„W Dzień Dziadka staruszek odstawił się jak na otwarcie kanału. Zamarłam, gdy przy obiedzie rzucił na stół białą teczkę”
„Dziadek. Władek. Przez całe życie był spokojny, uporządkowany. Po śmierci babci wycofał się. Aż... coś się zmieniło. Zaczął nosić inne swetry. Przestał chodzić w tych wyciągniętych koszulach – teraz miał granatowe, gładkie, nowe. Włosy też jakoś inaczej układał. Zapytałam go raz, czy coś się dzieje. Wszystko wyszło w Dzień Dziadka”.

- Redakcja
Dzień Dziadka w naszym domu nigdy nie był szczególnym świętem. Zawsze jakiś serniczek, kawa, może kwiatek od mamy i obowiązkowy uścisk dłoni od taty. Tomek składał życzenia jakby recytował definicję z podręcznika. A dziadek? Siedział z boku, przy swoim fotelu, niby się uśmiechał, ale coś zawsze wisiało w powietrzu. Niedopowiedzenia. Sztywność. Jakbyśmy wszyscy grali w jakąś rodzinną grę, której nikt nie chciał naprawdę wygrać.
Tego dnia było inaczej. Może dlatego, że od rana atmosfera przypominała rozgrzane żelazko – niby spokojne, ale wystarczyło dotknąć, żeby się poparzyć.
Ojciec chodził po kuchni jak wściekły. Złościł się na mamę, że znowu nie dopilnowała pieczenia, że sernik popękany, że kto to widział, żeby na Dzień Dziadka sernik był popękany. Mama milczała. Jak zawsze. Podawała mu miski, talerze, uciekając spojrzeniem.
– A ty, Ula, zamiast się gapić, weź tego Tomka ogarnij, bo jeszcze nie uczesany, a zaraz dziadek przyjdzie – rzucił do mnie. Jakbym miała sześć lat, a nie kończyła właśnie studia.
– Dziadek pewnie i tak nie zwróci uwagi – odpowiedziałam zbyt cicho, żeby usłyszał.
Dziadek. Władek. Przez całe życie był spokojny, uporządkowany. Inżynier od wszystkiego, ale emocji to on raczej nie projektował. Kochałam go – był moją ostoją w tej zwariowanej rodzinie, ale nigdy nie mówił tego słowa na głos. Po śmierci babci jeszcze bardziej się wycofał. Siedział w swoim mieszkaniu, odzywał się krótko. Aż... coś się zmieniło.
Zaczął nosić inne swetry. Przestał chodzić w tych wyciągniętych koszulach – teraz miał granatowe, gładkie, jakby nowe. Włosy też jakoś inaczej układał. Zapytałam go raz, czy coś się dzieje. Odpowiedział tylko:
– Ula, człowiek czasem musi odetchnąć.
Wtedy nie wiedziałam, co to znaczy. Ale teraz? Teraz miałam przeczucie, że ten Dzień Dziadka będzie zupełnie inny.
Wejście Haliny i pierwszy szok
Słyszałam dzwonek jeszcze zanim ojciec zdążył po raz trzeci poprawić ułożenie sztućców. Spojrzał nerwowo w stronę drzwi, jakby spodziewał się najgorszego. Mama od razu zniknęła w kuchni, a Tomek, który do tej pory zerkał w telefon, nagle się wyprostował. Ja zostałam przy stole, z serwetką w dłoni, udając, że coś nią poprawiam. Ale serce przyspieszyło. Intuicja nie zawiodła mnie ani razu, a teraz krzyczała.
Drzwi otworzył ojciec. Usłyszałam cichy stuk obcasów, a potem głos dziadka.
– Pozwólcie, że przedstawię... To Halina.
Zamarłam. Wiedziałam, zanim jeszcze się odezwała, że to nie będzie zwykła koleżanka z uniwersytetu trzeciego wieku ani znajoma z sąsiedztwa.
– Dzień dobry. Władek tyle o was mówił, że czuję się prawie jak rodzina – powiedziała kobieta i weszła do salonu tak pewnym krokiem.
Miała może nieco ponad pięćdziesiąt lat. Krótko ścięte włosy, jasna marynarka, dyskretny makijaż. Stała obok dziadka, który uśmiechał się lekko, nie spuszczając z niej wzroku. Cisza, która zapadła, była brutalna. Ojciec zmrużył oczy.
– Tato, co to ma znaczyć? – warknął w końcu.
– Piotrze – przerwał mu dziadek, spokojnym, ale nieugiętym tonem. – Poprosiłem Halinę, żeby do nas dołączyła. To nie przestępstwo.
– Nie przestępstwo? – ojciec uniósł brwi. – Tato, coś ty...
– Może usiądziemy? – zaproponowała Halina, ale jej głos nie miał w sobie niepewności. Mimo to widziałam, że dłoń trzymała sztywno przy boku, jakby coś ją tam powstrzymywało przed drżeniem.
Dziadek skinął głową i ruszył do stołu, jakby nic się nie stało. Halina za nim. Ojciec stał jeszcze chwilę, zanim ciężko usiadł. Mama nawet nie wyszła z kuchni. Tomek patrzył raz na mnie, raz na ojca, zdezorientowany. A ja... siedziałam bez ruchu, próbując przetrawić to, co się właśnie wydarzyło.
Tata nie wytrzymał
Ojciec nie wytrzymał nawet do zupy. Napięcie buzowało w nim od chwili, gdy Halina przekroczyła próg, a teraz, kiedy dziadek nalewał sobie barszczu z miną zupełnie obojętną, jakby to był każdy inny obiad, eksplodował.
– Tato, ona na pewno chce twoich pieniędzy. Nie bądź naiwny... – wysyczał.
Tomek aż się wzdrygnął. Halina opuściła wzrok. Mama nadal siedziała w kuchni. Ja już nie udawałam, że jem. Patrzyłam tylko na ojca, który właśnie pokazał, gdzie kończy się jego cierpliwość i zaczyna ślepy strach.
– Synu... – zaczął dziadek, ale Halina go powstrzymała, dotykając lekko jego ramienia. To wystarczyło, żeby znów zawrzało.
– O, proszę bardzo! Już nawet nie pozwalasz mu mówić?! Jakie to wygodne... – zadrwił ojciec, patrząc na nią z pogardą.
– Przyszłam tu, bo Władek mnie zaprosił. Nie przyszłam po wasze pieniądze – powiedziała Halina, cicho, ale wyraźnie. – Nie wiem, o co chodzi i proszę nie mówić do mnie w ten sposób.
– To mój ojciec! A pani to kto? Młodsza kobieta, która pojawia się nagle i udaje, że wszystko rozumie? Co pani wie o naszej rodzinie?
Dziadek nie wytrzymał. Odstawił łyżkę i spojrzał na niego tak, jak patrzy się na kogoś, kto nie chce słuchać, tylko krzyczy, żeby zagłuszyć własne myśli.
– Dość. Nie będziemy tego roztrząsać przy stole. Ale nie będę też pozwalał, żebyś obrażał ludzi, których zapraszam.
– Takie kobiety potrafią omotać starszych panów i chcą dobrać się do tego, co zostanie np. po mamie! – wyrzucił z siebie, cały czerwony.
Halina chciała coś powiedzieć, ale dziadek tylko uniósł dłoń. Zamilkła natychmiast. Patrzyłam na nich – jego, spokojnego jak zawsze, i ją, która teraz wydawała się zaledwie cieniem tej pewnej siebie kobiety sprzed godziny. Wtedy dziadek sięgnął do torby, którą przyniósł ze sobą. Wyciągnął z niej prostą, białą kopertę i położył ją powoli na środku stołu.
– Skoro mówisz o pieniądzach, to proszę. Zajrzyj.
Cisza, która zapadła, była niemal fizycznie namacalna. Nawet Tomek przestał oddychać. Czułam, jak coś ciężkiego osiada mi w żołądku. Spojrzałam na dziadka i wiedziałam już, że to nie będzie zwykły dokument. Nie przyniósłby go tu tak po prostu. Nie położyłby go tak spokojnie, gdyby nie był całkowicie pewny, co robi.
Akt notarialny
Ojciec zawahał się, ale w końcu chwycił kopertę. Rozdarł ją zbyt gwałtownie, jakby sam ten gest miał mu dać przewagę. Wyciągnął dokument, przelotnie rzucił okiem na pierwszą stronę i zamarł. Usta mu się zacisnęły, twarz pobladła. Wzrok zatrzymał się gdzieś w połowie tekstu.
– To akt notarialny – powiedział dziadek, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. – Cały mój majątek przepisałem Uli i Tomkowi. Mieszkanie, oszczędności, działkę. Niech młodzi mają. Ja już swoje miałem.
Nikt się nie odezwał. Nawet Halina. Spojrzałam na dziadka i poczułam coś, czego nie spodziewałam się w tej chwili: wstyd. Nie przed nim. Przed ojcem. Przed tym, jak się zachowaliśmy. Przed tym, jak bardzo mu nie pozwoliliśmy być kimś więcej niż „bankomatem przy stole”.
– Teraz... – dodał dziadek – możecie mi pozwolić być szczęśliwym?
Brzmiało to tak prosto, że aż bolało. Nikt nie odpowiedział. Halina patrzyła na mnie. A ja... poczułam, że już nie mogę milczeć. Że jeśli teraz nie powiem nic, jeśli znów odpuszczę, pozwolę, by ten obiad zniszczył wszystko, co dziadek miał jeszcze w sobie żywego.
– Dziadku... – zaczęłam, nie patrząc na ojca – jeśli to daje ci szczęście, to masz do tego prawo. I nikt nie powinien ci tego odbierać.
Tomek kiwnął głową. Był blady, ale spokojny.
– Fajnie, że kogoś masz – rzucił, wzruszając ramionami, jakby to było najbardziej oczywiste zdanie na świecie.
Ojciec wpatrywał się we mnie, jakby nie rozumiał, co właśnie usłyszał.
– Ula... – szepnął. – Ty nic nie wiesz.
– Wiem tyle, ile trzeba – przerwałam mu. – I wiem, że nie pozwolę ci go atakować za to, że wreszcie chce być człowiekiem, a nie tylko twoim ojcem i naszym dziadkiem.
Mama spuściła wzrok. Nie odezwała się ani słowem. A dziadek? Dziadek patrzył na mnie z lekkim uśmiechem. I po raz pierwszy od lat zobaczyłam w jego oczach coś więcej niż rezygnację.
Musiałam to zrobić dla dziadka
Po obiedzie ojciec wyszedł z domu, bez słowa. Cisnął serwetkę na talerz i wyszedł z salonu. Drzwi zamknął za sobą z taką siłą, że Tomek aż drgnął. Mama odprowadziła go wzrokiem, ale nie ruszyła się z miejsca. Zbierała naczynia z twarzą bez wyrazu. Znam ją dobrze – jeśli nie mówi nic, znaczy, że w środku coś się w niej kotłuje.
Tomek zabrał się do kuchni, żeby pomóc. Może nie do końca rozumiał, co się wydarzyło, ale czuł, że nie wypada zostawić matki samej. Ja zostałam z dziadkiem i Haliną. I przez chwilę nikt nic nie mówił. W powietrzu unosił się zapach barszczu, ale smak wszystkiego zniknął już dawno.
– Przepraszam za... to wszystko – powiedziałam w końcu, patrząc na Halinę. – Nie zasłużyła pani na taki wieczór.
– Nikt nie musi mnie przepraszać – odpowiedziała spokojnie. – Wiedziałam, że nie będzie łatwo.
– Nie wiem, kim pani jest. I może jeszcze długo nie będę wiedzieć. Ale widzę, że dziadek się przy pani uśmiecha. I to już dużo.
Zamilkła. Uśmiechnęła się do mnie delikatnie, bez udawania. Dziadek trzymał mnie za rękę. Uścisk miał ciepły, ale pewny. Ten sam, który pamiętałam z dzieciństwa, kiedy prowadził mnie przez przejście dla pieszych, nawet jeśli nie jechał żaden samochód.
– Ula, nie musiałaś nic mówić – odezwał się. – Ale dobrze, że to zrobiłaś.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na nich, jak siedzą obok siebie, blisko, naturalnie, bez spięcia. Może nie byli idealni, ale czy ktokolwiek z nas jest?
Ojciec wyjawił prawdę
Rozmowa z ojcem wisiała nade mną przez następne godziny. Czułam, że jeśli teraz jej nie odbędziemy, nie zrobimy tego już nigdy. Gdy wrócił, nie spojrzał na mnie, tylko odłożył klucze na komodę i usiadł przy stole.
– Dlaczego nie możesz mu pozwolić być szczęśliwym? – zapytałam, zanim zdążył coś powiedzieć.
Milczał. Wziął szklankę wody, upił łyk i spojrzał przez okno, jakby liczył na to, że znajdzie tam gotową odpowiedź. Nie znalazł.
– Bo to nie jest uczciwe – rzucił w końcu. – Bo ona… – urwał. Zmarszczył czoło, jakby sam nie był pewien, co miał powiedzieć.
– Bo boisz się, że ci coś zabierze? – zapytałam ostrożnie, choć wiedziałam, że trafiam w samo sedno.
Wzrok mu zmiękł. Wzruszył ramionami, ale nie z irytacją, tylko z bezsilnością.
– On nie był taki dla mamy – powiedział nagle. – Nigdy nie był dla niej taki… miękki. Taki… czuły. Ona całe życie była obok niego, a on zawsze wszystko trzymał w sobie. A teraz? Teraz wychodzi z kobietą, mówi o szczęściu, patrzy jej w oczy... Jakby mama nigdy nie istniała.
Zamilkł. Zrozumiałam. Nie chodziło o majątek. Nie chodziło nawet o Halinę. Ojciec nie zniósł tego, że dziadek daje komuś coś, czego on sam nigdy nie dostał. Ciepła. Zgody. Prawa do bliskości.
– Może właśnie dlatego to robi – powiedziałam cicho. – Może dopiero teraz zrozumiał, że coś przegapił. I nie chce tego już powtarzać.
Wstałam. Ojciec nie próbował mnie zatrzymać. Patrzył gdzieś w dal, z twarzą, która po raz pierwszy od dawna nie była zacięta. Nie była też spokojna. Ten mężczyzna, który zawsze miał wszystko pod kontrolą, właśnie zrozumiał, że przegrał z czymś, czego nie potrafił nawet nazwać.
Zmiany przychodzą u nas powoli
Po tej rozmowie z ojcem nie czułam ulgi. To nie był moment oczyszczenia, nie nastąpiło pojednanie, nie padły wielkie słowa, ale coś się ruszyło. Jakby po raz pierwszy od lat w naszej rodzinie pojawiło się miejsce na prawdę. Na niezgodę, ale też na myślenie o innych nie tylko przez pryzmat swoich lęków.
Dziadek z Haliną wyjechali kilka dni później. Po prostu spakowali się i pojechali na Mazury. Nie mówił, kiedy wróci. Nie musiał. Tomek był podekscytowany. Wysłał dziadkowi wiadomość z memem i napisał: „Dobrze, że masz fajną babkę”. Dziadek odpisał mu dopiero po dwóch dniach, jednym zdaniem: „Fajna, prawda?”. Wysłał zdjęcie Haliny w kaloszach i rozpiętym płaszczu, śmiejącą się nad jakimś stawem.
Ojciec przez ten czas niewiele mówił. Zamykał się w pokoju albo wychodził na długie spacery. Mama nadal milczała, jakby wyparła wszystko, co się wydarzyło. Ale kiedy zapytałam ją, czy Halina do niej zadzwoniła, pokręciła głową i dodała po chwili:
– A może powinnam to zrobić pierwsza.
Nie odpowiedziałam. Zmiany w naszej rodzinie nie zachodziły gwałtownie. Jednak wiedziałam, że nie muszę czekać, aż ojciec pozwoli sobie na coś więcej niż kontrolę, a mama na coś więcej niż milczenie.
Pewnego wieczoru otworzyłam kopertę z aktem notarialnym. Siedziałam nad nią długo. Nie czułam radości, nie miałam w głowie liczb ani planów. To, co trzymałam w rękach, nie było ciężarem majątku. To był dokument, który dawał mi coś zupełnie innego: odpowiedzialność. Za relacje. Za odwagę mówienia. Za to, by nie powielać błędów tych, którzy uciekali przed bliskością całe życie.
Ula, 26 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przynoszę kasę do domu, lecz dla żony to i tak za mało. Sama woli leżeć i pachnieć niż zabrać się za jakąś robotę”
- „Wzięłam z mężem kredyt na samochód. Dziś to on dzierży klucze do auta jak berło, a ja muszę brodzić w śniegu po kolana”
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”