Reklama

Wracałem do tamtego dnia myślami z uporem, jakby coś mi umykało. Wszystko było poukładane, przewidywalne, dokładnie takie, jakie sam sobie zaplanowałem. Praca, mieszkanie, brak zobowiązań wobec kogokolwiek poza sobą. Dopiero z czasem zrozumiałem, że to, co brałem za spokój, było raczej starannie pielęgnowaną ciszą.

Nagroda za wytrwałość

Tego dnia wyszedłem z biura później niż zwykle, ale nie dlatego, że musiałem. Po prostu nie spieszyło mi się nigdzie indziej. Zamknąłem laptop, poprawiłem marynarkę i poczułem znajome ukłucie satysfakcji — kolejny projekt dopięty, kolejne zadanie odhaczone. Lubiłem ten moment, kiedy open space pustoszał, a ja zostawałem jeszcze chwilę, jakbym chciał upewnić się, że naprawdę nie potrzebuję nikogo do domknięcia dnia.

– Ty zawsze ostatni – rzucił Igor, zakładając kurtkę. – Nie masz do kogo wracać czy po prostu lubisz tu siedzieć?

Uśmiechnąłem się krótko.

– Lubię mieć wszystko pod kontrolą.

Igor parsknął, jakby to był żart. Opowiadał chwilę o problemach w domu, o zmęczeniu, o tym, że marzy o ciszy. Słuchałem, kiwając głową, a w środku rosło mi przekonanie, że wyszedłem na swoje. On miał kogoś, komu musiał się tłumaczyć. Ja miałem spokój. W drodze do windy pomyślałem o nagrodzie. Nie takiej symbolicznej, ale konkretnej, namacalnej. Od dawna nosiłem w głowie obraz zegarka — solidnego, eleganckiego. Nie potrzebowałem niczyjej aprobaty. Idealnie pasował do mojej wersji świata: jeśli coś chcesz, bierzesz to sam. Bez czekania, bez negocjacji. Przypomniałem sobie Lenę. Zawsze mówiła, że wszystko u mnie musi mieć sens i funkcję, nawet uczucia.

– Nie musisz wszystkiego dźwigać sam – powiedziała kiedyś, a ja wtedy uznałem to za słabość, nie radę.

Teraz, idąc ulicą, utwierdzałem się w przekonaniu, że miałem rację. Samowystarczalność była przecież dowodem dojrzałości. Zegarek miał to przypieczętować — dowód, że lata pracy i rezygnacji miały swój wymierny efekt. Nie czułem jeszcze niepokoju, tylko lekkie napięcie, jak przed dobrze zaplanowanym ruchem. Wmawiałem sobie, że to ekscytacja. Nie wiedziałem wtedy, że ta „nagroda” okaże się pytaniem, a nie odpowiedzią.

Serce biło mi szybciej

Salon był jasny i cichy, jakby czas rzeczywiście zwalniał po przekroczeniu progu. Zapach nowości mieszał się z chłodnym spokojem, który zawsze kojarzył mi się z porządkiem. Rozejrzałem się, udając obojętność, choć serce biło mi szybciej. To było to miejsce — neutralne, bezpieczne, pozbawione oczekiwań.

– Dzień dobry – odezwała się ekspedientka, podchodząc bez pośpiechu. – W czym mogę pomóc?

Miała spokojny głos, taki, który nie narzucał się uwagą, a jednak ją przyciągał.

– Chciałbym obejrzeć ten model – wskazałem na gablotę, choć decyzję podjąłem już wcześniej.

Wyjęła zegarek z precyzją, która sprawiła, że poczułem się kimś ważnym. Przez chwilę mówiła o mechanizmie, o detalu, o trwałości. Słuchałem, ale bardziej skupiałem się na tym, że ktoś patrzy na mnie uważnie, że zadaje pytania i czeka na odpowiedź.

– To dobry wybór – powiedziała w końcu. – Często trafia do osób, które wiedzą, czego chcą.

Skinąłem głową, jakbym właśnie to chciał usłyszeć. Wiedzieć, czego się chce — brzmiało jak pochwała. Jak potwierdzenie, że wszystko robię właściwie. Przymierzyłem zegarek, a ona poprawiła zapięcie, zachowując idealny dystans. Ani za blisko, ani za daleko.

– Pasuje – dodała z lekkim uśmiechem.

Przez moment pomyślałem, że to wystarczy. Ta krótka wymiana zdań, ten profesjonalny ton, ta uwaga skupiona tylko na mnie. Udowadniałem sobie, że nie potrzebuję niczego więcej. Że to jest właśnie ta celebracja, o której myślałem. Kiedy przyszło do płatności, cisza stała się nagle wyraźniejsza. Sprzedawczyni podała mi paragon, zapakowała pudełko starannie, jakby zamykała w nim coś więcej niż przedmiot.

– Miłego dnia – powiedziała na pożegnanie.

– Dziękuję – odpowiedziałem automatycznie.

Wyszedłem na ulicę z torbą w dłoni i poczułem, jak ekscytacja opada szybciej, niż się spodziewałem. Nie było komu wysłać wiadomości. Nie było czyjegoś głosu, który zapytałby, czy jestem zadowolony. Zostałem sam z przedmiotem, który miał coś znaczyć, a już zaczynał milczeć.

Wstyd pojawił się nieśmiało

Mieszkanie przywitało mnie ciszą, która tym razem nie była ulgą. Zamknąłem drzwi ostrożnie, jakby ktoś mógł być po drugiej stronie i nie chciałem go spłoszyć. Odstawiłem torbę na stół i przez chwilę stałem bez ruchu, słuchając własnego oddechu. Wyjąłem pudełko i położyłem je na półce w przedpokoju. Nie otworzyłem go od razu. Zamiast tego zdjąłem buty, zapaliłem światło w salonie i usiadłem na kanapie. Pomyślałem, że zaraz wrócę do zegarka, że to tylko kwestia chwili. Ta chwila jednak się przeciągała. Spojrzałem na telefon. Żadnych nieodebranych połączeń, żadnych wiadomości. Przez moment przyszło mi do głowy, żeby do kogoś napisać, ale nie potrafiłem określić, do kogo ani po co. „Kupiłem sobie zegarek” — brzmiało banalnie. „Jestem dziś zmęczony” — jeszcze gorzej. Przypomniała mi się Lena, siedząca przy kuchennym stole, z dłońmi splecionymi na kubku herbaty.

– Ty zawsze jesteś obok – powiedziała wtedy cicho. – Nigdy naprawdę ze mną.

Wtedy wzruszyłem ramionami. Uznałem, że przesadza. Teraz to zdanie wróciło z nieprzyjemną wyrazistością. Próbowałem sobie wytłumaczyć, że każdy ma prawo do własnej przestrzeni, że nie można ciągle czegoś od siebie chcieć. Te argumenty kiedyś działały. Tego wieczoru brzmiały jak wyuczone formułki. Wstałem i w końcu otworzyłem pudełko. Zegarek leżał nienaruszony, z folią ochronną na szkiełku. Wziąłem go do ręki, ale nie założyłem. Odłożyłem z powrotem, jakby był czymś zbyt ciężkim, choć przecież ważył niewiele. Usiadłem ponownie i pozwoliłem myślom płynąć tam, gdzie zwykle im nie pozwalałem. Dotarło do mnie, że przez lata konsekwentnie wybierałem wygodę braku rozmów. Że unikałem pytań, które mogłyby mnie odsłonić. Wstyd pojawił się nieśmiało, zaraz obok żalu, którego nie umiałem jeszcze nazwać. Cisza nie była już neutralna. Stała się świadkiem wszystkiego, czego nie powiedziałem.

Nie chodziło o zegarek

Wstałem z kanapy i podszedłem do okna. Na dole ktoś śmiał się głośno, ktoś inny rozmawiał przez telefon, gestykulując nerwowo. Życie toczyło się dalej, jakby mój dzień w ogóle nie wymagał domknięcia. I wtedy dotarło do mnie, że cały ten wysiłek — praca, nagroda, perfekcyjnie zaplanowany zakup — był próbą nadania znaczenia czemuś, co miało pozostać niewypowiedziane.

– Jak minął ci dzień? – powiedziałem nagle na głos.

Słowa zawisły w powietrzu niezręcznie, jak obcy przedmiot. Uśmiechnąłem się krzywo do własnego odbicia w szybie. To było to pytanie. Proste, zwyczajne, takie, które przez lata bagatelizowałem. Przypomniałem sobie Lenę z ostatniej naszej rozmowy. Stała w drzwiach, już w płaszczu.

– Paweł, ja nie potrzebuję wielkich deklaracji – powiedziała wtedy. – Chcę tylko wiedzieć, co w tobie siedzi, kiedy wracasz do domu.

– Wszystko jest w porządku – odpowiedziałem automatycznie, nawet wtedy nie podnosząc wzroku.

Teraz poczułem, jak to „w porządku” rozpada się na kawałki. Uświadomiłem sobie, że nikt nigdy nie odbierał mi bliskości. To ja konsekwentnie ją odkładałem, jak ten zegarek — na później, na kiedyś, na moment, który miał nadejść sam. Usiadłem przy stole i spojrzałem na pudełko jeszcze raz.

– To miało coś zmienić – mruknąłem do siebie. – Miałeś się z tego cieszyć.

Odpowiedziała mi cisza, ale tym razem była inna. Nie dawała już komfortu. Była niewygodna, domagała się uwagi. Zrozumiałem, że tak naprawdę nie chodziło o zegarek, tylko o to, by ktoś zauważył mój wysiłek i zapytał bez pośpiechu, jak naprawdę minął mi dzień. I żeby chciał zostać, by wysłuchać odpowiedzi. Po raz pierwszy nie próbowałem tego uczucia zagłuszyć. Pozwoliłem mu być.

Coś się we mnie uspokoiło

Otworzyłem szufladę w przedpokoju i włożyłem do niej pudełko z zegarkiem. Bez ceremonii. Bez tej dumy, z którą wcześniej wyobrażałem sobie ten moment. Zasunąłem szufladę powoli, jakby to był gest bardziej znaczący niż sam zakup. Usiadłem przy stole i wziąłem telefon do ręki. Przez chwilę tylko na niego patrzyłem. W głowie pojawiły się gotowe wymówki. Że jest późno, że to nie ma sensu, że i tak nie umiałbym mówić o takich rzeczach. Tym razem ich nie posłuchałem. Wybrałem numer Leny. Po drugim sygnale odebrała.

– Paweł? – Jej głos był zaskoczony, ale spokojny. – Coś się stało?

– Nie – odpowiedziałem po chwili. – Właśnie… nic się nie stało. I chyba o to chodzi.

Zapadła krótka cisza, ale nie była niezręczna.

Jak minął ci dzień? – zapytała w końcu.

To pytanie uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałem. Oparłem się o krzesło i wypuściłem powietrze.

– Długo – powiedziałem szczerze. – I samotnie. Dopiero teraz to widzę.

Nie próbowałem się tłumaczyć ani usprawiedliwiać. Mówiłem wolno, nieporadnie, czasem się zatrzymywałem. Lena słuchała. Nie przerywała. To wystarczyło, żeby coś się we mnie uspokoiło. Kiedy skończyliśmy rozmowę, nie miałem poczucia, że wszystko się naprawiło. Ale wiedziałem jedno, że pierwszy raz od dawna nie uciekłem. Zegarek został w szufladzie, już nie jako symbol porażki, tylko przypomnienie, że rzeczy nie zastąpią obecności. Tego wieczoru położyłem się spać bez poczucia kontroli, za to z nieznanym wcześniej spokojem. Samotność przestała być nagrodą. Stała się sygnałem, że czas nauczyć się być z kimś — nawet jeśli pierwszy krok jest trudny.

Paweł, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama