„W Dzień Dziadka wnuk przyniósł mi tani kubek z marketu. Nie wie niedojda, że fałszywą troską piekło jest wybrukowane”
„Dziś Dzień Dziadka. Liczę, że ktoś o mnie pamięta. Czekam, jak co roku, próbując nie myśleć, że raczej nie chodzi o mnie, a o to, co po mnie zostanie. Patryk coraz częściej pyta o mieszkanie, samochód, testament. Niby w żartach, niby z troski, a ja zaczynam czuć, czy nie stoję im na drodze”.

- Redakcja
Siedzę sam przy kuchennym stole i wsłuchuję się w ciszę, która po śmierci mojej żony zrobiła się zbyt gęsta. Odkąd Janina odeszła, ten dom nie jest już miejscem, do którego się wraca – tylko miejscem, w którym się tkwi. Dzieci? Aneta zbyt zapracowana, zawsze powtarza, że „nie ma czasu na sentymenty”. Paweł wyjechał dawno temu, dzwoni tylko z okazji świąt, żeby odbębnić obowiązek. Najczęściej widuję Patryka, wnuka. To on przypomina mi, że jeszcze jestem dziadkiem, choć z każdą wizytą coraz trudniej mi się z tego cieszyć.
Dziś Dzień Dziadka. Liczę, że ktoś o mnie pamięta. Czekam, jak co roku, próbując nie myśleć, że może nie chodzi o mnie, a raczej o to, co po mnie zostanie. Patryk coraz częściej pyta o mieszkanie, samochód, testament. Niby w żartach, niby z troski, a ja zaczynam się zastanawiać, czy dla mojej rodziny nie stałem się już tylko przeszkodą na drodze do czyichś planów. Tęsknię za czasami, kiedy byłem naprawdę potrzebny, a nie tylko obecny.
Aż mnie ścisnęło w środku
Dzień Dziadka nadszedł, a ja od rana chodziłem nerwowy. Kiedy zadzwonił domofon, serce zabiło mi szybciej. To był Patryk, mój wnuk. Stał w drzwiach z torbą z supermarketu, z której wystawał kolorowy kubek.
– Cześć, dziadku! Wszystkiego najlepszego! – powiedział z tym swoim pewnym siebie uśmiechem. Wręczył mi kubek z napisem „Super Dziadek”, ale zaraz zaczął się rozglądać po mieszkaniu, jakby coś sprawdzał.
Zaparzyłem herbatę, usiedliśmy w kuchni. Próbowałem prowadzić rozmowę, pytałem o studia, o znajomych, ale Patryk tylko kiwał głową, a potem od razu przeszedł do rzeczy:
– Dziadku, a ten samochód pod blokiem to jeszcze w ogóle jeździ? Może byś mi go przepisał, jak zdam prawko? Wcześniej podobno lepiej, zanim się człowiek rozchoruje czy coś…
Próbowałem się zaśmiać, ale poczułem, jak coś mnie ściska w środku.
– Najpierw zdaj, potem zobaczymy, czy dziadek jeszcze nie wróci za kółko – odbiłem żartem, choć głos mi drżał.
Patryk nie dał się zbić z tropu.
– A mieszkanie? Wiesz, te sprawy potem są trudne, dużo formalności. Lepiej wszystko ogarnąć za życia, żeby nie było problemów, nie?
Na chwilę w kuchni zapadła cisza. Patrzyłem na niego i widziałem już nie chłopaka, którego kiedyś uczyłem jeździć rowerem, tylko młodego dorosłego, dla którego liczą się głównie konkret i spadek. Herbata wystygła. Próbowałem jeszcze pytać, czy u niego wszystko w porządku, czy czegoś nie potrzebuje, ale Patryk uśmiechnął się tylko lekko i zmienił temat. Poczułem, że w tej rozmowie jestem już tylko punktem na liście rzeczy do załatwienia. W środku narastało we mnie poczucie, że dla własnej rodziny liczę się już tylko na papierze.
W końcu nie wytrzymałem
Po wyjściu Patryka długo siedziałem w milczeniu, wpatrując się w ten nieszczęsny kubek na stole. Słowa wnuka nie dawały mi spokoju, obijały się w głowie jak kamienie. W końcu nie wytrzymałem. Chwyciłem za telefon i wybrałem numer Anety.
– Cześć, tato, coś się stało? – odezwała się szybko, bez zbędnych uprzejmości.
– Był u mnie dziś Patryk – zacząłem, starając się zachować spokój. – Wiesz, o co mnie pytał? O samochód, o mieszkanie, o testament. Ja jeszcze żyję, Aneta.
Zapadła cisza, a potem tylko westchnęła ciężko.
– Tato, nie przesadzaj. Patryk po prostu się troszczy. Teraz tak się robi, lepiej wcześniej pogadać niż potem się kłócić o papierki. Ty się nie obrażaj, to nic złego.
Poczułem, jak narasta we mnie bezsilność.
– Naprawdę? Czy ja już jestem tylko sprawą do załatwienia? Zawsze myślałem, że rodzina to coś więcej.
– Przestań, tato. Ty zawsze taki wrażliwy… Po prostu Patryk jest praktyczny, chce mieć pewność, że potem nie będzie kłopotów. Poza tym… Paweł daleko, nie interesuje się domem, więc naturalnie Patryk czuje się odpowiedzialny.
Słuchałem jej i miałem wrażenie, że rozmawiam z urzędnikiem, nie z córką. Wszystko było chłodne, wyrachowane, pozbawione emocji.
– Wiesz co, Aneta? – powiedziałem w końcu. – Czasem mam wrażenie, że dla was jestem już tylko kłopotem.
– Przestań się zamartwiać. Dobra, muszę kończyć, dzwoni klient.
Zostałem z telefonem w ręku i jeszcze większym ciężarem w sercu. Po tej rozmowie poczułem się nie tylko niepotrzebny, ale i zbędny. Przez moment pomyślałem, że gdybym naprawdę zniknął, wszystkim byłoby po prostu wygodniej.
Zrozumiałem, że jestem sam
Wieczorem wciąż chodziłem po mieszkaniu, nie mogąc się uspokoić. Rozmowa z Anetą zostawiła po sobie gorzki posmak, jakby ktoś otworzył mi oczy na coś, czego wcześniej nie chciałem widzieć. Telewizor grał w tle, ale nie docierało do mnie ani jedno słowo. W pewnym momencie usłyszałem dźwięk. Zapomniałem chyba zakończyć połączenie. Podniosłem telefon i usłyszałem ich głosy w domu, zanim zdążyłem się rozłączyć.
– No i co, mówiłeś mu coś? – zapytała Aneta szybko, bez ogródek.
– Próbowałem, ale stary się spiął – odpowiedział Patryk spokojnie. – Udaje, że żartuje, ale widać, że mu się to nie podoba. Może trzeba go trochę bardziej przycisnąć.
– Tylko ostrożnie – syknęła. – Najważniejsze, żeby nie przyszło mu do głowy przepisać czegokolwiek na Pawła. Wiesz, jaki on jest. Nagle się obudzi i wszystko zabierze.
– Spokojnie, mamo. Jeszcze trochę i sam zrozumie, że tak będzie najlepiej. Przecież i tak już niewiele mu zostało do decydowania…
Te słowa uderzyły mnie jak policzek. Stałem nieruchomo, czując, jak robi mi się słabo. To nie były domysły, to nie były moje lęki – to była prawda wypowiedziana na głos.
– Słyszałem wszystko – powiedziałem do słuchawki dość wyraźnie, ale głos mi drżał. – Gratuluję wam troski.
Zapadła cisza. Po chwili Aneta zaczęła coś tłumaczyć, Patryk mamrotał, że to nie tak miało brzmieć, ale ja już nie chciałem słuchać.
– Dla was już mnie tu nie ma – dodałem. – Jest tylko mieszkanie, samochód i testament.
Rozłączyłem się i oparłem o ścianę. Tego wieczoru po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem, że zostałem sam – nawet mając rodzinę.
Czułem strach, ale i spokój
Tej nocy nie zmrużyłem oka. Siedziałem w fotelu w dużym pokoju, owinięty kocem, choć w mieszkaniu było ciepło. W głowie wciąż brzmiały ich głosy, każde słowo wracało jak echo, którego nie dało się uciszyć. Czułem wstyd, ale jeszcze silniej czułem żal – nie do nich nawet, tylko do siebie. Przez całe życie wierzyłem, że jeśli będę uczciwy, spokojny i lojalny wobec rodziny, to to wróci. Okazało się, że wróciło… w formie kalkulacji.
Nad ranem wstałem i wyciągnąłem z szafy stare albumy. Usiadłem przy stole i kartkowałem zdjęcia. Janina patrzyła na mnie z pożółkłej fotografii, uśmiechnięta, jakby chciała zapytać, kiedy to wszystko wymknęło się spod kontroli. Przypomniałem sobie, jak obiecywaliśmy sobie, że dzieci wychowamy na ludzi, nie na właścicieli cudzych rzeczy. Może byłem zbyt łagodny. Może nigdy nie postawiłem granic. Z szuflady wyjąłem teczkę z dokumentami. Akt własności mieszkania, dowód samochodu, testament sprzed kilkunastu lat. Czytałem go powoli, zdanie po zdaniu. Wszystko było w nim logiczne, poukładane, sprawiedliwe. Ale pisałem go wtedy jako ojciec i mąż, nie jako przeszkoda do usunięcia. Ścisnęło mnie w gardle.
Przez chwilę przyszła mi do głowy myśl, żeby wszystko podrzeć. Zniknąć im z planów. Ale wiedziałem, że to byłaby ucieczka. A ja nie chciałem już uciekać. Chciałem raz w życiu zdecydować o sobie do końca. Założyłem płaszcz, schowałem dokumenty do teczki i zamknąłem mieszkanie. Schodząc po schodach, czułem strach, ale i coś nowego – spokój. Wiedziałem, dokąd idę. Do notariusza. Nie po zemstę. Po godność.
Zmieniłem swój testament
Do kancelarii notarialnej wszedłem przed południem. Pachniało tam papierem i kawą, a cisza była inna niż w moim mieszkaniu – spokojna, rzeczowa. Notariusz zaprosił mnie do gabinetu i wskazał krzesło naprzeciwko.
– W czym mogę pomóc, panie Władysławie? – zapytał uprzejmie.
Przez chwilę nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu. W końcu powiedziałem wprost:
– Chciałem zmienić testament.
Uniósł brwi, ale nie skomentował. Przejrzał dokumenty, które mu podałem, i czekał, aż będę mówił dalej.
– Nie chcę, żeby ktoś był przy mnie tylko dlatego, że liczy na to, co po mnie dostanie – dodałem. – Chcę mieć pewność, że jeśli komuś coś zostawię, to dlatego, że naprawdę mnie widział, a nie tylko mój majątek.
Notariusz skinął głową.
– Ma pan kilka możliwości. Może pan zapisać część majątku instytucji, a resztę obwarować warunkami. To legalne i coraz częstsze rozwiązanie.
Słuchałem uważnie. W głowie układałem sobie wszystko na nowo. Zdecydowałem się bez pośpiechu. Część mieszkania i oszczędności zapisałem domowi dziecka. Resztę – rodzinie, ale z jasnym warunkiem utrzymywania kontaktu i realnej troski. Bez tego nic nie miało przechodzić dalej. Kiedy składałem podpis, ręka lekko mi drżała, ale czułem ulgę. Jakbym wreszcie odzyskał kontrolę nad czymś, co próbowano mi odebrać. Wychodząc, spojrzałem na ulicę zalaną słońcem. Po raz pierwszy od dawna nie czułem się ani słaby, ani zbędny. Byłem stary, to prawda. Samotny – też. Ale wciąż byłem człowiekiem, który mógł o sobie decydować.
Władysław, 72 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Dziadka córka powiedziała jedno zdanie, a mi aż zakręciło się w głowie. Przyniosła wstyd naszej rodzinie”
- „Zaprosiłam teściów na rodzinny obiad, a oni wyszli, zanim zdążyłam podać deser. To był ostatni raz”
- „W Dzień Babci moja mama wyznała mi prawdę o swojej rodzinie. Żałuję, że zrobiła to tak późno”