Reklama

Nigdy nie byłem typem, który rozczula się nad życiem. Przeszedłem swoje – i na budowie, i w domu. Trzymałem fason, nie płakałem, nie jęczałem, robiłem, co do mnie należało. Nawet kiedy moja żona zachorowała, a potem odeszła, trzymałem się w pionie, jakbym był zrobiony z betonu. Sąsiadki mówiły: „Pan to jest twardy, panie Władku”, a ja tylko kiwałem głową i zajmowałem się dalej swoim. Nie potrzebowałem współczucia, zresztą – nikt go nie oferował. Starzy faceci jak ja są zbyt przezroczyści, by się nimi ktoś przejmował. Nie miałem wielu rozrywek. Ot, działka, książki, trochę radia. No i wnuki. Dla nich gotów byłem piec drożdżówki, chociaż w życiu nie byłem w kuchni królem. Czekałem na każdy ich przyjazd jak dzieciak na Mikołaja. I zawsze przyjeżdżali. Aż w końcu przestali.

W Dzień Dziadka postawiłem ciasto na stole, przygotowałem herbatę i siedziałem przy oknie. Może utknęli w korku – myślałem. Może się spóźniają. Minuty zamieniały się w godziny. W końcu zrozumiałem, że nikt nie przyjdzie. A przecież wcale nie chciałem wiele. Tylko żeby pamiętali.

Zostałem sam

Zacząłem się wiercić na krześle już o dziesiątej. Herbatę zaparzyłem kwadrans wcześniej, żeby była idealna w chwili, gdy wejdą. Cynamonki też już pachniały – specjalnie dla nich pieczone. Zawsze się kłócili, kto dostanie większą. Spojrzałem przez okno. Śnieg padał lekko, ledwo przykrywał chodniki. Miałem nadzieję, że im nie przeszkodzi. Wnuczka pisała tydzień temu, że „będzie fajnie znowu się przytulić, dziadku”. I co? Znowu się rozmarzyłem jak ostatni naiwniak. O jedenastej wziąłem telefon i zadzwoniłem do córki. Sygnał był, więc nie wyłączyła.

– No cześć, tato! – odebrała po trzecim dzwonku. – Właśnie miałam do ciebie dzwonić!

– To dobrze, że cię uprzedziłem – mruknąłem, starając się brzmieć neutralnie.

– Oj tato... My dzisiaj nie damy rady – powiedziała szybko, zbyt szybko. – Kacper ma gorączkę, a Lena zapomniała pracy domowej i musimy to ogarnąć...

– Aha. – Cisza przeciągała się, aż w końcu dodałem: – Czyli nie przyjedziecie?

– Nie dziś, tato, no nie dasz rady tego zrozumieć? Dzieci chore, my zawaleni robotą...

– Nie, jasne – przerwałem jej. – Zrozumiałem. To tylko Dzień Dziadka. Nic ważnego.

Nie obrażaj się, proszę... Zadzwonią wieczorem. Może jutro podskoczymy.

– Jasne, może – powiedziałem, po czym się rozłączyłem.

Spojrzałem na herbatę. Para już dawno przestała się unosić.

Miałem nadzieję

Chodziłem po mieszkaniu jak wilk po klatce. Niby nic takiego się nie stało. Zwykły telefon. Nie pierwszy raz coś im „wypadło”. A jednak coś mnie uwierało. Usiadłem na kanapie i sięgnąłem po pilota. Telewizor brzęczał głupotami, jakiś facet mówił, że „dziadkowie to skarb”. Prychnąłem.

– Skarb, który leży na półce i się kurzy – mruknąłem do siebie.

Nagle zadzwonił domofon. Serce mi stanęło – może niespodzianka? Może wnuki jednak postanowiły...?

– Halo? – wcisnąłem przycisk.

– Panie Władysławie! To ja, Heniek! – rozległ się głos sąsiada z dołu.

– Heniek... Co jest?

Masz może pożyczyć śrubokręt? Znowu mi kontakt lata.

– Już schodzę.

Chociaż nogi miałem ciężkie, jakby mnie ktoś z ołowiu zrobił, zszedłem na dół. Heniek otworzył mi w kapciach.

– Dzień Dziadka dzisiaj, co? – zagadał, odbierając ode mnie śrubokręt. – Wnuki będą?

– Nie. Chore podobno.

– No to szkoda. Moje też nie przyjechały. Synowa mówiła, że na nartach są.

– Na nartach?

– No tak, ferie. Pojechali do Zakopanego. Nawet nie zadzwonili. Coś ci powiem, Władek... – westchnął. – My już nie jesteśmy potrzebni. Tylko jak im coś potrzeba. Albo jak chcą się pochwalić, że „dziadek jeszcze żyje”.

Nie odpowiedziałem. Patrzyliśmy chwilę na siebie i wszystko było jasne.

Chcesz wpaść wieczorem?

– Może przyjdę. Dzięki.

Wróciłem do siebie. Cynamonki już stwardniały.

Byłem rozgoryczony

Po południu jeszcze próbowałem się czymś zająć. Nawet wyjąłem puzzle, które wnuki kupiły mi kiedyś na święta. Miały tysiąc elementów i przedstawiały jakąś katedrę. Straciłem cierpliwość po piętnastu minutach. W kuchni odgrzałem bigos. Jadłem go sam, chociaż zrobiłem go tyle, jakby miała przyjechać cała rodzina. W ciszy słychać było tylko moje przeżuwanie i tykanie zegara. O szóstej zadzwonił telefon. Spojrzałem na ekran. Wnuczka.

– No, w końcu! – powiedziałem, odbierając.

– Dziadku! Wszystkiego najlepszego z okazji twojego święta! – wyrecytowała z entuzjazmem, aż się uśmiechnąłem.

– Dziękuję, kochanie. A jak tam Lena? Słyszałem, że jesteś chora?

– Nieee, ja nie jestem. To Kacper. Ja byłam na zajęciach dzisiaj.

– Aha... – głos mi zadrżał, choć próbowałem to ukryć. – Czyli mogłaś przyjechać?

– No... w sumie... Mama mówiła, że jesteśmy zmęczeni po tygodniu i lepiej odpocząć. Tata był zły, bo nie miał gdzie zaparkować, jak wracał z pracy.

– Rozumiem. – Zamilkłem na chwilę, a potem dodałem: – Wiesz, miałem dla was cynamonki. Takie, jakie lubisz.

– Ojej, naprawdę? – w jej głosie było coś, czego nie potrafiłem od razu rozpoznać. Może wstyd?

– Naprawdę. Wyszły mi wyjątkowo dobre.

– Może... może jutro przyjedziemy?

– Może – odpowiedziałem cicho. – Ale jutro to już nie będzie Dnia Dziadka.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem tylko ciche:

Kocham cię, dziadku.

– Ja ciebie też, skarbie. Bardzo.

Rozłączyłem się i długo patrzyłem na telefon, jakby miał dać mi jakieś odpowiedzi.

Wzruszyłem ramionami

Wieczorem zapaliłem światło tylko w kuchni. W dużym pokoju panował półmrok, jakbym nie chciał, żeby cokolwiek tam przypominało, że to miał być radosny dzień. Przeszedłem się po mieszkaniu, poprawiłem ramkę ze zdjęciem mojej żony.

– Widzisz, co się porobiło, Hela? – mruknąłem. – Kiedyś tobie kwiaty przynosili, mnie laurki rysowali... A teraz? Wszystko załatwia się przez telefon.

Usiadłem znowu przy stole. Obok talerzyk z zaschniętą polewą cynamonek. Przestawiłem go dalej, jakby mnie oskarżał. Po chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. Zamarłem.

– Władek, otwórz, to ja – usłyszałem przez drzwi. Heniek.

Otworzyłem niechętnie.

– Myślałem, że wpadniesz – rzucił, trzymając dwie butelki i paczkę chipsów.

Nie miałem nastroju.

– To tym bardziej trzeba coś wypić – powiedział, wchodząc bez pytania.

Usiedliśmy w kuchni. Heniek nalał po szklaneczce.

– Za tych naszych wnuków – powiedział.

– I za nas, głupców, co myśleli, że będą dla nich ważni na zawsze – dopowiedziałem i stuknęliśmy szkłem.

Siedzieliśmy w ciszy, tylko radio w tle buczało.

– Wiesz co, Władek? Ja to sobie tak myślę, że oni nas nie olewają specjalnie. Po prostu... mają swoje życie.

– Ty to zawsze coś wymyślisz, żeby im odpuścić.

A co mam robić? Nienawidzić własnych dzieci?

Wzruszyłem ramionami. Przez chwilę wydawało mi się, że znów mam trzydzieści lat.

Uśmiechnąłem się lekko

Piliśmy z Heniem powoli, jakbyśmy każdą kroplę musieli przemyśleć. On trajkotał o swoich reumatyzmach, ja udawałem, że słucham. Myślami byłem gdzieś indziej. W miejscu, gdzie ktoś pamiętał, że istnieję nie tylko wtedy, gdy trzeba naprawić kran albo przelać pieniądze.

– A pamiętasz, jak twoja wnuczka przyniosła ci wieniec z makaronu? – Heniek nagle się ożywił. – Śmiałeś się, że wygląda jak psia miska.

– A potem trzymałem go na komodzie przez dwa lata – przyznałem, dopijając resztkę.

– I co się z nim stało?

– Zżółkł, zaczął się kruszyć. W końcu wyrzuciłem.

– A jednak.

– A co miałem zrobić? Rzeczy się psują. Wnuki też się psują, tylko szybciej.

Heniek spojrzał na mnie uważnie, po czym pokręcił głową.

– Nie psują się, Władek. Oni po prostu dorastają. Tylko my jakoś nie umiemy dorosnąć do tego, że przestaliśmy być centrum ich świata.

Zamilkłem. Miał rację. I wkurzało mnie to jeszcze bardziej.

– To ja też mam ich olać? Przestać piec ciastka, nie dzwonić, nie czekać?

– Nie. Masz dalej robić swoje. Bo jak przestaniesz, to już nic z ciebie nie zostanie.

Wstałem i wstawiłem czajnik.

– Zrobię ci herbaty, Heniek. Cynamonki też jeszcze są, choć już twarde jak kamień.

– Pasuje. Zęby mam sztuczne, to się nie połamią – zażartował.

Uśmiechnąłem się lekko. To był pierwszy moment, gdy zrobiło mi się choć trochę cieplej.

Zamarłem

Następnego dnia nie spodziewałem się już niczego. Wstałem i zaparzyłem sobie słabą kawę. W kuchni nadal pachniało ciastem, ale ten zapach już mnie nie cieszył. Był jak echo – przypominał o czymś, co miało się wydarzyć, a nie wydarzyło. Gdy skończyłem myć kubek, zadzwonił dzwonek. Nie telefon, tylko drzwi.

Listonosz? – mruknąłem pod nosem i ruszyłem powoli, w kapciach.

Otworzyłem i zamarłem.

Dziadku! – wrzasnęła Lena, a zaraz za nią wpadł Kacper. Oboje w czapkach, z rumieńcami na policzkach.

– Co wy... co wy tu robicie?

Mama nas przywiozła – sapnęła Lena. – Powiedziała, że chociaż spóźnieni, to i tak musimy przyjechać. Że... że się zrobiło jej głupio.

W tle córka stała w kurtce.

– Tato – powiedziała cicho. – Przepraszam. Gdy usłyszałam twój głos wczoraj... Nie dawało mi to spokoju.

Patrzyliśmy na siebie chwilę, potem skinąłem głową. Nic więcej nie trzeba było mówić.

Upiekłeś cynamonki? – zapytał Kacper, zaglądając do kuchni.

– Upiekłem. Tylko są już twarde jak kamienie.

– Nic nie szkodzi! – zaśmiał się. – Jesteśmy głodni, to nawet lepsze niż śniadanie w domu.

W kuchni zrobiło się tłoczno. I wtedy zrozumiałem, że może nie chodzi o to, żeby byli zawsze. Tylko o to, żeby czasem jednak wracali.

Władysław, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama