„W Dzień Babci teściowa zachowywała się jak rozkapryszona królewna. Córka dała jej laurkę, a ona tylko kręciła nosem”
„Teściowa wzięła kartkę, spojrzała przez chwilę, uniosła jedną brew i cmoknęła ustami. Miałam ochotę wziąć tę laurkę i wcisnąć teściowej z powrotem do ręki z komentarzem, którego moja córka nie powinna usłyszeć”.

- Redakcja
Dzień Babci nigdy nie był w naszym domu zwykłą okazją do wręczenia laurki i czekoladek. Teściowa, kobieta z ogromnym poczuciem własnej ważności, zawsze traktowała to święto jak swoje osobiste urodziny połączone z galą oscarową. Miało być z przytupem, głośno i z odpowiednią oprawą – najlepiej taką, która zapewniłaby jej status niezastąpionej matrony rodu. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że z roku na rok jej wymagania rosły, a entuzjazm otoczenia – wręcz przeciwnie. Zawsze musiało być coś „bardziej”, coś „ładniej”, coś „lepiej”. No i obowiązkowo: więcej uznania dla niej. To nie był czas na zwykłe „sto lat” i uśmiech dziecka. Nie w przypadku kobiety, która z laurki zrobiła test lojalności, a z obiadu – casting na synową roku. Nie przeczuwaliśmy, że ten Dzień Babci stanie się rodzinnym dramatem w trzech aktach, z laurką w roli głównej i grymasem zamiast wzruszenia.
Musiałam ją pocieszyć
Teściowa przyszła do nas w futrze, choć termometr na zewnątrz ledwie wskazywał minus dwa. Weszła z miną, jakby robiła nam łaskę. Mój mąż od razu podbiegł, zdjął jej płaszcz i powiesił na wieszaku, jak kelner w drogim hotelu. W kuchni już pachniało rosołem, a ja co chwilę zerkałam, czy pieczeń nie wysycha.
– Mamo, dobrze, że jesteś – powiedział serdecznie mój mąż, całując ją w policzek.
– Taaak, no... miałam inne plany, ale przecież jak nie przyjdę, to potem będzie: „babci nie było, babcia zapomniała”.
Z salonu wybiegła Zosia z laurką. Zatrzymała się kilka kroków przed babcią i wyciągnęła w jej stronę rączki.
– Babciu, to dla ciebie! Sama rysowałam! Tu jesteś ty, tu my, a tu tort! – z dumą pokazała kolorowe bazgroły.
Teściowa wzięła kartkę, spojrzała przez chwilę, uniosła jedną brew i cmoknęła ustami.
– Oj... no ładnie, ładnie... tylko... czemu ja mam taką wielką głowę? – zapytała, przekrzywiając kartkę. – I czemu moje włosy są niebieskie?
Zosia zamarła, patrząc na mnie niepewnie.
– Bo nie miałam szarej kredki... A duża głowa, bo jesteś mądra!
– No dobrze, dobrze – burknęła babcia, odkładając laurkę na komodę obok gazety. – Najważniejsze, że się starałaś...
Zosia spojrzała w dół. Podeszłam i objęłam córkę, szepcząc do ucha:
– Babcia się cieszy. Tylko nie umie tego pokazać.
Miałam ochotę wziąć tę laurkę i wcisnąć teściowej z powrotem do ręki z komentarzem, którego moja córka nie powinna usłyszeć.
Zagotowałam się
Usiedliśmy przy stole.
– Ooo, rosół? – zapytała teściowa z teatralnym zaskoczeniem. – No, no, klasyka. A mówiłam, że mam dziś ochotę na coś lekkiego. Krem z brokułów by się lepiej sprawdził.
– Ale mamo, przecież zawsze robimy rosół w Dzień Babci – przypomniał mój mąż, siadając naprzeciw niej.
– No właśnie. Zawsze. A ja już mam dość tej wydumanej tradycji. Ileż można...
Zosia zajadała się rosołem. Widać było, że nie rozumie, o co chodzi, ale czuła napięcie. Ja też czułam. W gardle, na skroniach, w karku.
– A może chociaż spróbujesz, zanim skrytykujesz? – powiedziałam, starając się brzmieć neutralnie.
– Nie krytykuję, ja tylko... no... wyrażam opinię – odparła, biorąc łyżkę do ręki. – Przecież wolno mi, prawda?
Zanurzyła łyżkę, spróbowała i... skrzywiła się delikatnie.
– Za dużo maggi. Albo lubczyku. Coś tu jest nie tak.
– Babciu... ale przecież mama mówiła, że lubczyk to miłość w zupie – wtrąciła Zosia niewinnie.
– Miłość miłością, ale przyprawa to przyprawa – odburknęła teściowa, odstawiając łyżkę na talerz. – Trudno. Zjem ziemniaki.
Mąż spuścił głowę. Ja liczyłam do dziesięciu, próbując się nie odezwać. Bo przecież to miał być miły dzień.
Wzięłam głęboki oddech
Po rosole było ciasto. Nie byle jakie – piekłam je do północy, bo przecież nie wypada dawać teściowej makowca z dyskontu.
– No i co my tu mamy? – zapytała teściowa, marszcząc brwi, jakby tort ją obraził.
– Tiramisu. Domowe – powiedziałam z uśmiechem, stawiając deser na stole.
– Ach, tiramisu... – przeciągnęła. – A nie było niczego bardziej... tradycyjnego?
– Myślałam, że coś nowego będzie miłą odmianą – odparłam.
– Hmmm... – mruknęła, przyglądając się ciastu, jakby sprawdzała, czy krem nie ucieknie. – Wygląda jak ze sklepu.
Zosia spojrzała na mnie z niepokojem. Wzięłam głęboki oddech.
– Babciu! Mama sama robiła! Całą noc nie spała – wtrąciła z oburzeniem.
– Naprawdę? No to tym bardziej szkoda, że taki efekt... – teściowa ugryzła kawałek i cmoknęła. – No, może nie jest najgorsze, ale to nie to, co kiedyś robiła moja ciocia Jadzia. Ona robiła takie, że człowiek do dziś pamiętał smak. A tu… za słodko.
– Wiesz, mamo, może po prostu powiedz, że dziękujesz? – włączył się mój mąż, co zdarzało się rzadko.
– Ależ dziękuję, oczywiście! – uniosła dłonie. – Przecież ja tylko mówię, co czuję. Trzeba mówić prawdę, nie sądzisz?
– Czasem prawda boli – powiedziałam, odkładając widelec. – Szczególnie, jak ktoś wkłada w coś serce.
W tej chwili wiedziałam, że to był dopiero początek.
Ledwo powstrzymałam łzy
Po cieście przyszedł czas na prezenty. Zosia przyniosła przygotowaną wcześniej kopertę z rysunkiem serduszka i napisem „Najlepsza babcia na świecie”, a obok położyła mały słoiczek z domowym peelingiem z cukru i kawy – jej dzieło, oczywiście z moją pomocą. Dodałyśmy wstążkę, karteczkę z życzeniami i suszony kwiatek. Byłam dumna.
– Proszę, babciu. To dla ciebie. Sama robiłam! – Zosia podała upominek z taką powagą, jakby wręczała berło królowej.
Teściowa wzięła słoiczek, spojrzała na karteczkę i westchnęła ciężko.
– Peeling? A po co mi peeling?
– No… żeby skóra była miękka – Zosia zająknęła się, niepewna reakcji.
– Dziecko drogie, ja mam delikatną skórę. I w tym wieku to nie o gładkość chodzi, tylko o kości, żeby się nie łamały – odparła, odkładając prezent obok laurki.
– Babciu, nie podoba ci się? – spytała córka, marszcząc brwi.
– To nie tak, Zosiu. Po prostu... prezenty są dla dzieci, nie dla staruszek. Po co komu takie mazidło...
– Dla mnie byłoby miło – wtrąciłam. – Bo to nie chodzi o skórę, tylko o gest. O serce.
– Oj, nie dramatyzuj – machnęła ręką teściowa. – Ja tylko mówię, że dawniej w Dzień Babci dostawało się porządny szalik, a nie jakieś maziaje w słoiku.
Zosia spuściła głowę. Widziałam, jak jej małe paluszki bawią się fałdką obrusu.
– To ja mogę ci zrobić szalik z włóczki, babciu – powiedziała cicho.
A mnie w tamtej chwili zrobiło się tak gorąco, że ledwo powstrzymałam łzy. Nie ze wzruszenia – ze złości.
Było mi już wszystko jedno
Usiadłam na kanapie z kubkiem herbaty i cichym postanowieniem, że już się nie odzywam. Mąż włączył jakiś familijny program w telewizji, Zosia bawiła się obok klockami, a teściowa siedziała w fotelu i głaskała psa, który – mądra bestia – jako jedyny nie próbował jej się przypodobać.
– Coś taka markotna? – zagaiła nagle teściowa, zerkając na mnie.
– Zmęczona – odpowiedziałam krótko, nie patrząc w jej stronę.
– Oj, nie przesadzaj. Taki obiad to nie wesele.
– Zgadza się. Na weselu przynajmniej ktoś powie „dziękuję” – rzuciłam mimochodem, mieszając herbatę.
– To było teraz do mnie? – uniosła brwi.
– Nie, do ściany. Chociaż ściana przynajmniej nie narzeka.
Mąż spojrzał na mnie ostrzegawczo, ale było mi już wszystko jedno. Ktoś musiał przerwać to przedstawienie.
– Wiesz, mamo... Zosia naprawdę się starała. Rysowała, kroiła papier, mieszała ten peeling z takim przejęciem, jakby miała zbawić świat. A ty... po prostu ją zlekceważyłaś.
– Nie zlekceważyłam! Tylko powiedziałam, co myślę. Chcesz, żebym kłamała?
– Chcę, żebyś była uprzejma – powiedziałam bez emocji.
– No proszę, jaka zgryźliwa – skrzywiła się. – Ja rozumiem, że macierzyństwo wyczerpuje, ale żeby aż tak...
Zosia spojrzała na mnie, niepewna, czy może się odezwać.
– Babciu... to dziś był twój dzień, prawda?
– No tak – odparła z dumą.
– To, czemu my wszyscy się czujemy, jakbyśmy winni? – zapytała szczerze.
I wtedy nawet teściowa zamilkła.
Miałam nadzieję
Wróciłam do kuchni, niby po coś do zmywania, ale prawda była taka, że musiałam odetchnąć. Oparłam się o blat, patrząc na stertę naczyń, które czekały na swoją kolej, i poczułam, jak gromadzi mi się w gardle ten znajomy ciężar. Nagle usłyszałam ciche kroki. Zosia.
– Mamusiu, ja nie chcę, żeby babcia była zła. Może dam jej jeszcze raz ten słoiczek?
Odwróciłam się i przyklękłam przed nią.
– Kochanie, to nie ty zrobiłaś coś źle. Twój prezent był cudowny. Po prostu niektórzy ludzie nie potrafią się cieszyć, nawet z najpiękniejszych rzeczy.
– A ja chciałam, żeby się cieszyła. Tak jak ja, jak ty, jak tata.
Pocałowałam ją w czoło i przytuliłam mocno. Nagle w drzwiach stanęła teściowa. Bez futra, bez spojrzenia z góry, bez tej całej swojej dworskiej pozy.
– Nie chcę się kłócić – powiedziała z westchnieniem. – Wiem, że... może trochę przesadziłam.
Zosia podeszła do niej powoli.
– To weź, babciu, ten słoiczek. Naprawdę się starłam.
Teściowa wzięła go do ręki i, ku mojemu zaskoczeniu, pogładziła córkę po głowie.
– Dziękuję, Zosieńko. Będę używać. Codziennie.
– Codziennie? – Zosia się rozpromieniła. – To będziesz miała najgładsze ręce w całym bloku!
Uśmiechnęły się obie. Ja milczałam. Nie ufałam temu nagłemu przebłyskowi pokory. Jednak przyjęłam go z ulgą. Choćby miał potrwać tylko do kolacji. Następnego dnia znalazłam laurkę. Leżała pod poduszką w gościnnym pokoju.
Kinga, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przez 40 lat byliśmy z żoną jak papużki nierozłączki. Na starość znalazła sobie kochanka i chce mnie puścić z torbami”
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik, który całą rodzinę powalił na kolana. I wtedy poczułam, że mam jeszcze po co żyć”
- „21 stycznia ktoś odwiedził grób mojej babci. Jak to jest możliwe, że przez całe życie kłamała mi prosto w oczy”