Reklama

Przez lata traktowałem Dzień Singla jak prywatny kabaret. Jedna data w roku, kiedy mogłem bezkarnie kpić z uczuć, bliskości i całej tej nieporęcznej potrzeby bycia z kimś. Śmiałem się głośno, czasem zbyt głośno, jakby od natężenia ironii zależało, czy ktoś uwierzy w moją wersję historii. Tego wieczoru po raz pierwszy nikt nie patrzył. I właśnie wtedy coś zaczęło pękać.

Czułem się jakoś dziwnie

Ten wieczór miał wyglądać dokładnie tak samo jak wszystkie poprzednie. Wracałem z pracy z poczuciem przyjemnej przewidywalności, które zawsze towarzyszyło mi 15 lutego. W drodze do domu w myślach układałem zdanie, które za kilka godzin miało trafić do sieci. Coś lekkiego, z dystansem, najlepiej z puentą. Takiego, które zbierze reakcje i komentarze, a przy okazji potwierdzi, że mam do siebie luz. W mieszkaniu było cicho, ale to akurat znałem na pamięć. Odłożyłem kurtkę, zapaliłem lampkę nad stołem i usiadłem z telefonem w dłoni. Otworzyłem notatki. Palce same zaczęły stukać w ekran, jakby pamiętały schemat lepiej ode mnie. Przez chwilę nawet się uśmiechnąłem. Ten rytuał zawsze działał. Wcześniej też bywały gorsze dni, ale wystarczyło kilka żartobliwych linijek, żeby ktoś odpisał, ktoś inny dorzucił emotkę, a jeszcze ktoś zapytał, czy nie chcę wpaść na kolację.

Wmawiałem sobie, że to tylko zabawa. Że ironia jest moim świadomym wyborem, a dystans emocjonalny formą higieny. Patrzyłem na ludzi, którzy wchodzili w związki, a potem z nich wychodzili poobijani, i czułem ulgę, że mnie to nie dotyczy. Tak przynajmniej mówiłem. Prawda była wygodniejsza w wersji uproszczonej. Przypomniałem sobie poprzedni rok. Siedziałem wtedy z Tomkiem w barze, a on śmiał się, że powinienem zrobić z tego święta markę osobistą. Później wrzuciłem post i przez cały wieczór telefon nie milkł. Każda reakcja była jak drobne potwierdzenie, że istnieję w czyjejś uwadze. Nie potrzebowałem więcej.

Tym razem jednak coś się nie zgadzało. Minęła godzina, a ja wciąż nie nacisnąłem „opublikuj”. Zamiast tego zerkałem na ekran główny, jakby miał sam z siebie coś zrobić. Telefon leżał cicho. Zbyt cicho. Poczułem niepokój, który nie miał jeszcze kształtu, ale był wyraźny, jak ucisk pod żebrami. Odsunąłem go od siebie, wstałem, przeszedłem się po mieszkaniu. Przecież nic się nie stało. A jednak po raz pierwszy mój rytuał nie przynosił ulgi.

Serce zabiło mi szybciej

Usiadłem z powrotem na kanapie i odruchowo odblokowałem telefon. Aplikacje świeciły kolorami, jakby nic się nie zmieniło. Przewinąłem ekran. Zdjęcie Tomka i jego partnerki wyskoczyło niemal od razu. Oboje w kurtkach, policzki przytulone do siebie, podpis krótki, zrozumiały tylko dla nich. Zawahałem się, ale napisałem: „Widzę, że świętujecie”. Odpowiedź przyszła po kilku minutach. „Tak wyszło. Spontan. U ciebie wszystko okej?” Zatrzymałem kciuk nad klawiaturą. Przez lata odpowiedź była gotowa, wyuczona. „Jak zawsze. Dzień Singla, wiesz”. Wysłałem. Trzy kropki pojawiły się i zniknęły. Minęła chwila. „Jasne. Musimy się kiedyś zgadać, dawno się nie widzieliśmy”.

Kiedyś. To słowo zawisło nade mną dłużej, niż powinno. Pamiętałem czasy, gdy Tomek dzwonił bez zapowiedzi, wpadał z piwem i siadał na podłodze, bo nie chciało nam się rozkładać krzeseł. Teraz wszystko było „do ustalenia”, „jak znajdziemy termin”. Odłożyłem telefon i wróciłem do przeglądania. Kolejne zdjęcia, kolejne drobne dialogi zapisane pod postami innych ludzi. Ich żarty, ich odniesienia. Poczułem się jak ktoś stojący pod drzwiami, przez które słychać śmiech, ale nikt nie otwiera. Telefon zawibrował. Serce zabiło mi szybciej, zanim zdążyłem to skontrolować.

To było tylko powiadomienie z pracy. Wiadomość od Magdy, wysłana kilka godzin wcześniej, teraz dopiero odczytana przeze mnie: „Paweł, jesteś dziś jakiś cichy. Wszystko w porządku?” Przez moment chciałem odpisać automatycznie, jednym zdaniem, które zamknie temat. Zamiast tego napisałem: „Sam nie wiem”. Patrzyłem na te słowa, jakby nie były moje. Magda odpisała szybko: „To brzmi jak coś więcej”. Przełknąłem ślinę. W głowie pojawiło się pytanie, którego wcześniej nie dopuszczałem. Kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie naprawdę, a nie z grzeczności?

Zanim zdążyłem to przemyśleć, telefon znów zawibrował. Tym razem Tomek: „Stary, serio, jakbyś chciał pogadać, to daj znać”. Czy chciałem? Zawsze powtarzałem, że nie potrzebuję. Teraz jednak cisza wokół była tak wyraźna, że aż bolała. Spojrzałem na ekran, potem na odbicie w czarnym oknie. Po raz pierwszy pomyślałem, że może przestałem być czyimś pierwszym wyborem dużo wcześniej, tylko udawałem, że to mnie bawi.

Byłem zmęczony udawaniem

Telefon znów miałem w dłoni. Ekran świecił znajomym interfejsem, a kursor mrugał w pustym polu, jakby mnie poganiał. Wystarczyło jedno zdanie. Jedno kliknięcie. Tyle razy robiłem to wcześniej, że powinienem móc napisać taki post z zamkniętymi oczami. Napisałem: „Dzień Singla. Święto ludzi, którzy nie muszą z nikim uzgadniać, kto trzyma pilota”.

Przeczytałem. Skasowałem. Spróbowałem jeszcze raz. Coś o wolności, o świętym spokoju, o tym, że łóżko należy tylko do mnie. Każde zdanie brzmiało jak kopia kopii. Jak cudzy żart opowiedziany za późno. Odłożyłem telefon na stolik, ale po kilku sekundach znów po niego sięgnąłem. Jakby sam fakt trzymania go dawał złudzenie, że nie jestem sam. W mojej głowie pojawiła się Klara. Zupełnie nieproszona. Zobaczyłem ją tak wyraźnie, jakby siedziała naprzeciwko mnie, przy tym samym stole, przy którym kiedyś planowaliśmy wyjazd, którego nigdy nie było.

– Ty zawsze masz plan B – powiedziała wtedy cicho. – A ja chcę być planem A.

Pamiętałem, jak wzruszyłem ramionami.

– Przesadzasz. Po prostu lubię mieć przestrzeń.

– Przestrzeń czy wyjście ewakuacyjne? – zapytała, patrząc na mnie uważniej, niż mogłem znieść.

Wtedy zaśmiałem się krótko, obronnie.

– Robisz z tego coś większego, niż jest.

Teraz to zdanie wróciło do mnie z całą swoją pustką. Może faktycznie robiła coś większego, bo widziała więcej. Ja zawsze wychodziłem pierwszy. Z relacji, z rozmów, z tematów, które robiły się zbyt bliskie. Odcinałem się, zanim ktoś zdążył mnie zranić, a potem mówiłem sobie, że to był wybór. Telefon zawibrował. Wiadomość od Magdy: „Nie wrzuciłeś nic dzisiaj. To do ciebie niepodobne”. Westchnąłem i odpisałem bez zastanowienia: „Chyba mi się znudziło udawanie, że to zabawne”. Odpowiedź przyszła niemal od razu: „A co jest pod spodem?”

Patrzyłem na to pytanie dłużej, niż było trzeba. Poczułem zmęczenie, takie nie w ciele, tylko gdzieś głębiej. Odpisałem powoli: „Chyba strach, że jak przestanę żartować, to zostanie tylko cisza”. Tym razem Magda nie odpisała od razu. A ja po raz pierwszy tego wieczoru nie bałem się tej przerwy. Odłożyłem telefon na dobre. Post nie powstał. I nagle dotarło do mnie, że to nie brak reakcji ludzi był najgorszy. Najgorsze było to, że ja sam przestałem wierzyć w swoją historię.

Jej słowa trafiły w sedno

Telefon leżał obok mnie ekranem do dołu. Przez kilka minut nie ruszałem się wcale, jakby najmniejszy ruch mógł spłoszyć to nowe, kruche uczucie szczerości wobec samego siebie. W końcu zawibrował. Podniosłem go bez pośpiechu. To była Magda. „Mogę zadzwonić?” – napisała. „Jeśli nie, to też okej”. Przez chwilę chciałem odpisać, że nie trzeba, że dam sobie radę. Zamiast tego wcisnąłem „zadzwoń”.

– Hej – odezwała się po drugiej stronie, spokojnie, bez tej zawodowej nuty, którą miała w pracy. – Nie przeszkadzam?

– Nie – odpowiedziałem po krótkiej pauzie. – W sumie… dobrze, że dzwonisz.

Przez moment żadne z nas się nie odzywało. Cisza nie była niezręczna. Raczej uważna.

– Wiesz – zaczęła w końcu – nie pytam, żeby cię naprawiać. Po prostu mam wrażenie, że dziś pierwszy raz nie chowasz się za żartem.

Uśmiechnąłem się krzywo, choć nie mogła tego zobaczyć.

– To zabawne, bo ja całe lata myślałem, że świetnie się za nim chronię.

– Chronisz – odpowiedziała bez wahania. – Tylko że przy okazji nikogo nie wpuszczasz.

Oparłem głowę o ścianę. Te słowa trafiły dokładnie tam, gdzie powinny.

– Zawsze mówiłem, że lubię być sam – powiedziałem ciszej. – Że to mój wybór.

– A jest? – zapytała łagodnie.

Nie odpowiedziałem od razu. Szukałem w sobie ironii, dystansu, czegokolwiek znajomego. Nie znalazłem.

– Chyba bardziej bałem się, że jak się przywiążę, to ktoś zobaczy, ile mam w sobie chaosu – przyznałem. – I odejdzie.

– A tak odchodziłeś pierwszy – dopowiedziała.

Zamknąłem oczy. Dokładnie tak.

– Dziś nic nie wrzuciłem – powiedziałem po chwili. – I pierwszy raz czuję, że to było uczciwe.

– To dużo – odparła. – Uczciwość wobec siebie jest trudniejsza niż wobec innych.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Bez rad, bez podnoszenia na duchu. Kiedy się rozłączyliśmy, mieszkanie znów było ciche, ale ta cisza nie dusiła. Zostawiła miejsce na myśl, że może nie chodzi o to, by natychmiast coś zmieniać. Może wystarczyło przestać udawać.

Wcale nie było mi dobrze

Po rozmowie z Magdą nie zrobiłem już niczego, co nadawałoby się na podsumowanie dnia. Nie było decyzji, postanowień ani nagłych planów. Usiadłem przy oknie i patrzyłem na światła w sąsiednich mieszkaniach. Każde z nich było czyjąś historią, do której nie miałem dostępu. Przez lata mówiłem, że to mi wystarcza. Telefon leżał obok, milczący. I po raz pierwszy nie miałem ochoty sprawdzać, czy ktoś do mnie napisał. Pomyślałem o Klarze, ale bez tego ścisku w żołądku, który zwykle towarzyszył temu wspomnieniu. Raczej jak o kimś, przy kim byłem bliżej siebie, zanim nauczyłem się uciekać. Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek się odezwę. Wiedziałem tylko, że nie chcę już opowiadać sobie historii, w której to ja wszystko kontroluję.

Zrozumiałem, że Dzień Singla nigdy nie był świętem. Był parawanem. Sposobem, żeby głośnym śmiechem przykryć pytanie, którego bałem się najbardziej. Dlaczego tak bardzo nie chcę, żeby ktoś mnie naprawdę zobaczył? Tego wieczoru nie znalazłem odpowiedzi, ale przestałem ją zagłuszać. Cisza, która została, była inna niż ta na początku. Nie domagała się reakcji, nie prowokowała żartu. Była uczciwa. A ja pierwszy raz od dawna nie musiałem udowadniać, że wszystko jest w porządku. Wystarczyło przyznać przed samym sobą, że nie jest. I że to też może być początek, nawet jeśli jeszcze nie wiem czego.

Paweł, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama