„W Dzień Dziadka zabrałem wnuki do kina. Było miło, ale po powrocie synowa urządziła scenę jak z horroru”
„Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że jedno niewinne wyjście do kina może obrócić się w rodzinny dramat. Ani że będę się musiał tłumaczyć z rzeczy, które dla mnie były oczywiste. I że tego dnia odechce mi się nie tylko bajek, ale i samego Dnia Dziadka”.

- Redakcja
Nie wiem, czy to kwestia wieku, czy może zwyczajnego zmęczenia ludźmi, ale odkąd przeszedłem na emeryturę, najbardziej ceniłem sobie spokój. Taki zwyczajny: herbatka o siedemnastej, krzyżówka przy kuchennym stole, radio w tle, czasem teleturniej. Rano spacer, a w niedzielę rosół. Nuda? Może. Jednak to była moja nuda. Aż Dzień Dziadka wybiło mnie z tego rytmu. Chciałem, naprawdę chciałem zrobić coś fajnego z wnukami. Wpadłem więc na pomysł, żeby pójść do kina. Nowa bajka, śmiech, popcorn, dzieci szczęśliwe, ja spełniony. Dla mnie – idealny dzień. Dla nich – wesoła przygoda. Tak to sobie wyobrażałem. I przez chwilę tak właśnie było. Do momentu, gdy przekroczyliśmy próg domu mojego syna. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że jedno niewinne wyjście do kina może obrócić się w rodzinny dramat. Ani że będę się musiał tłumaczyć z rzeczy, które dla mnie były oczywiste. I że tego dnia odechce mi się nie tylko bajek, ale i samego Dnia Dziadka.
Nie czułem się winny
– I jak było? – zapytał syn, ledwo otworzył drzwi.
W tle słychać było dźwięk miksera.
– Super! – wrzasnęła młodsza wnuczka i od razu zdjęła czapkę. – Dziadek kupił nam ogromny popcorn!
– A ja miałem colę, całą swoją! – pochwalił się starszy, rozpinając kurtkę z taką dumą, jakby wrócił z wyprawy na Everest.
– No to dobrze. – Syn uśmiechnął się krzywo. Widziałem, że był spięty, ale nie miałem pojęcia dlaczego.
– Gdzie mama? – zapytałem, rozglądając się po mieszkaniu.
Odpowiedziało mi trzaśnięcie drzwiami kuchennymi. A potem, jakby ktoś wcisnął przycisk detonatora:
– Naprawdę?! – rozległ się głos mojej synowej. – Naprawdę uznałeś, że to dobry pomysł?! Dać dzieciom sam cukier?!
– Halo, chwileczkę – uniosłem brwi. – Byliśmy w kinie. Chciałem spędzić z dzieciakami trochę czasu. Nic złego się nie wydarzyło.
– Nic złego?! – wskazała na dzieci, które właśnie urządzały sobie wyścigi wokół stołu. – Wieczorem będą marudzić, a ja będę je uspokajać do północy! – jeszcze i spojrzała na mnie tak, jakbym właśnie podał jej dzieciom truciznę.
I nagle poczułem się jak sabotażysta. Jakbym wparował do ich mieszkania z siatą granatów zamiast z dziećmi.
Zrobiło mi się przykro
– Tato, mogłeś zapytać wcześniej – powiedział mój syn, cicho, jakby chodziło o coś znacznie gorszego niż bajkę i popcorn.
– Zapytać o co? Czy mogę spędzić dwie godziny z własnymi wnukami w Dzień Dziadka? – odpowiedziałem z sarkazmem, bo zaczynało mnie już lekko nosić.
– No ale przecież wiesz, że Hania... że my mamy swoje zasady. – Syn spojrzał w kierunku żony, jakby szukał potwierdzenia, że dobrze mówi.
– Oczywiście. Zasady. – Pokiwałem głową i usiadłem na krześle. – Tylko że jak ja byłem ojcem, to dzieci biegały boso po podwórku, piły kompot i jadły kanapki z dżemem. Nikt im nie liczył cząsteczek glukozy. I co? Wychowały się.
– Tato, to nie te czasy – mruknął syn.
– No nie przesadzaj – wszedłem mu w słowo. – Przecież nie nakarmiłem ich kostkami rosołowymi. Kupiliśmy jeden popcorn na trzech i po małej coli. To naprawdę był dramat?
– Dramat jest teraz! – wtrąciła się synowa.
– Mamo, ale było fajnie... – odezwała się wnuczka, ciągnąc ją za rękę. – Dziadek się śmiał i ja się śmiałam...
– Kochanie, idź się bawić – ucięła krótko, nawet na nią nie patrząc.
Patrzyłem, jak mała się cofa, jakby nagle zgubiła gdzieś całą swoją radość. I zrobiło mi się cholernie przykro. Naprawdę myślałem, że zrobiłem coś dobrego.
Myślałem, że to nic złego
– Tato, nie chodzi o to, że nie możesz zabierać dzieci – zaczął znowu mój syn, już spokojniejszym tonem. – Chodzi o to, że... no wiesz, pewne rzeczy powinny być z nami wcześniej ustalone.
– Serio? – parsknąłem, nie kryjąc ironii. – To nie są rekruci w wojsku. To dzieci. Miały frajdę, pośmiały się, były szczęśliwe przez dwie godziny. I nagle z tego robi się kryzys dyplomatyczny.
– A ja cały dzień szykowałam obiad! – Hania znowu podniosła głos, jakby właśnie wyrecytowała największą tragedię roku. – Brokuły, bataty, humus z cieciorki. A teraz co? Dzieci nie są głodne!
– Popcorn jest pyszny – wymamrotał wnuczek, który właśnie wszedł do kuchni z miną winowajcy. – I dziadek kupił mi książkę o dinozaurach...
– Kupiłem, bo zasłużył – powiedziałem, zanim zdążyli się rzucić na niego za tę „zbrodnię”. – Chciałem mu sprawić przyjemność.
– To nie chodzi o książkę – westchnął mój syn. – Tylko o to, że potem dzieci marudzą, że z nami jest nudno. A ty, tato, nie pomagasz.
– Nie pomagam? – powtórzyłem. – Bo zabrałem dzieci na bajkę i kupiłem im popcorn? Dobrze, zapamiętam. Następnym razem pokażę im, jak wygląda milcząca ściana.
– Mógłbyś po prostu nas słuchać – mruknęła synowa. – To nie o ciebie chodzi. To o nich. O ich dobro.
Spojrzałem na wnuki, które teraz siedziały na dywanie w salonie i patrzyły na nas z niepokojem.
Tego się nie spodziewałem
– No dobrze – westchnąłem, wstając z krzesła – może jestem stary i nie ogarniam już tych waszych nowoczesnych metod wychowawczych. Jednak jedno wiem na pewno: dzieci potrzebują bliskości, zabawy, śmiechu. Nie tylko ryżu jaśminowego i warzyw gotowanych na parze.
– Nie rozumiesz, tato – powiedział syn, drapiąc się po karku. – My chcemy, żeby dzieci miały zdrowe nawyki.
– Ty to robisz specjalnie! – rzuciła synowa, a jej głos zadrżał. – Robisz wszystko po swojemu, pokazujesz dzieciom, że jesteś tym fajnym dziadkiem, a my – źli rodzice.
– Nie muszę nic pokazywać. Same to widzą – odpowiedziałem zbyt szybko, zbyt ostro.
Pożałowałem tych słów w sekundę po tym, jak padły. Zapanowała niezręczna cisza. Nawet dzieci przestały się wiercić.
– Przepraszam – dodałem ciszej. – Może i przesadziłem. Po prostu... to był Dzień Dziadka. Chciałem, żeby to był nasz dzień.
– A wyszło, jak zawsze – podsumowała synowa, krzyżując ręce.
– Może gdybyście czasem odpuścili... – zacząłem, ale syn pokręcił głową.
– Tato, po prostu daj nam wychowywać dzieci po swojemu. Ty już wychowałeś. Teraz twoja rola to być dodatkiem, a nie rewolucją.
Tego się nie spodziewałem. Dodatkiem. To słowo zostawiło gorzki smak.
Wzruszyłem się
– Dodatkiem, powiadasz… – powtórzyłem powoli, zerkając przez okno. – Czyli co? Mam siedzieć w kącie i milczeć, aż zostanę zawołany? Jak ozdobna poduszka – jest, bo ładnie wygląda, ale nikt na niej nie siedzi?
– Nie o to chodzi, tato... – próbował łagodzić syn, ale tylko machnąłem ręką.
– Słuchajcie, przez całe życie starałem się być obecny. Byłem na waszych zebraniach, odwoziłem cię na basen, robiłem kanapki z pasztetem, kiedy twoja matka miała dyżur nocny. I teraz kiedy mam trochę więcej czasu i chcę dać coś z siebie tym dzieciakom, to słyszę, że mam być „dodatkiem”? Jak przyprawa do waszej marchewki na parze?
– To nie fair – Hania zacisnęła usta. – Znowu robisz z siebie ofiarę, a my jesteśmy tyranami.
– A może po prostu nie chcecie, żeby dzieci miały kogoś, kto pokazuje im, że świat nie kończy się na bezglutenowym chlebie i książkach z rekomendacją psychologa dziecięcego? – rzuciłem ostrzej, niż zamierzałem.
– Dziadku... – cicho odezwał się wnuczek. – Ja cię lubię. Możemy jeszcze iść kiedyś razem do kina?
Spojrzałem na niego i poczułem coś, czego nie umiałem już zatrzymać. Łzy. Nie z rozpaczy, raczej z ulgi. Bo jakkolwiek by mnie nie ustawiali dorośli, dzieci mówiły własnym językiem.
– Oczywiście, że pójdziemy – odparłem cicho, kiwając głową. – Będziesz wybierał film, a ja zapłacę. Tylko może tym razem weźmiemy wodę, co?
Wnuczek się uśmiechnął. Hania prychnęła i wyszła z kuchni. Syn westchnął i wzruszył ramionami.
– Zróbmy sobie przerwę. Po prostu... wszyscy jesteśmy trochę zmęczeni.
W tym akurat miał rację.
Spojrzałem na niego uważnie
Minęło sporo czasu, zanim synowa przestała trzaskać szufladami w kuchni. Dzieci pobiegły do swoich pokoi. Syn chodził w tę i z powrotem, jakby szukał zajęcia, którego nie było.
– Tato... – odezwał się w końcu, stając obok mnie. – Wiesz, że cię kochamy. Po prostu mamy inne podejście.
– Ja wiem – mruknąłem. – Tylko szkoda, że czasem nikt mnie nie pyta, jakie jest moje.
– Może... może za często się wtrącasz. Tak, wiem, robisz to z serca, ale my też chcemy dobrze.
– A ja chcę być częścią ich życia. Nie gościem, który przychodzi z torbą prezentów i znika, bo „czas już mija”.
– No to może ustalmy coś – zaproponował ostrożnie. – Ty odpuścisz colę, a my nie będziemy robić awantury o bajki i popcorn.
Spojrzałem na niego uważnie. Miał ten sam wyraz twarzy, co kiedyś, gdy próbował negocjować większy kawałek tortu urodzinowego.
– Dobrze. Umowa stoi – powiedziałem i wyciągnąłem rękę.
Uścisnął ją z lekkim uśmiechem. Chwilę potem dzieci wyszły z pokoju, pytając, czy mogą obejrzeć coś na tablecie. Hania milczała, ale już nie warczała.
Wiktor, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przez 40 lat byliśmy z żoną jak papużki nierozłączki. Na starość znalazła sobie kochanka i chce mnie puścić z torbami”
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik, który całą rodzinę powalił na kolana. I wtedy poczułam, że mam jeszcze po co żyć”
- „21 stycznia ktoś odwiedził grób mojej babci. Jak to jest możliwe, że przez całe życie kłamała mi prosto w oczy”