„W Dzień Singla wmawiałam sobie, że życie w pojedynkę to same plusy. Teraz rozumiem, że nigdy nie byłam samotna z wyboru”
„Gdy z witryn znikały czerwone serca, a media przestawały krzyczeć o wielkiej miłości, mogłam znów oddychać. Tego ranka siedziałam przy kuchennym stole z kubkiem kawy i napisałam w sieci, że bycie singielką to mój świadomy wybór. Brzmiałam pewnie, niemal triumfalnie. Tylko ja wiedziałam, że pod tą pewnością pulsowało coś znacznie mniej wygodnego".

- Redakcja
Piętnasty lutego zawsze dawał mi dziwną ulgę. Gdy z witryn znikały czerwone serca, a media przestawały krzyczeć o wielkiej miłości, mogłam znów oddychać. Tego ranka siedziałam przy kuchennym stole z kubkiem kawy i napisałam w sieci, że bycie singielką to mój świadomy wybór. Brzmiałam pewnie, niemal triumfalnie. Tylko ja wiedziałam, że pod tą pewnością pulsowało coś znacznie mniej wygodnego.
Lubię swoje życie takim, jakie jest
Telefon nie przestawał wibrować. Leżał obok talerza z niedojedzonym tostem i co chwilę rozświetlał ekran kolejnym powiadomieniem. „Brawo za odwagę!”, „Tak trzymaj!”, „Facet to nie wszystko!” – czytałam komentarze i czułam, jak rośnie we mnie coś na kształt satysfakcji. Jakbym właśnie wygrała debatę, w której nikt poza mną nie brał udziału. W pracy kilka osób zagadnęło mnie o wpis.
– Widziałem twój post – rzucił Patryk przy ekspresie do kawy. – Odważnie.
– Stwierdziłam tylko fakt – odpowiedziałam lekko. – Lubię swoje życie takim, jakie jest.
Patrzył na mnie chwilę dłużej, niż było to potrzebne.
– A gdyby ktoś chciał być jego częścią? – zapytał półżartem.
Uniosłam brew.
– Musiałby się bardzo postarać. I przejść selekcję – odparłam, udając rozbawienie.
Pamiętałam, jak kilka miesięcy wcześniej zaprosił mnie na kolację. Odpowiedziałam wtedy, że nie mieszam pracy z prywatnością. Widziałam w jego oczach rozczarowanie, ale szybko je ukrył. Wmawiałam sobie, że zrobiłam słusznie. Im mniej oczekiwań, tym mniej komplikacji. Po południu zadzwoniła Iga.
– Ty naprawdę wierzysz w to, co napisałaś? Że nikt ci nie jest do szczęścia potrzebny? – zapytała bez przywitania.
– Oczywiście – odpowiedziałam zbyt szybko.
– Marta, od dwóch lat powtarzasz, że to był twój wybór. Ale za każdym razem, gdy ktoś wspomina Damiana, zmieniasz temat.
Zacisnęłam palce na telefonie.
– Bo nie ma o czym mówić. To przeszłość.
– Skoro tak, to czemu wciąż musisz podkreślać, że jesteś „szczęśliwa”?
Nie odpowiedziałam. W głowie zabrzmiało jego imię, choć nikt go nie wypowiedział. Damian. Dwa lata temu to ja powiedziałam, że nie chcę kompromisów, że potrzebuję przestrzeni, że nie zamierzam podporządkowywać życia cudzym planom. Brzmiałam wtedy rozsądnie. Nawet dojrzale. Tylko że dziś, patrząc na ekran pełen pochwał, poczułam krótkie ukłucie. Jakby te wszystkie gratulacje były oparte na czymś, co nie do końca było prawdą.
– Dobrze mi samej – powiedziałam w końcu ciszej.
– Jeśli naprawdę tak jest, to nie musisz nikogo o tym przekonywać – odpowiedziała Iga spokojnie.
Rozłączyłam się i przez chwilę patrzyłam w sufit. W pracy byłam pewna siebie, w sieci ironiczna i błyskotliwa. Ale gdy zostawałam sama, w ciszy mieszkania, pojawiała się myśl, której nie chciałam dopuszczać: a jeśli ta niezależność to tylko tarcza? Wieczorem jeszcze raz przeczytałam swój poranny post. Każde słowo brzmiało jak deklaracja siły. A jednak między wierszami widziałam napięcie. Jakbym próbowała coś udowodnić – nie światu, tylko sobie. Odłożyłam telefon i spojrzałam na pustą kanapę naprzeciwko. Przez moment wyobraziłam sobie, że ktoś tam siedzi. Szybko odepchnęłam ten obraz. Samotność była moim wyborem. Powtarzałam to jak mantrę. Tylko dlaczego musiałam ją powtarzać tak często?
Nie da się budować czegoś samemu
Do tej kawiarni chodziłam od lat. Lubiłam zapach świeżo mielonej kawy i cichy szum rozmów w tle. Dopiero gdy stanęłam w kolejce, dotarło do mnie, że to przecież było kiedyś nasze miejsce. Miejsce, w którym Damian zawsze zamawiał to samo, a ja udawałam, że kradnę mu piankę z filiżanki.
– Marta?
Odwróciłam się. Stał za mną, w granatowym płaszczu, z tym samym spokojnym spojrzeniem. Przez sekundę miałam wrażenie, że czas się cofnął.
– Cześć – odpowiedziałam, zaskakująco pewnym głosem.
Przesunęliśmy się do boku, robiąc miejsce kolejnym osobom.
– Dawno się nie widzieliśmy – powiedział.
– To prawda. Dwa lata? – uśmiechnęłam się lekko.
– Prawie – skinął głową.
Zapadła niezręczna cisza. Obserwowałam go uważnie. Wydawał się spokojny. Ułożony.
– Co u ciebie? – zapytał.
– Dużo pracy. Kilka projektów za granicą. Wiesz, tempo – odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
– Zawsze byłaś ambitna.
To zdanie zabrzmiało jak wspomnienie, nie komplement.
Zawahał się przez chwilę.
– Ja… właściwie zaręczyłem się wczoraj.
Serce zaczęło mi bić szybciej, ale twarz pozostała nieruchoma.
– Wczoraj? – powtórzyłam, jakby to była zwykła informacja. – Czyli walentynki były udane.
Uśmiechnął się lekko.
– Tak. Były ważne.
– Gratuluję – powiedziałam, zbyt entuzjastycznie. – Naprawdę się cieszę.
Spojrzał na mnie badawczo.
– Dziękuję. To dobra osoba. Zawsze jest przy mnie.
Te słowa uderzyło mnie najmocniej. Obecna. Ja zawsze byłam gdzieś obok. W pracy, w planach, w przyszłości, która nigdy nie miała konkretnego kształtu.
– Zasługujesz na szczęście – dodałam ciszej.
– Ty też, Marta.
W jego głosie nie było złośliwości ani triumfu. Raczej coś na kształt łagodnej troski. Jakby wciąż życzył mi dobrze, mimo że to ja dwa lata temu zamknęłam drzwi.
– Długo walczyłem, wiesz? – powiedział nagle. – Ale w pewnym momencie zrozumiałem, że nie da się budować czegoś samemu.
Zamarłam.
– Nie budowałeś sam – zaprotestowałam odruchowo.
Spojrzał na mnie spokojnie.
– Czasem miałem wrażenie, że tak.
Nie odpowiedziałam. Wspomnienia wróciły z całą ostrością: jego pytania o wspólne mieszkanie, moje żarty o utracie wolności, jego próby rozmów i moje unikanie tematu. Ktoś wywołał jego imię. Odwrócił się, a potem znów spojrzał na mnie.
– Dbaj o siebie, Marta.
– Ty też.
Patrzyłam, jak wychodzi. Dopiero gdy drzwi się zamknęły, poczułam, że dłonie mi drżą. Usiadłam przy stoliku, ale kawa wystygła, zanim zdążyłam jej spróbować. Jego słowa krążyły w mojej głowie jak echo. Czy ja kiedykolwiek byłam naprawdę obecna w naszym związku? Czy raczej stałam jedną nogą przy wyjściu, gotowa odejść, zanim zrobi się zbyt poważnie? Po raz pierwszy od dawna nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie bez ironii.
Nie byłam singielką z wyboru
Wyszłam z kawiarni szybkim krokiem, jakbym mogła zgubić własne myśli. Powietrze było chłodne, a ja czułam, jak coś ściska mnie w środku. Nasza rozmowa wracała do mnie uparcie. Przy przejściu dla pieszych zatrzymałam się i nagle zobaczyłam nas sprzed trzech lat. Siedzieliśmy przy moim stole, rozłożone katalogi mieszkań, notatki, kalkulator.
– Nie chodzi o kredyt, Marta – mówił wtedy spokojnie Damian. – Chodzi o to, żebyśmy zaczęli planować wspólnie.
– Planować? – prychnęłam. – A jeśli za rok będę chciała wyjechać? Albo zmienić pracę? Mam się do czegoś przywiązywać?
– Do mnie – odpowiedział cicho.
Zbyłam to żartem. Pamiętam jego spojrzenie – nie złość, nie pretensja, raczej zmęczenie. Wtedy uznałam, że dramatyzuje. Teraz szłam chodnikiem i czułam, jak ta scena wraca z bolesną wyrazistością. On nie chciał mnie ograniczać. Chciał być częścią mojego życia. A ja traktowałam to jak zagrożenie. W domu rzuciłam torebkę na krzesło i oparłam się o drzwi. Cisza była ogłuszająca. Otworzyłam laptopa i bezwiednie zaczęłam przeglądać stare zdjęcia. Uśmiechnięci na wakacjach. W kuchni, z mąką na blacie. Na kanapie, kiedy czytał książkę, a ja udawałam, że go nie obserwuję. Zatrzymałam się przy jednym zdjęciu. Patrzył na mnie z czymś, co wtedy brałam za oczywistość. Teraz widziałam w tym cierpliwość.
– Dlaczego ja zawsze uciekam? – wyszeptałam do pustego pokoju.
Odpowiedzią była cisza, ale w głowie zaczęły układać się fakty. Po Damianie był Patryk, potem ktoś poznany przez znajomych, później krótka relacja, która zakończyła się, gdy tylko padło pytanie: „A co dalej?”. Za każdym razem powtarzałam, że to nie to, że nie czuję wystarczająco dużo, że potrzebuję wolności. Tylko czy to była wolność?
Usiadłam na podłodze, opierając plecy o kanapę. Po policzkach popłynęły łzy, których nie próbowałam powstrzymywać. Nie płakałam dlatego, że Damian się zaręczył. Płakałam, bo zrozumiałam, że przez dwa lata opowiadałam sobie wygodną historię. To ja odeszłam. To ja zamknęłam drzwi, zanim zdążyło stać się naprawdę poważnie. Wmawiałam sobie, że jestem ponad potrzebę bliskości, że kompromisy to słabość. A prawda była prostsza i mniej wygodna – bałam się, że jeśli się zaangażuję, kiedyś zostanę zraniona.
Wzięłam telefon i odruchowo weszłam na swój profil. Mój poranny wpis wciąż zbierał kolejne reakcje. „Szczęśliwa singielka z wyboru”. Czytałam te słowa i czułam, jak coś we mnie pęka. Nie byłam singielką z wyboru. Byłam singielką z obawy przed utratą kontroli. I po raz pierwszy ta myśl nie była oskarżeniem wobec świata, tylko wobec mnie samej.
Teraz…przestanę udawać
Nie chciałam być sama z tymi myślami, więc napisałam do Igi krótką wiadomość: „Masz chwilę?”. Odpisała niemal od razu. Godzinę później siedziałam u niej na kanapie, z herbatą, której nawet nie tknęłam.
– Spotkałam dziś Damiana – zaczęłam bez wstępów.
Iga odstawiła kubek.
– I?
– Zaręczył się. Wczoraj.
Nie zrobiła wielkich oczu, nie powiedziała „a nie mówiłam”. Po prostu patrzyła na mnie uważnie.
– Co poczułaś?
– Nic – odpowiedziałam automatycznie, po czym prychnęłam. – To znaczy… wszystko.
Zamilkłam na chwilę, zbierając myśli.
– Powiedział, że jego narzeczona jest przy nim.
Iga uniosła lekko brwi.
– I wiesz co? – dodałam. – Zabolało mnie nie to, że się zaręczył. Zabolało mnie to, że ja taka nie byłam.
Cisza między nami była gęsta.
– Marta, ty zawsze byłaś jedną nogą poza związkiem – powiedziała w końcu łagodnie. – Nawet gdy z nim byłaś, mówiłaś: „Zobaczymy, jak będzie”. Nigdy: „Chcę, żeby tak było”.
Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle.
– Bałam się – przyznałam cicho. – Jeśli nie planujesz, nie możesz się rozczarować.
– A czy on cię kiedykolwiek zawiódł?
– Nie.
– To przed czym uciekałaś? – dopytała.
– Przed tym, że kiedyś może odejść. Więc wolałam odejść pierwsza.
Iga pokręciła głową.
– To nie jest niezależność, Marta. To mechanizm obronny.
Łzy napłynęły mi do oczu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałam przy kimś tak otwarcie.
– Wmawiałam sobie, że jestem silna – wyszeptałam. – A tak naprawdę byłam przerażona.
Iga przysunęła się bliżej.
– Siła nie polega na tym, że nikogo nie potrzebujesz. Polega na tym, że potrafisz przyznać, że potrzebujesz – powiedziała spokojnie.
Te słowa trafiły w samo sedno. Przez dwa lata budowałam wizerunek kobiety, która wybiera samotność, bo tak chce. Publikowałam ironiczne komentarze, żartowałam z romantycznych świąt, zbywałam pytania o życie prywatne. A dziś pierwszy raz powiedziałam na głos, że to nie był wybór.
– I co teraz? – zapytała Iga.
Spojrzałam w okno. Ulica była spokojna, zwyczajna.
– Teraz… przestanę udawać – odpowiedziałam powoli. – Nie będę pisać do niego. To już zamknięte. Ale przestanę opowiadać sobie, że wszystko było idealnie z mojej strony.
Iga uśmiechnęła się lekko.
– To dobry początek.
Wróciłam do domu późnym wieczorem. Otworzyłam swój profil i jeszcze raz przeczytałam poranny wpis. Tym razem zobaczyłam w nim napięcie, którego wcześniej nie chciałam dostrzec. Bez większej ceremonii usunęłam go. Poczułam dziwną ulgę. Nie dlatego, że nagle przestałam być sama. Byłam. Ale po raz pierwszy nie musiałam tej samotności bronić ani jej gloryfikować. Piętnasty lutego przestał być dniem ironii. Stał się dniem, w którym przestałam uciekać przed prawdą o sobie. Nie wiedziałam, kiedy znów kogoś wpuszczę do swojego życia. Wiedziałam tylko, że następnym razem spróbuję być naprawdę obecna.
Marta, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że w walentynki mi się oświadczy, a on miał dla mnie inną niespodziankę. Niestety to nie był okazały diament”
- „W walentynkowy wieczór odkryłam brudny sekret męża. Gdy zobaczyłam, co robi w łazience, nie miałam już złudzeń”
- „Poszłam na randkę w ciemno, ale znaliśmy się nie tylko z widzenia. Serce pragnęło, ale ja bałam się powtórki z rozrywki”