Reklama

Są takie dni, które mijają zupełnie bez echa. Rutynowe, przewidywalne, wręcz mdłe. A potem są te inne – niby nic nie zapowiada, że wydarzy się coś ważnego, a jednak wieczorem już wiesz, że coś się zmieniło. Tak właśnie było w tamten Dzień Dziadka. Nie planowałam się wzruszać, nie miałam zamiaru przeżywać żadnych duchowych katharsis. A jednak wystarczył jeden komentarz, jedno nazwisko rzucone mimochodem przy dziadku, żeby nagle wszystko zaczęło do siebie pasować. Nagle te wszystkie rodzinne niedopowiedzenia, dziwne uniki w rozmowach, dziwne spojrzenia – zaczęły mieć sens.

Wpadłam tylko na chwilę

– No, wnuczka się wreszcie pojawiła – powiedziała babcia, ledwo przekroczyłam próg kuchni. – Mamy pierogi, gołąbki i kompot, ale jak chcesz, to mogę ci zagrzać zupę pomidorową z wczoraj.

– Daj spokój, babciu, zjem, co jest. I tylko na chwilę wpadłam – rzuciłam, zdejmując czapkę.

Mama siedziała przy stole z filiżanką kawy i miała minę kogoś, kto udaje spokój tylko dlatego, że goście przyszli. Obok niej siedział wujek Stefan i coś tam szeptał do dziadka.

– A co to za wspominki? – zapytałam, zerkając na pudełko pełne starych zdjęć.

– No bo dziś Dzień Dziadka, to stwierdziliśmy, że poszukamy starego zdjęcia taty z wojska. No i się zaczęło – mruknęła mama.

– Pokazaliście już Klarze tę fotkę z kabrioletem? – zapytał dziadek i aż się uśmiechnął pod wąsem.

– Nie pokazujcie mi znowu tego zdjęcia z rozebranym maluchem, serio – skrzywiłam się.

– Nie maluchem! – zaprotestował wujek. – To był fiat 124. Oryginalny, sprowadzony z Niemiec. I to nie byle jaki, tylko od...

Zamilkł nagle. Wszyscy spojrzeli po sobie, a babcia rzuciła dziadkowi spojrzenie, jakby chciała go kopnąć pod stołem.

– Od kogo? – zapytałam podejrzliwie, siadając przy stole.

– Od koleżanki... znaczy... znajomej – rzucił dziadek. – Taka tam historia z dawnych lat. Nieistotna.

– Taa, nieistotna... – mruknęła babcia pod nosem i nalała mi kompotu. – I tak zaraz wszystko wyjdzie.

Zostałam wykluczona

– Babciu, co to znaczy „zaraz wszystko wyjdzie”? – uniosłam brew, patrząc na nią spod kubka z kompotem. – Jakie znowu tajemnice?

– Ja tam nic nie mówię – rzuciła, siadając ostentacyjnie przy stole i poprawiając fartuch. – Ale jak Stefan już chlapnął językiem...

Nie rób z igły wideł – wtrąciła się moja mama.

– Przepraszam bardzo – dziadek chrząknął – ale jeśli już ktoś ma opowiadać, to chyba ja. Bo jak zwykle zaraz zrobi się z tego telenowela. A to była zwykła historia. Może trochę nietypowa, ale...

– No niechże już powie, bo zaraz wyjdę z siebie – przerwałam mu. – Co z tym fiatem? Kto to był?

Dziadek spojrzał na mnie z miną, jakbym go poprosiła o przyznanie się do zdrady małżeńskiej.

– To była kobieta, z którą... no... kiedyś się znałem – powiedział w końcu. – Jeszcze przed waszą babcią. Poznaliśmy się przypadkiem, latem w Zakopanem.

– O, zaczyna się dobrze – prychnął wuj Stefan. – Tylko nie mów, że była aktorką albo agentką służb specjalnych.

– Nie. Po prostu była... inna. Miała wszystko. Samochód, ubrania, znajomości. Żeby się z nią spotkać, trzeba było napisać list.

– Czy to miało coś wspólnego z tą obrączką, którą schowałeś w szufladzie, a nie nosiłeś? – zapytała nagle babcia, a w kuchni zapadła cisza.

– To już nie twoja sprawa, Zosiu – odburknął dziadek i wstał od stołu, a potem powiedział do mnie:

– A jak ty chcesz znać prawdę, to jutro pójdziemy na cmentarz.

Miałam mętlik w głowie

– Cmentarz? – powtórzyłam, patrząc na dziadka jak na wariata. – Przepraszam, ale co niby mam tam zobaczyć?

– Prawdę – odpowiedział bez mrugnięcia okiem. – Tylko ubierz się ciepło, tam zawsze wieje.

I wyszedł z kuchni, zostawiając mnie z kompletnym mętlikiem w głowie.

– Mamo, ty coś wiesz? – odwróciłam się do niej, ale już widziałam po jej minie, że z niej to wyciągnę co najwyżej przepis na keks świąteczny.

Tata miał różne tajemnice – powiedziała ostrożnie. – Ale nigdy nikogo nie skrzywdził. To ci mogę powiedzieć.

– No, chyba że nieświadomie – wtrąciła babcia, podnosząc się z ciężkim westchnieniem. – A tamta kobieta, jak jej było... Magda?

– Marta – poprawił ją wujek, nie podnosząc wzroku znad filiżanki.

Zamrugałam.

– Przepraszam, czyli jednak wszyscy wiedzieliście, tylko ja nie?

– Nie wszystko da się powiedzieć między rosołem a deserem – powiedziała cicho mama. – Były sprawy, które miały zostać w rodzinie.

– A ja jestem co? Dekoracją?

– Ty jesteś młoda – warknęła babcia. – Jak chcesz, to idź z dziadkiem jutro. Zobacz. Wtedy sama zdecydujesz, co o nas myślisz.

Nie wiedziałam jeszcze, co myśleć. Jednak czułam, że właśnie przestałam być tylko wnuczką przyjeżdżającą na pierogi.

Nie miałam pojęcia, co powiedzieć

Rano dziadek czekał już w płaszczu, z termosikiem w dłoni i czymś owiniętym w papier śniadaniowy.

Na drogę – mruknął, wręczając mi kanapkę z jajkiem. – Boś zawsze głodna wtedy, kiedy nie wypada.

– Dziękuję ci, dziadku, to bardzo romantyczne – rzuciłam z przekąsem.

Szliśmy piechotą, co chwilę mijając ludzi. Dziadek co krok się witał. Ja milczałam. W głowie kołatały mi się pytania, ale nie chciałam ich zadawać na środku chodnika między warzywniakiem a kioskiem. Dopiero kiedy weszliśmy na stary cmentarz, odważyłam się odezwać:

– Dziadku, powiesz mi teraz? Kim była ta kobieta?

Zatrzymał się przy jednej z bocznych alejek, tej z krzywymi nagrobkami i starymi, przekrzywionymi krzyżami.

– Marta była... kobietą, z którą myślałem, że spędzę życie – powiedział cicho. – Ale wtedy pojawiła się Zosia, twoja babcia. I wszystko się rozjechało. A Marta... była w ciąży.

Zamarłam. Nie miałam pojęcia, co powiedzieć.

– Czyli mam jakiegoś... wujka? Ciocię?

– Mam syna – skinął głową. – Nigdy go nie poznałem. Ona nie chciała. Powiedziała, że sama da sobie radę. Potem przysłała mi tylko raz list. Że chłopiec ma na imię Wojtek. I że nie mam szukać.

– A ty?

– Próbowałem. Przez pierwsze lata. Potem przestałem. Zosia... była dobra. Kochała mnie. I wiedziałem, że nie mogę żyć w dwóch światach.

Zatrzymał się przy małym, prostym nagrobku z nazwiskiem, którego nigdy nie widziałam.

Marta zmarła dziesięć lat temu.

Patrzyłam na płytę i nagle czułam, jak drży mi szczęka.

– Dziadku... A on? Wojtek?

– No właśnie. Chyba go w końcu znalazłem.

Wdziałam, że się boi

– Jak to „chyba”? – spojrzałam na dziadka, jakby właśnie oznajmił, że znalazł ukryty skarb pod ziemią. – Albo go znalazłeś, albo nie.

– Wiesz, świat nie działa w taki prosty sposób, jakby się chciało – westchnął, poprawiając czapkę. – Znalazłem kogoś, kto może nim być. Ma nazwisko matki. Mieszka w tym samym mieście, w którym Marta pracowała. I… wygląda jak ja.

– I co? Zadzwoniłeś, napisałeś, poszedłeś?

– Nie. Na razie obserwuję.

– Obserwujesz?! Dziadku, to brzmi, jakbyś się czaił za krzakiem z lornetką! Przecież to twój syn!

– Mój... może. Może nie. A może on nie chce mieć żadnego ojca. Już raz mnie odrzucono. Nie jestem pewien, czy chcę to przeżyć drugi raz.

Usiadłam na ławce obok grobu i spojrzałam na niego poważnie.

– Wiesz, czego zawsze w tobie zazdrościłam? Że jesteś pewny siebie. Że masz tę swoją mądrość, że wszystko układasz w głowie jak puzzle. A teraz siedzisz i się boisz?

– Mądrość nie polega na tym, że się nie boi, tylko na tym, że się wie, kiedy warto zaryzykować – odparł, ale coś w jego głosie zadrżało.

– No to może teraz jest właśnie ten moment?

Spojrzał na mnie długo, a potem sięgnął do kieszeni płaszcza.

– Mam jego adres. Jeśli chcesz... chodźmy tam razem. Tylko nie mów babci. Jeszcze pomyśli, że chcę w testamencie coś przestawiać.

Parsknęłam śmiechem.

– Umowa stoi.

Trzęsły mi się ręce

Dzień później stanęliśmy pod blokiem z lat 80., z odpadającym tynkiem i domofonem, który brzmiał jak przesterowana gitara. Dziadek wyglądał, jakby miał się cofnąć w czasie. Trzymałam karteczkę z numerem mieszkania i... trzęsły mi się ręce. Niby to nie ja miałam się konfrontować z przeszłością.

Na pewno chcesz? – zapytałam.

– Nie jestem pewien, ale zrobię to i tak.

Wcisnął przycisk domofonu. Po dwóch sygnałach rozległ się męski głos:

– Tak?

– Dzień dobry. Czy możemy chwilę porozmawiać? W sprawie Marty Z.

Cisza. Trzy sekundy, pięć. Już myślałam, że nic z tego, gdy rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Weszliśmy po schodach. Na trzecim piętrze stał mężczyzna. Miał może pięćdziesiąt lat, lekko siwe włosy, posturę dziadka i... te same oczy. Jasnoszare, lekko zamglone.

– Pani do...? – spojrzał na mnie pytająco.

Nie odpowiedziałam, tylko zrobiłam krok w bok. Dziadek podszedł do niego wolno, jakby każde słowo ważyło tonę.

– Nazywam się Jan. Myślę... że mogę być twoim ojcem.

Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Patrzył dziadkowi prosto w twarz, bez lęku. Po dłuższej chwili odezwał się cicho:

Mama mówiła, że kiedyś zapukasz.

– I?

– I że wtedy mam sam zdecydować, co dalej. Wchodzicie?

Weszliśmy. Bez patosu, bez łez. Jak do domu, którego się nie zna, ale w którym wszystko pachnie znajomo.

– To był dobry dzień – szepnął dziadek później, wychodząc.

I ja mu uwierzyłam.

Klara, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama