Reklama

W Dzień Babci co roku dostawałam te same uśmiechy i obowiązkowe bukiety z kwiaciarni, czekoladki, które ktoś kupił w biegu, przypadkowe życzenia, wypowiedziane nad wyciszonym telefonem.

Męczyło mnie to

Przyjeżdżali, siadali, scrollowali. Przez kilka godzin miałam odgrywać rolę wzruszonej babci, podczas gdy wnuki siedziały ze wzrokiem wlepionym w ekrany, a córka z wyuczonym uśmiechem co kilka minut zerkała na zegarek. Potem wychodzili, zostawiając mnie w kuchni pełnej brudnych filiżanek i udawanego ciepła.

Przez ostatnie lata zbyt wiele razy zgadzałam się na bycie tłem dla cudzego życia. Owdowiałam pięć lat temu. Mój mąż był dobrym człowiekiem, ale po jego śmierci okazało się, że razem z nim zniknęła reszta mojego świata. Córka od dawna traktuje mnie jak pomoc domową z darmową opieką do dzieci, a wnuki nie znają mnie właściwie wcale. Jestem dla nich „babcią od pierogów”, nie kobietą z historią, uczuciami i marzeniami.

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy pewnego dnia w windzie uśmiechnął się do mnie sąsiad z góry. Schludny, z klasą, wdowiec. Zapytał, czy pijam kawę. Powiedziałam, że tak, ale tylko z mlekiem. Od tamtej pory zaczęliśmy rozmawiać.

Zauroczył mnie

Któregoś dnia zapytał mnie na klatce:

– Może do kawy tym razem szarlotka?

Odpowiedziałam, że jeśli postawi szarlotkę, przyjdę w każdej chwili. W Dzień Babci umówiłam się z nim na randkę. Nie powiedziałam nikomu, ani córce, ani wnukom. Tym razem to ja miałam zdecydować, jak chcę spędzić ten dzień. Nie zamierzałam przepraszać za to, że mam własne życie.

Przyszłam dziesięć minut przed czasem. Włodzimierz był już przy stoliku, ubrany w granatową koszulę, której mankiety podwinął z nonszalancją godną aktora. W ręku trzymał biały tulipan. Nie róża, nie żadne tam czerwone serce w plastiku – tylko jeden, czysty kwiat. To wystarczyło.

– Wspaniale wyglądasz.

Przesunął krzesło i poczekał, aż usiądę.

– Dziś bez udawania – oparłam się o stolik. – I bez obiadków rodzinnych.

Kelnerka przyniosła kawę i dwa kawałki ciasta. Szarlotka, ciepła, z grubą warstwą kruszonki. Opowiadał o swoich podróżach, ja o książkach.

Wydzwaniali do mnie

W międzyczasie mój telefon wibrował kilka razy. Moja córka Agnieszka, później wnuczka Lena. Przerwałam rozmowę tylko po to, by wyciszyć telefon i odłożyć ekranem do dołu.

– Ktoś cię szuka? – zapytał spokojnie.

– Ktoś się spóźnił z szacunkiem – uniosłam filiżankę i upiłam łyk kawy. – Dzisiaj nie jestem babcią do zdjęć.

W tym samym czasie, kilka kilometrów dalej, wnuczki pewnie stały pod moimi drzwiami. Lena dzwoniła do mnie w kółko, a potem Agnieszka. Kiedy nie odbierałam, zaczęła pisać SMS-y w stylu: „Jeśli nie oddzwonisz w ciągu 10 minut, dzwonię na policję!”. Skończyłam jeść ciasto. Włodzimierz patrzył na mnie z czułością i lekkim rozbawieniem.

– Zaczynam ci zazdrościć tego święta – powiedział. – Może powinienem wprowadzić Dzień Wdowca?

– Tylko jeśli obejdzie się bez wnuków i tortów z napisem „Super dziadek” – rzuciłam.

Zrobiło mi się ciepło

Zaśmiał się i lekko musnął moją dłoń. Nie cofnęłam jej. Wróciłam do domu chwilę po osiemnastej. W przedpokoju zdążyłam ściągnąć płaszcz, kiedy zadzwonił telefon. To była Agnieszka. Wzięłam głęboki oddech i odebrałam.

– Gdzie ty, do cholery, byłaś?! – wrzasnęła w słuchawkę. – Lena z Mateuszem stali pod twoimi drzwiami, myśleli, że nie żyjesz! Dzwoniłam dziesięć razy!

– Żyję – powiedziałam spokojnie. – Ale dzisiaj byłam bardzo zajęta.

Po drugiej stronie cisza, a potem:
– Co to ma znaczyć? Dzisiaj jest Dzień Babci. Mieliśmy się spotkać.

– Spotkaliśmy się w zeszłym roku i dwa lata temu. Wszyscy patrzyli w telefony, jedli ciastka i wyszli, zanim dopili herbatę. W tym roku miałam lepsze towarzystwo.

– Ty chyba oszalałaś. Myślałam, że coś ci się stało!

– Nie, po prostu nie miałam ochoty być dekoracją przy herbacie. Byłam na randce. I wiesz co? Czuję się świetnie.

– Na randce?! Z kim?! – niemal krzyknęła.

– Z kimś, kto widzi we mnie kobietę, nie darmową opiekunkę.

Rozłączyłam się. Patrzyłam na telefon, aż ekran zgasł. I wcale nie czułam się winna.

Oskarżała mnie

Następnego dnia Agnieszka wpadła jak kontrola z opieki społecznej. Za nią Mateusz i Lena, nadąsani, jakby przyszli tu za karę. Otworzyłam drzwi bez słowa. Stała ze skrzyżowanymi rękami, gotowa do ataku. Znam ten jej wyraz twarzy – mina kobiety, która myśli, że wie wszystko najlepiej.

– Mamo, co to miało znaczyć? – zaczęła od razu, jakby przyszła z raportem, nie z wizytą.

Usiadłam spokojnie. Zerknęłam na wnuki – Lena w telefonie, Mateusz z miną cierpiętnika.

– To miało znaczyć, że mam dość.

– Ale dzieci się martwiły!

– Dzieci? Te dzieci? – wskazałam głową na nastolatków. – Te, które nawet nie potrafią powiedzieć „co u ciebie, babciu” bez zerkania w ekran? Nie rozśmieszaj mnie.

– My tylko chcieliśmy… – zaczęła Lena.

– Nic nie chcieliście. Przyszliście, bo tak trzeba, bo mama kazała.

Agnieszka próbowała coś powiedzieć, ale nie dałam jej dojść do słowa.

– Nie jestem rekwizytem w waszym domowym teatrzyku. Nie jestem cateringiem, darmową opiekunką ani pretekstem do jednorazowego gestu. Jestem kobietą i jeśli wybieram randkę, a nie udawaną herbatkę z rodziną, to mam do tego prawo bez tłumaczenia się.

Myśleli tylko o sobie

Zrobiło się cicho. Czułam, że każde moje słowo wbija się w nich jak szpilka, ale nie zamierzałam przestawać.

– Dzień Babci? – rzuciłam. – Jeśli nie potraficie być wnukami przez resztę roku, to ten jeden dzień nie znaczy nic.

Wstałam, poszłam do kuchni, nalałam sobie herbaty i wróciłam ze spokojem, który tylko starsze kobiety mają prawo nosić jak koronę.

– Możecie zostać, jeśli macie coś do powiedzenia. Jeśli nie, drzwi są tam, gdzie były wczoraj.

Zrozumiałam, że przez ostatnie lata pozwalałam się wypłukiwać z życia. Gotowałam zupę dla dzieci, których nawet nie obchodzi, jak się czuję. Rozmawiałam z córką, która słuchała tylko wtedy, gdy mówiłam to, co chciała usłyszeć.

Byłam figurką do rodzinnych zdjęć, pamiątką po innych czasach, ale ja jeszcze nie jestem gotowa być przeszłością. Nie chciałam już, żeby dom był darmowym hot-spotem, a ja żywą serwetką przy stole. Jestem kobietą, mimo zmarszczek, i już nie muszę nikomu nic udowadniać.

Stefa, 69 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama