nie doczekam, ale mimo wszystko ta rozmowa bolała bardziej, niż powinna. Wieczorem, kiedy mąż wrócił do domu, nawet nie musiałam nic mówić – wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zrozumiał, że coś jest nie tak”.

- Redakcja
Niektórzy mówią, że dzieci są jak lustro – odbijają wszystko, co w nas najlepsze… i najgorsze. Jeśli myślicie, że w naszej rodzinie wszystko zawsze grało jak w podręczniku psychologii rodzinnej, to muszę was rozczarować. Nasza codzienność przypominała raczej przewrotny serial, w którym babcia do powiedzenia ostatnie słowo. No ale o tym, jak bardzo można się zdziwić, ufając rodzinie, opowiem Wam w tej historii.
Zatkało mnie
Już od rana miałam przeczucie, że ten Dzień Babci nie będzie należał do najspokojniejszych. W zasadzie wiedziałam to od momentu, kiedy zobaczyłam na ekranie telefonu imię teściowej – jedyny kontakt w mojej książce, przy którym poważnie rozważałam zablokowanie numeru. Oddzwoniłam, żeby nie potem wysłuchiwać komentarzy, że nie szanuję starszych.
– O, widzę, że w końcu można się z tobą połączyć – zaczęła od razu, nawet się nie przywitała. – Znowu gdzieś latasz?
– Dzień dobry. Nie, siedzę w domu. Dzieci chorują – odpowiedziałam z wymuszonym spokojem, choć na myśl o tej rozmowie już zaczynała mnie boleć głowa.
– A, dzieci chore… – Teściowa przeciągnęła słowo „dzieci”, jakby to nie były jej wnuki, tylko jakieś egzotyczne zwierzaki. – No i co z tego? Chora matka, chore dzieci. Wszystko jasne.
Przygryzłam język, żeby nie odpowiedzieć równie „serdecznie”. Wiedziałam, że jakakolwiek próba obrony własnej rodziny kończy się licytacją na krzywdy i wywlekaniem spraw sprzed dekady.
– Czy mogłabyś dzisiaj do nich wpaść? Jest Dzień Babci, a dzieci nie powinny jeszcze wychodzić z domu – zapytałam, przechodząc do rzeczy.
– Nie mogę. – Odpowiedź padła natychmiast, zimna jak lód. – Mam swoje sprawy. Zresztą… – Tu zrobiła teatralną pauzę. – Poza tym nie będę się męczyć z dziećmi, które mają taki charakter po swojej mamusi. Wystarczy, że ty się z nimi męczysz.
Zatkało mnie. Stałam przez chwilę z telefonem przy uchu, nie dowierzając, co właśnie usłyszałam.
– Słucham? – wydusiłam z siebie, próbując zrozumieć, czy dobrze słyszę.
– No przecież mówię. Po kim one takie są? Nie po moim synu, to pewne.
Zagotowałam się
Zanim zdążyłam wymyślić jakąkolwiek ciętą ripostę, teściowa już kontynuowała, jakby przez ostatnie pięć lat ćwiczyła swoje przemowy przed lustrem.
– Zawsze mówiłam mojemu synowi, że jak się ożeni, to powinien dobrze wybrać – paplała dalej. – A on, jak to chłop, nie słuchał matki. I proszę bardzo, teraz masz.
– Przepraszam bardzo, a co właściwie jest nie tak z moimi dziećmi? – wycedziłam przez zęby, licząc do dziesięciu w myślach, żeby nie powiedzieć za dużo.
– A co ma być nie tak? Są głośne, rozbrykane, wiecznie pyskują. I ten mały – wiecznie coś kombinuje. Wdał się w matkę, niestety. – W jej głosie pobrzmiewała niemal satysfakcja.
– Czyli to już oficjalnie, że moje dzieci są problemem, bo mają charakter po mnie, tak? – odparłam, siląc się na spokojny ton. – To może po prostu przyznajmy, że nie chcesz się opiekować wnukami i nie szukajmy wymówek?
Usłyszałam w słuchawce ciężkie westchnienie, potem chrząknięcie, jakby teściowa właśnie zbierała się do nowej ofensywy.
– No już dobrze, nie denerwuj się tak. Mnie nikt nie pomagał, jak twój mąż był mały. Sama ze wszystkim musiałam sobie radzić. – Przez moment usłyszałam w jej głosie nutę żalu, ale szybko się zreflektowała: – Poza tym, ja już nie mam do tego nerwów. Tyle na ten temat.
– Dobrze, rozumiem. Szkoda tylko, że dzieci nie mogą spędzić czasu z babcią – odpowiedziałam z rezygnacją. – Chociaż może to i lepiej, oszczędzę im komentarzy o „złym charakterze”.
– Jak chcesz, twoja sprawa – ucięła teściowa. – Nie będę się wtrącać.
Odłożyłam telefon, czując, jak gotuje się we mnie krew.
Miałam do niej żal
Przez resztę dnia chodziłam jak na szpilkach. Niby wiedziałam, że od mojej teściowej pomocy się nie doczekam, ale mimo wszystko ta rozmowa bolała bardziej, niż powinna. Wieczorem, kiedy mąż wrócił do domu, nawet nie musiałam nic mówić – wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zrozumiał, że coś jest nie tak.
– Co się stało? – zapytał, siadając obok mnie na kanapie. – Z dziećmi gorzej?
– Dzieci jak dzieci, przeziębienie, przejdzie – burknęłam. – Dzwoniłam do twojej mamy i poprosiłam, żeby przyszła. W końcu jest Dzień Babci. Zgadnij, co mi odpowiedziała?
Mąż westchnął, już przewidując najgorsze.
– Że nie ma czasu?
– To byłoby pół biedy. Powiedziała, że nie zamierza się męczyć z naszymi dziećmi, bo mają zły charakter po mamusi. Rozumiesz? – poczułam, jak głos mi się łamie.
Mąż spojrzał na mnie bezradnie, jakby szukał odpowiedzi na pytanie, czy jego matka mówiła serio, czy to może jakiś rodzaj czarnego humoru.
– No tak… – wymamrotał, drapiąc się po głowie. – Moja mama zawsze miała swoje… teorie.
– Teorie? Naprawdę? – prychnęłam. – Kiedyś się śmiałam, ale teraz zwyczajnie mnie to wkurza. Ona nie widzi, ile masz pracy, ile ja mam na głowie. Nie pyta, czy czegoś potrzebujemy. Zawsze tylko: „po kim one takie są?”
– Wiem. Przepraszam cię za nią – odparł cicho.
– Nie musisz mnie przepraszać, to nie twoja wina – powiedziałam, po czym dodałam z goryczą: – Chciałam tylko raz poczuć, że mamy rodzinę. Taką, która nie wbija szpil przy każdej okazji.
Mąż przyciągnął mnie do siebie i przez chwilę po prostu siedzieliśmy w ciszy. Wiedziałam, że i jemu nie jest łatwo. I chyba po raz pierwszy miałam ochotę po prostu nie odbierać już więcej telefonu od teściowej.
Było mi przykro
Następnego dnia rano, kiedy szykowałam śniadanie, do kuchni wszedł mój syn. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, jakby spał na nich z godzinę za długo.
– Mamo, dlaczego babcia nie przyszła wczoraj? – zapytał ni stąd, ni zowąd, przecierając oczy rękawem piżamy.
Zawahałam się. Co tu powiedzieć siedmiolatkowi, który o świecie wie tyle, co wyczyta w książkach o dinozaurach i detektywach?
– Babcia była bardzo zajęta swoimi sprawami – odpowiedziałam wymijająco, stawiając mu talerz z kanapką.
– Zawsze jest zajęta. – Syn wzruszył ramionami i sięgnął po kakao. – Może babcia nas nie lubi?
W tym momencie do kuchni weszła moja córka, młodsza o dwa lata, z miną równie naburmuszoną.
– Babcia powiedziała, że mam zły charakter – rzuciła, patrząc na mnie podejrzliwie. – Słyszałam, jak mówiła do ciebie przez telefon, że jesteśmy niegrzeczni.
Przełknęłam ślinę. Jasne, rozmowa odbywała się w przedpokoju, dzieci najwyraźniej coś podsłuchały. Westchnęłam i przyklękłam obok nich.
– Posłuchajcie. Czasem dorośli mówią rzeczy, których nie powinni. Babcia… ma swoje zdanie, ale to nie znaczy, że ma rację. Wy jesteście fajni, a jak coś przeskrobiecie, to nie dlatego, że jesteście źli, tylko bo jesteście dziećmi.
– To, czemu ona tak mówi? – syknął syn, marszcząc brwi.
– Może jest jej smutno, że już nie ma tyle siły, żeby się z wami bawić? – zaproponowałam półprawdę.
Córka spojrzała na mnie uważnie.
– Chcę mieć inną babcię. Taką, która piecze ciasto i się z nami śmieje, a nie gada, że jesteśmy niefajni.
Poczułam, jak coś mnie ściska w środku. Było mi przykro, że nawet dzieci zaczynają zauważać to, co dorośli przez lata próbowali zamieść pod dywan.
Postawiłam granicę
Do południa próbowałam się zająć czymkolwiek, żeby nie rozmyślać o tym, jak bardzo ta cała sytuacja mnie uwiera. Niestety, los postanowił sprawdzić moją cierpliwość – znów zadzwoniła teściowa. Miałam to zignorować, ale stwierdziłam, że raz w życiu warto postawić sprawę jasno.
– Halo? – rzuciłam szorstko do słuchawki, zanim zdążyła mnie uprzedzić swoim „dzień dobry”.
– A co taka nerwowa dzisiaj? – odparła z irytującym spokojem. – Przemyślałam wczorajszą rozmowę i doszłam do wniosku, że może rzeczywiście trochę przesadziłam.
– Tylko trochę? – nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. – Wiesz, jak dzieci to odebrały? Syn był przekonany, że go nie lubisz, córka płakała, bo chciałaby mieć „inną babcię”.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Poczułam nawet, że teściowej zabrakło na moment argumentów.
– No, dzieci czasem coś sobie wymyślają… – bąknęła w końcu, ale już bez tej swojej pewności.
– Tym razem nie wymyśliły. Usłyszały wszystko. Może i czasem są uparte, krnąbrne, głośne – dodałam, zanim zdążyła wbić mi tę szpilę – ale są dziećmi. Takie mają prawo.
– Może rzeczywiście… Może ja już się nie nadaję do pilnowania dzieci – mruknęła. – W moich czasach to było inaczej, dzieci się słuchały, nie odzywały. A teraz to… sama widzisz.
– Właśnie widzę. I wiesz co? To nie dzieci mają się zmieniać dla ciebie. Albo się je akceptuje, albo lepiej nie udawać babci na pół etatu – odparłam z rezygnacją. – Chcą, żeby je pani czasem przytuliła, przeczytała bajkę. Nawet nie chodzi o opiekę, tylko żeby poczuły, że ktoś je lubi.
– Może kiedyś przyjdę. Jak będę gotowa – powiedziała cicho, prawie po ludzku.
– Nie przychodzić, dopóki nie przestaniesz oceniać wszystkiego przez pryzmat „charakteru po mamusi”. Moje dzieci mają prawo być sobą.
Rozłączyłam się. Po raz pierwszy poczułam, że jasno postawiłam granicę.
Poczułam ulgę
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiadłam z mężem w kuchni. Cisza była przerywana tylko tykaniem starego zegara. Mąż oparł się łokciami o stół i spojrzał na mnie z troską.
– No i co, rozmawiałaś z mamą? – zapytał, choć chyba znał już odpowiedź.
– Rozmawiałam. I powiedziałam jej, co myślę. Wiesz, przez chwilę poczułam się winna, że się postawiłam. Tylko ile można udawać, że wszystko jest w porządku, skoro nie jest? – skrzywiłam się, kręcąc łyżeczką w herbacie.
– Szkoda mi dzieci – westchnął. – To nie ich wina, że ktoś się zafiksował na punkcie „charakteru po mamusi”.
– One i tak są mądrzejsze od nas – odpowiedziałam. – Powiedzieli dziś, że chcą mieć inną babcię. I chyba mają rację. Lepiej nie mieć żadnej niż taką, która tylko ocenia i wytyka.
Mąż pokiwał głową. Widziałam, że było mu przykro.
– Moja mama… ona już się nie zmieni. Tyle lat udawała, że wszystko wie najlepiej. Chyba po prostu nie umie inaczej.
– Nie chcę, żeby dzieci rosły w przekonaniu, że są z nimi jakieś „genetyczne” problemy, bo babcia tak uważa. Wiesz, czasem myślę, że najgorsze nie są jej słowa, tylko to poczucie, że zawsze ktoś nam patrzy na ręce i czeka na potknięcie.
– To może po prostu… dajmy sobie z nią trochę spokoju? Nie dzwoń, nie zapraszaj. Jak będzie chciała, to sama przyjdzie. Dzieci na razie niech mają święty spokój. Zasługują na to.
– Dobrze – zgodziłam się, czując ulgę.
Popatrzyliśmy na siebie i po raz pierwszy od dawna poczułam, że w tej domowej wojnie ktoś wreszcie zyskał – i byli to moi najbliżsi.
Laura, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”
- „Żona wytyka mi każdy grosz, a sobie kupuje drogie perfumy. Ja też chcę od życia czegoś więcej niż skarpet z przeceny”
- „Narzeczona, zamiast planować ślub, wdała się w romans z DJ-em. Układanie weselnej playlisty poszło za daleko”