„W ferie nici z wyjazdu w góry, bo mąż ma ważniejsze rzeczy na głowie. Zostają nam sanki i lepienie bałwana pod oknem”
„Mąż pracuje zdanie, to znaczy siedzi zamknięty w gabinecie, z telefonem przy uchu i laptopem na biurku. Czasem coś pokrzykuje, czasem się śmieje. Z kolegą z pracy? Z koleżanką? Nie wiem. Wiem jedno – jego tu nie ma”.

- Redakcja
Mam na imię Kasia. Mam czterdzieści trzy lata, męża, dwójkę dzieci i serdecznie dość. Dość tej wiecznej gonitwy, dość „ogarniania”, „zarządzania chaosem”, „dźwigania dnia codziennego”, czy jak tam teraz modne jest to nazywać. Marzyłam o feriach. Miał być oddech. Miał być święty spokój. Miał być czas z rodziną. Tymczasem? Dzień w dzień to samo. Poranek – mleko rozlane na blacie, dzieci jęczące, że nie chcą śniadania, że chcą bajkę, że chcą do parku, że im się nudzi. Przedpołudnie – zakupy, bo chleb się skończył, mleka brak, jajka się stłukły. Plac zabaw, zimno, piach wszędzie, jeden płacze, drugi chce do domu. Powrót – zupa, pranie, bajka, znowu krzyk, znowu sprzątanie. Wieczór? Ja padnięta.
A Darek? On „pracuje z domu”. Taa… siedzi zamknięty w gabinecie, z telefonem przy uchu i laptopem na biurku. Czasem coś pokrzykuje, czasem się śmieje. Z kolegą z pracy? Z koleżanką? Nie wiem. Wiem jedno – jego tu nie ma. Mieliśmy jechać w góry, ale nic nie zaplanował , bo niby ma dużo innych spraw do ogarnięcia. A tak naprawdę on odpoczywa. Odpoczywa ode mnie, od dzieci, od codzienności, którą ja dźwigam sama. Dziś rano, kiedy znowu weszłam do kuchni i zobaczyłam jego kubek po kawie radośnie zostawiony na środku blatu, powiedziałam:
– Może byśmy coś razem zaplanowali?
Nie oderwał wzroku od ekranu.
– Nie widzisz, że mam robotę?
Zamknęłam oczy, zacisnęłam szczękę.
– A ja mam co? Urlop w kuchni?
Nie odpowiedział. Wrócił do klikania. A ja wróciłam do zmywania. "Wymarzone" ferie – pomyślałam.
Czy on mnie jeszcze w ogóle widzi?
To był trzeci dzień ferii. Trzeci dzień z dokładnie takim samym planem: śniadanie, ścieranie rozlanych płatków, awantura o za mało mleka, ubieranie dzieci, których nic nie cieszyło, ani bajka, ani park, ani moje zmęczone „chodźcie, coś wymyślimy”. Darek znikał rano do swojego „biura”, jak to nazywał, i zamykał drzwi. Czasem z niego wychodził po coś do picia, czasem tylko po to, żeby rzucić: „Ciszej! Mam spotkanie”. Nie pytał, nie rozmawiał, nie był. Po obiedzie, który jedliśmy sami, a on powiedział, że „zje później”, zapytałam, spokojnie:
– Może chociaż gdzieś wyjdziemy?
Nie odwrócił się nawet. Odpowiedział chłodno:
– Nikt cię tu nie trzyma. Przecież macie wolne.
Zamilkłam na chwilę. Potem usiadłam na kanapie. Dzieci bawiły się w drugim pokoju. Klocki, plastikowe zwierzątka, kłótnie o to, kto ma większy zamek. Siedziałam w ciszy, ale tylko na zewnątrz. W środku kłębiło się wszystko. Weszłam do jego gabinetu, oparłam się o framugę.
– Ostatnio nic cię nie interesuje.
Spojrzał na mnie z irytacją, jakbym go wyrwała z pracy nad losem świata.
– To nieprawda. Widzisz, jaki zarobiony jestem.
– Wymówka na wszystko.
Zacisnął usta, ale nic nie powiedział. A ja poczułam, że mówię do kogoś, kogo już nie ma. Nie było go przy stole, nie było go na spacerach, nie było go w nocy, kiedy mała źle się czuła, a ja wstawałam co dwadzieścia minut. Nie był nawet ciekawy, co robimy przez cały dzień. Jakbyśmy z dziećmi tworzyli osobną planetę, a on był tylko sąsiadem zza ściany. Wróciłam do kuchni. Umyłam kubki po kakao, wstawiłam pranie, przetarłam blat. Każdy ruch był jak automatyczne zadanie do odhaczenia. I wciąż jedno pytanie powracało: czy on mnie jeszcze w ogóle widzi? Czy jestem tylko dodatkiem do dzieci, panią od bajek, jedzenia i przytulania? Kiedy ostatni raz coś razem zaplanowaliśmy? Gdzie my w ogóle jesteśmy? I po co to wszystko ciągnę, skoro ciągnę sama?
Nie chcę już dłużej być samotna
W czwartek nie mówiłam mu, że wychodzę. Ubrałam dzieci, ciepło, po kolei, cierpliwie. Czapki, szaliki, rękawiczki, buty. Zapięłam kurtki, zniosłam sanki. Nie pytał, gdzie idziemy. Wychodząc, słyszałam tylko jego głos przez drzwi — śmiał się z kimś przez telefon. Pomyślałam wtedy: on nawet nie zauważy, że nas nie ma. W parku było pusto. Śnieg lekko topniał, ale dzieci i tak były szczęśliwe. Biegły, śmiały się, rzucały się śnieżkami, a ja udawałam, że wszystko jest dobrze.
Siedziałam na ławce z termosu, który wcześniej zrobiłam dla siebie — kawa, gorąca i mocna. Przez chwilę, może dwie, poczułam, że istnieję. Nie jako matka, nie jako żona, tylko ja. Sama. Zmarznięta, zmęczona, ale wolna. Kiedy wróciliśmy, on już nie rozmawiał. Siedział przy komputerze, udawał skupienie, ale widziałam kątem oka, że mnie obserwuje. Kiedy dzieci pobiegły do swojego pokoju, zapytał:
– I jak było na spacerze?
Z jego ust to pytanie zabrzmiało jak kpina.
Odwróciłam się powoli.
– Jakbyś był z nami, to być wiedział.
Zamknął laptopa, spojrzał na mnie z irytacją.
– Przesadzasz.
– Naprawdę tak uważasz? Że tak wyglądają rodzinne ferie? – nie podnosiłam głosu, ale każde słowo wbijało się jak nóż.
– O losie, znowu te dramaty – jęknął, przewracając oczami.
– Nie dramaty. Nie chcę już dłużej być samotna we własnym domu.
– Bo z tobą nie da się wytrzymać!
Tym razem dzieci to słyszały. Wybiegły z pokoju, patrzyły na nas szeroko otwartymi oczami. Serce mi zamarło. Patrzyły, jak się kłócimy, jak się mijamy, jak coraz mniej przypominamy rodzinę. Odwróciłam się. Poszłam do kuchni, zamknęłam drzwi. Oparłam się o blat i po raz pierwszy od dawna poczułam coś więcej niż tylko zmęczenie. Czułam, że nie jestem już w stanie udawać. Przez tyle czasu tłumiłam wszystko w środku, dla dzieci, dla spokoju, dla pozorów. Ale ten spokój był kłamstwem. A pozory nie chronią nikogo.
Nie wiedzieliśmy już, kim dla siebie jesteśmy
Wieczorem, gdy dzieci już spały zeszłam do kuchni i zaparzyłam herbatę. Usiadłam przy stole i wzięłam telefon do ręki, ale nie wiedziałam, po co. Przesuwałam palcem po ekranie bezmyślnie. Z salonu dobiegał głos Darka. Nie był głośny, ale wyraźny. Kiedyś mówił do mnie takim tonem. Ciepłym. Z zainteresowaniem. Śmiał się teraz cicho, mówił coś, co brzmiało jak komplement. Uśmiechnął się – widziałam to przez uchylone drzwi. Wstałam, podeszłam do framugi i słuchałam. Nie wszystko rozumiałam, słowa były poszarpane, niepełne. Ale wystarczyło mi jedno zdanie:
– Z tobą to przynajmniej można normalnie pogadać.
Zamarłam. To nie był kolega z pracy. To nie była rozmowa o projektach, terminach, klientach. To była rozmowa dwojga ludzi, którzy się słuchają. Którzy się lubią. Którzy są ciekawi siebie nawzajem. A ja? Ja byłam gdzieś poza tym wszystkim. Kiedy skończył, wyszedł z pokoju i zatrzymał się, widząc mnie przy stole.
– Nie śpisz?
– Z kim tak rozmawiasz po nocach? – zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.
Zawahał się. Uśmiechnął się, jakby chciał obrócić wszystko w żart.
– Co ty w ogóle...
– Już dawno cię nie obchodzę, prawda?
Nie odpowiedział od razu. Westchnął, oparł się o futrynę. Unikał mojego wzroku.
– Nie wiem. Może przestaliśmy się rozumieć.
Pokiwałam głową. Tak, przestaliśmy. Nie wiedzieliśmy już, kim dla siebie jesteśmy. Czy jeszcze coś budujemy, czy tylko zasłaniamy gruz słowami „jesteśmy rodziną”. Cisza, która wtedy zapadła, była najgłośniejsza ze wszystkich.
Nie wiedziałam, co dalej
Nie planowałam wychodzić. Po prostu wstałam, włożyłam kurtkę, buty, cicho zamknęłam drzwi. Zostawiłam telefon na półce. Nie chciałam, żeby mnie szukał. Zresztą i tak by nie szukał. Szłam bez celu, mijając opustoszałe ulice. Śnieg topniał pod butami, pachniało wilgocią i ciszą. Nie chciałam płakać. Naprawdę próbowałam. Ale kiedy zapukałam do drzwi Sylwii, wystarczyło jedno jej spojrzenie. Jedno „co się stało?”, żebym się rozpadła.
– Kasia… chodź, usiądź. – Pociągnęła mnie za rękę do kuchni.
Nie mogłam nic powiedzieć przez kilka minut. Tylko siedziałam przy stole, z głową spuszczoną, łzy kapały na rękaw. Sylwia czekała.
– Przez ostatnie miesiące to nie są już tylko gorsze dni – powiedziałam w końcu. – To jakbyśmy znikali. Ja dla niego, on dla mnie. On w ogóle nie widzi, że mnie tam już nie ma.
Sylwia podała mi chusteczkę.
– Próbowałaś z nim rozmawiać?
– Codziennie. Krzyczę do ściany.
Westchnęła.
– I co teraz?
Spojrzałam na nią. Nie wiedziałam. Naprawdę nie wiedziałam, co dalej.
– Może powinnam już odpuścić.
Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że nagle zrobiło się jakoś jaśniej. Jakby ciężar zsunął się z ramion. Może pierwszy raz od dawna dopuściłam do siebie myśl, że mam prawo już nie walczyć. Sylwia siedziała naprzeciwko mnie w ciszy. Nie próbowała pocieszać. Nie mówiła, że wszystko się ułoży. Dobrze, że milczała. Potrzebowałam tego. Wyszłam od niej dopiero nad ranem.
Ty mnie zostawiłeś dawno temu
Wróciłam, kiedy niebo zaczynało się rozjaśniać. Zamknęłam drzwi ostrożnie. W przedpokoju leżała jedna z zabawek, której nikt wieczorem nie posprzątał. Podniosłam ją i postawiłam na półce. Cicho, powoli. Darek był w łazience. Dzieci już nie spały. Siedziały przy stole, jedno z nich rysowało coś kredkami, drugie wpatrywała się w swoje śniadanie, jakby nie miało smaku. Uśmiechnęłam się do nich, chociaż w środku czułam tylko pustkę. Zrobiłam tosty, pokroiłam jabłko, nalałam soku. Usiadłam z nimi i patrzyłam, jak jedzą. Zwykły poranek. Nic szczególnego, a jednak... coś się we mnie zmieniło. Darek wszedł do kuchni nieco później. Wyglądał jak ktoś, kto nie spał całą noc. Zmęczony, przygaszony. Usiadł przy stole, wziął łyk herbaty i powiedział:
– Musimy pogadać.
Odstawiłam kubek, spojrzałam mu prosto w oczy.
– Już wszystko wiem.
– Nie zdradziłem cię – powiedział natychmiast.
– Nie trzeba zdradzać fizycznie. Ty mnie zostawiłeś dawno temu.
Nie odpowiedział. W kuchni zapadła cisza. Nie było kłótni, nie było wybuchów. Tylko to zmęczenie. I chłód, który nie znikał, mimo że kaloryfery grzały. Wiedzieliśmy oboje, że coś się skończyło. Nie było już po co tego przykrywać rozmowami o obowiązkach, feriach, dzieciach.
Nie zamierzam dłużej żyć w iluzji
Dzień minął spokojnie. Dziwnie spokojnie, jakbyśmy oboje bali się wypowiedzieć cokolwiek więcej. Chodziłam po mieszkaniu, robiłam to, co zwykle: pranie, obiad, zakupy. Darek był w domu, ale go nie było. Unikaliśmy siebie. Dzieci nie pytały. Jakby czuły, że coś jest nie tak, i postanowiły przeczekać. Wieczorem usiadłam na łóżku, sama. Spojrzałam na siebie w lustrze. Włosy w nieładzie, oczy zmęczone, cera poszarzała. Nie poznałam tej kobiety. Ale to byłam ja. Ja, która przez lata znosiła wszystko po cichu, z nadzieją, że to tylko etap, że się unormuje, że wrócimy do siebie. Tyle że nie wróciliśmy. I już nie wrócimy.
Zastanawiałam się, co dalej. Czy coś da się jeszcze uratować. Ale nie umiałam odpowiedzieć. Nie miałam siły na kolejną walkę, na kolejne próby zbliżenia się do kogoś, kto już dawno postanowił być obok, nie ze mną. Nie wiedziałam, czy to definitywny koniec. Może jeszcze będziemy rozmawiać, może coś wyjaśnimy. Ale nie będę już udawać, że wszystko jest w porządku. I nie będę dźwigać tego za nas dwoje. Teraz najważniejsze były dzieci. I ja. Moja codzienność, mój oddech, moje decyzje. Może ferie były testem. Przegranym. Ale nie zamierzam dłużej żyć w iluzji. Usiadłam przy stole, wzięłam kartkę i długopis. Napisałam plan dnia na jutro. Dla siebie. Bez jego uwzględniania. Zostawiłam miejsce na spacer, na telefon do Sylwii, na chwilę ciszy przy kawie. Może to dopiero początek. Mój początek.
Katarzyna, 43 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie stać mnie na ferie w górach dla dzieci, więc wzięłam pożyczkę. Ich radość jest dla mnie cenniejsza niż złoto”
- „Gdy ja wyjechałam z dziećmi na ferie, mąż miał pracować. Intuicja mi dobrze podpowiadała, czemu wyłączył telefon”
- „Ferie miały nas zbliżyć, a tylko się kłóciliśmy. Jedno pytanie zadane mężowi sprawiło, że wracaliśmy osobno”