„W Dzień Babci usłyszałam, że jestem toksyczna, bo się wtrącam. Odchowałam dziecko, więc mam większe doświadczenie”
„Po rozmowie siedziałam w ciszy. Serce mi waliło, ale nie ze złości – z bólu. Tyle lat się starałam być matką, babcią, wsparciem. I nagle dowiaduję się, że najlepiej byłoby, gdybym się odsunęła. A ja chciałam tylko być częścią ich świata. Chciałam kochać”.

- Redakcja
Mam na imię Maria. Mam 65 lat, choć czasem czuję się o wiele starsza. Owdowiałam osiem lat temu, gdy mój Władek odszedł cicho we śnie. Mówią, że czas leczy rany, ale niektóre z nich zostają na zawsze. Teraz moim całym światem jest moja córka Anna i trójka jej dzieci – Zosia, Staś i mały Ignacy. Tyle że... nie jestem już częścią ich świata. A przynajmniej coraz rzadziej czuję, że do niego należę.
Mieszkam sama w bloku z wielkiej płyty, gdzie każdy zna się z widzenia, ale nikt nie zagada pierwszy. Dni spędzam przy oknie, z herbatą i krzyżówką, albo w kuchni, gotując sama dla siebie. Czasem wpadnie sąsiadka Danuta, starsza ode mnie o dwa lata, ale pogodna. Gdyby nie ona, pewnie bym zapomniała, jak to jest się z kimś śmiać.
Nie narzucam się, naprawdę. Staram się być tą miłą, dyskretną babcią. Ale tak bardzo mi brakuje dzieci, tej codziennej bliskości, rozmów, śmiechu. Ostatnio coraz rzadziej słyszę dźwięk telefonu. A dziś... dziś Dzień Babci. Dzień, na który czekam cały rok. Nikt nie zadzwonił.
Danuta mówiła, żebym nie jechała bez zapowiedzi. Że teraz się nie chodzi tak po prostu. Że młodzi mają swoje życie, swoje sprawy. Ale przecież to moja córka. Rodziny się nie zapowiada, prawda?
– Wezmę ciasto, drożdżowe z kruszonką, takie jak lubią – mówiłam do Danuty, wiążąc szalik. – Mam dla dzieci książeczki, kredki, i takie śmieszne skarpetki. I kwiaty dla Ani. Zawsze lubiła goździki.
– Marysiu, tylko się nie rozczaruj... – powiedziała Danuta cicho.
Nie odpowiedziałam. Może dlatego, że sama się bałam. Wzięłam torbę, wsiadłam do autobusu i ruszyłam z sercem ściśniętym jak przed egzaminem.
Nie wierzyłam w to, co słyszę
Zadzwoniłam tylko raz. Nikt nie odbierał. „Pewnie są zajęci,” pomyślałam i nacisnęłam klamkę furtki. Otwarta. Uśmiechnęłam się do siebie. W ogrodzie stał śnieg, jeszcze świeży, niezdeptany. Dzieci musiały być w domu. Przez okno widziałam, jak Zosia coś rysuje przy stole. Drzwi otworzył mi Staś.
– Babcia! – krzyknął i rzucił się na mnie. – Dostałem szóstkę z matematyki!
– No widzisz! A mówiłeś, że nie umiesz tabliczki mnożenia – ucałowałam go w czoło. – Mam coś dla ciebie.
Weszłam do środka. Zosia podniosła głowę, uśmiechnęła się niepewnie. Ignacy spał na kanapie, zawinięty w kocyk.
– Co ty tu robisz? – zapytała Ania, wychodząc z kuchni.
– No jak to... Dzień Babci dziś. Przyniosłam ciasto i upominki dla dzieci.
– Mamo, mówiłam przecież, żebyś nie przychodziła bez zapowiedzi – westchnęła, patrząc na zegarek.
– Ale ja... tylko na chwilkę.
– Zawsze mówisz, że tylko na chwilkę – weszła mi w słowo. – A potem zaczynasz wypytywać dzieci, czy mają kolegów, czemu Zosia ma takie włosy, czemu Staś nie je mięsa. Dusisz nas tym.
– Ja? Duszę?
– Tak. Dobrze to ujęłaś. Jesteś toksyczna, mamo. Nie umiesz po prostu dać nam żyć po swojemu.
Zamarłam. Nawet nie zauważyłam, kiedy Krzysztof stanął obok niej.
– Może lepiej będzie, jeśli już pójdziesz – powiedział cicho.
Staś patrzył na mnie zdziwiony, Zosia opuściła głowę. Zostawiłam ciasto na szafce, prezentów nikt nie tknął. Drzwi zamknęły się za mną bez słowa pożegnania.
To było jak cios w serce
Nie pamiętam drogi powrotnej. Autobus jechał wolno, dzieciaki wracały ze szkoły, ktoś gadał przez telefon o promocji w dyskoncie. Siedziałam skulona z torbą na kolanach, jakbym trzymała w niej własne serce. To słowo – „toksyczna” – brzęczało mi w głowie jak dzwon. Jak coś brzydkiego, obcego, co nagle przyklejono mi do czoła.
W domu długo siedziałam w kuchni, gapiąc się w okno. W końcu zadzwoniłam do Ani. Odebrała dopiero za czwartym razem.
– O co chodzi, mamo?
– Chcę porozmawiać. Tak... na spokojnie.
– Jestem zmęczona.
– Ja też. Ale muszę zapytać... Czy naprawdę tak cię męczę?
W słuchawce zapadła cisza. A potem jej głos – chłodny, rzeczowy, jakby mówiła do obcej osoby.
– Nie wszystko, co robisz z dobrego serca, jest dobre. Nie umiesz się powstrzymać. Zawsze musisz coś skomentować, zapytać, zasugerować. To męczy. Czuję się jak pod obserwacją.
– Ale ja tylko chciałam...
– Wiem. I dlatego to jest takie trudne. Bo ty naprawdę myślisz, że robisz dobrze. Ale ja już nie chcę żyć pod twoim czujnym wzrokiem. Potrzebuję dystansu.
– Czyli mam zniknąć?
– Nie dramatyzuj. Po prostu – mniej telefonów, mniej wizyt. Daj nam trochę przestrzeni.
Po rozmowie siedziałam w ciszy. Serce mi waliło, ale nie ze złości – z bólu. Tyle lat się starałam być matką, babcią, wsparciem. I nagle dowiaduję się, że najlepiej byłoby, gdybym się odsunęła.
Próbowałam to zrozumieć
– A ja ci mówiłam, że bez zapowiedzi się nie chodzi – mruknęła Danuta, gdy kilka dni później wpadłam do niej na kawę i opadłam na krzesło w kuchni.
– Boże, Danusiu... – wyszeptałam i nagle poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. – Usłyszałam, że jestem toksyczna. Że ich duszę. Moja własna córka mi to powiedziała…
Danuta podała mi chusteczkę, nie mówiła nic przez chwilę. Wzięła dwa kubki z kredensu, nalała kawy i dopiero wtedy usiadła naprzeciwko mnie.
– Czasem młodzi przesadzają – powiedziała w końcu. – A czasem… mówią to, czego my nie chcemy usłyszeć.
Zerknęłam na nią pytająco.
– Ja też nie odzywam się do syna tygodniami. Boję się zadzwonić, żeby nie usłyszeć, że znowu się „wtrącam”. Czasy się zmieniły, Marysia. Teraz wszyscy mówią o granicach, przestrzeni, autonomii… A ja tylko chciałam wiedzieć, czy wnuczka chodzi jeszcze na balet.
– Ale co w tym złego, że się pytam? Przecież mnie to obchodzi!
– No właśnie. Nas to obchodzi. A ich już niekoniecznie.
Zamilkłyśmy. Patrzyłam na nią i nagle zobaczyłam naszą własną matkę. Moją i Danuty. Też pytała, też chciała wiedzieć. Też mnie denerwowała. Pamiętam, jak pewnego dnia wyrzuciłam z siebie: „Mamo, przestań mnie kontrolować, jestem dorosła!”. I jej twarz – zranioną, jakbym spoliczkowała ją słowem.
Danuta podniosła wzrok.
– Wiesz, może my naprawdę jesteśmy jak one. Jak nasze matki. Tylko wtedy tego nie widziałyśmy.
Zamilkłam. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że może Ania nie mówiła tego złośliwie. Może… mówiła prawdę.
Chciałam tylko być babcią
Dwa dni później ktoś zapukał do drzwi. Powoli wstałam z fotela, przekonana, że to Danuta. Ale za drzwiami stał... Staś.
– Babciu – powiedział niepewnie. – Mama nie wie, że przyszedłem.
Zamarłam. Chciałam go przytulić, ale on już wszedł do środka, zdjął czapkę i stanął na środku przedpokoju, ściskając coś w rękach.
– To dla ciebie – wręczył mi kartkę wyklejoną kolorowym papierem. „Dla najlepszej Babci na świecie” – było na niej napisane nierównymi literami.
Nie wytrzymałam. Łzy same popłynęły mi po policzkach.
– Dziękuję, kochanie… – wyszeptałam i przyciągnęłam go do siebie.
– Mama mówi, że jesteś natarczywa, ale ja nie wiem, co to znaczy. Dla mnie jesteś po prostu babcią. Zawsze pieczesz dobre ciasto.
Uśmiechnęłam się przez łzy. Usiadł przy stole, wyciągnął zeszyt i opowiadał mi o szkole, o kolegach. Jakby nic się nie stało. Po godzinie się zbierał.
– Tylko nikomu nie mów, że byłem, dobra? – poprosił cicho.
Kiwnęłam głową, ale serce mi pękało. Wieczorem dostałam SMS-a od Anny. „Nie możesz rozgrywać dzieci przeciwko mnie. To nie fair”. Trzymałam telefon w rękach długo. Nie odpisałam. Patrzyłam na laurkę od Stasia. Wiem, że właśnie po to wtedy do nich przyszłam. Chciałam tylko być częścią ich świata. Chciałam kochać.
Nie przestanę ich kochać
Nie mogłam spać. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym, co poszło nie tak. W końcu wstałam. Była trzecia w nocy. Usiadłam przy kuchennym stole, wzięłam długopis i kartkę. „Aniu – zaczęłam powoli – nie piszę, żeby cię przekonywać. Piszę, żeby przestało mnie boleć”.
Z każdym słowem pióro ciążyło mniej. Pisałam o tym, że nigdy nie chciałam być ciężarem. Że nie umiem być obojętna, że jeśli pytam – to z troski, nie z chęci kontroli. Że być może czasem przekraczam granice, bo nie umiem inaczej kochać.
„Zawsze myślałam, że jeśli będę obecna, to będzie dobrze. Że jak będę piekła, dzwoniła, pamiętała o wszystkim – to będę potrzebna. Teraz nie wiem już nic”. Opisałam samotność. Ciszę w mieszkaniu. Strach, że któregoś dnia umrę i nikt nawet tego nie zauważy. „Nie proszę cię, żebyś mnie zrozumiała. Proszę tylko, żebyś pamiętała, że kocham”.
Złożyłam list, włożyłam do szkatułki razem z laurkami od dzieci. Tych kilka kartek to całe moje dziedzictwo. Zaparzyłam sobie herbaty i położyłam się z powrotem do łóżka. Długo patrzyłam w sufit. Od dziś już się nie narzucam. Nie pukam, nie pytam. Ale nie przestaję kochać.
Maria, 63 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż był duszą towarzystwa, a teraz tylko siedzi w domu i narzeka. Nie chcę tracić kolejnych lat u boku tego zrzędy”
- „Na noworocznych wyprzedażach spotkałam byłego chłopaka. Rozgrzał mnie bardziej niż kozaki z promocji”
- „Laurka od wnuków na Dzień Babci pokazała mi, kim dla nich jestem. Liczą tylko na koperty i robią ze mnie bankomat”