Reklama

Mam czterdzieści dwa lata, od dwunastu jestem mężem Ani, ojcem Kacpra i Leny. Pracuję w korporacji, gdzie codziennie przekonuję innych, że panuję nad sytuacją – choć prawda jest taka, że od lat balansuję na granicy wypalenia i poczucia winy. Często myślę, że powinienem być bardziej obecny, lepszy, bardziej zaangażowany. W pracy jestem perfekcjonistą, nie uznaję kompromisów. W domu próbuję narzucać ten sam rytm. Czasem wydaje mi się, że gdybym na chwilę odpuścił, wszystko by się rozpadło. Może dlatego, zamiast słuchać, co mówi Ania, częściej po prostu notuję w głowie kolejne obowiązki.

Kacper ma dwanaście lat, od kilku miesięcy patrzy na mnie głównie przez ekran telefonu. Lena ma dziesięć, ciągle jej coś nie pasuje, ale i tak jest najbardziej energiczna z nas wszystkich. Ania… cóż, kiedyś lubiła się śmiać, teraz częściej wzdycha i zamyka się z książką. Czuję, że oddalamy się od siebie, a mnie to przeraża.

Dlatego właśnie postanowiłem zrobić coś wielkiego: ferie zimowe, tylko nasza czwórka. Wziąłem wszystko w swoje ręce – trasa, noclegi, atrakcje, kolacje, nawet listę rzeczy do spakowania. Wszystko perfekcyjnie zaplanowane, by nie było miejsca na chaos, rozczarowanie czy kłótnie. Chciałem, żeby to były ferie idealne – nareszcie poczujemy się rodziną. Większość ojców nawet nie wie, gdzie są ich dzieci w weekend. Ja chciałem, żeby moje dzieci zapamiętały te ferie jako coś wyjątkowego. Wierzyłem, że tak się stanie. Może zbyt mocno.

Chciałem dla nich jak najlepiej

Obudziłem się tuż przed siódmą, zanim zadzwonił budzik. Przez chwilę leżałem w ciemności, czując dziwną mieszankę ekscytacji i niepokoju. Planowałem ten dzień od miesięcy – wycieczka w góry, pierwsze śniadanie z widokiem na ośnieżone szczyty. Tak miało się zacząć nasze nowe, lepsze rodzinne życie. Cicho wstałem, żeby nie obudzić wszystkich na raz. Już w kuchni, przy kawie, rozrysowałem w głowie jeszcze raz trasę i atrakcje na dzisiaj. Perfekcja – to było moje słowo-klucz.

Wstawajcie, słońce już wzeszło! – zawołałem, otwierając drzwi do pokoju dzieci.

Lena obróciła się na drugi bok i zawinęła szczelniej w kołdrę.

Tato, jest zimno… – wymamrotała.

Kacper tylko spojrzał na mnie spod półprzymkniętych powiek i sięgnął po telefon.

– Jeszcze pięć minut… – mruknął bez przekonania.

Ania po chwili wyszła z łazienki, otulona szlafrokiem. Spojrzała na mnie z lekkim zmęczeniem.

– Może zrobimy dzisiaj coś spokojniejszego? Dopiero przyjechaliśmy. Dajmy sobie czas – zaproponowała cicho.

– Plan jest planem, kochanie – odpowiedziałem szybciej, niż zamierzałem. – Szkoda marnować dzień, mamy tyle do zobaczenia!

Przy stole na śniadaniu panowała napięta cisza. Lena grzebała widelcem w jajecznicy.

Nie chcę iść w góry. Jest zimno. Po co w ogóle musimy wcześnie wstawać nawet w ferie? – fuknęła.

Kacper nie odrywał wzroku od ekranu. Gdy spytałem, czy spakował kurtkę, odpowiedział beznamiętnie:

– Przecież i tak pewnie będziemy łazić bez sensu. Może lepiej by było, gdybyśmy po prostu posiedzieli dzisiaj w pensjonacie?

Zacisnąłem zęby. Przez chwilę miałem ochotę trzasnąć ręką w stół, ale uśmiechnąłem się sztucznie.

Włożyłem w to tygodnie planowania, nie możemy tego tak po prostu porzucić – podniosłem głos.

Ania spojrzała na mnie z niepokojem, próbując załagodzić sytuację.

– Może po prostu… pójdziemy na krótki spacer, co? – zasugerowała łagodnie.

– Nie, nie po to wszystko organizowałem. Chciałem, żebyśmy spędzili razem czas, naprawdę. Czy wam to zupełnie nie robi różnicy?

Cisza. Patrzyli na mnie, jakbym domagał się rzeczy niemożliwych. W środku już zaczynałem się gotować. „Czy oni naprawdę tego nie widzą? Nie doceniają? A może po prostu mają to gdzieś?” – myślałem, łapiąc się na tym, że wszystko, co zaplanowałem, zaczyna sypać się od samego początku.

Rosła we mnie frustracja

Mijały kolejne dni, a ja miałem coraz większe wrażenie, że tylko mi na czymkolwiek jeszcze zależy. Każdego ranka próbowałem obudzić w nich entuzjazm, nawet drobny uśmiech. W zamian dostawałem coraz dłuższe westchnienia, przewracanie oczami, a czasem po prostu ciszę, która bolała bardziej niż najgorsze słowa.

Po śniadaniu Lena, jak zwykle, zaczęła marudzić.

Ile jeszcze tych nart, tato? Nogi mnie bolą. Chcę do domu.

– Może spróbujesz jeszcze raz, zobaczysz, będzie super! – odpowiedziałem z przesadnym entuzjazmem, choć czułem, że w środku mnie coś się kruszy.

Kacper całe dnie przesiadywał z telefonem, zamknięty w swoim świecie. Kiedy proponowałem mu wspólny spacer, tylko wzruszał ramionami.

Pójdę, jak będę miał ochotę. Teraz nie mam – rzucał krótko.

Wieczorem, po całym dniu zmagań, siadałem do kolacji z poczuciem porażki. Próbowałem jeszcze ratować sytuację.

– A jutro odwiedzimy skansen! Zarezerwowałem przewodnika, będzie fajnie, dowiemy się czegoś nowego. Co wy na to?

Kacper spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Skansen? Serio, tato? Przecież to nuda. Można by po prostu… nie wiem… poleżeć?

Lena nawet nie podniosła głowy znad talerza. Ania delikatnie, jakby nie chciała mnie zranić, odezwała się cicho:

– Może po prostu posiedzimy jutro w domu? Odpoczniemy, pogadamy, obejrzymy film?

Miałem ochotę wybuchnąć, zapytać, po co tu w ogóle przyjechaliśmy, ale ugryzłem się w język. Siedziałem przy stole, udając, że to tylko chwilowy kryzys. Może za chwilę się poprawi. „Czy oni naprawdę chcą zmarnować ten wyjazd? Ja się staram, a oni? Nic. Nawet jednego uśmiechu, jednej iskry wdzięczności” – biłem się z myślami, czując, że jestem coraz bardziej samotny w swoim wysiłku.

W końcu nie wytrzymałem

To był czwarty dzień ferii. Od rana coś wisiało w powietrzu. Lena już przy śniadaniu oświadczyła, że nie ma zamiaru iść na stok. Ania patrzyła na mnie bezradnie, jakby nie chciała znowu wchodzić w ten sam spór. Kacper nawet nie pojawił się na śniadaniu – zamknął się w pokoju, głośno klikając na klawiaturze.

Starałem się zachować spokój. Powtarzałem sobie: „jeszcze tylko dziś, jeszcze tylko jedna atrakcja, może w końcu się przełamią”. Wreszcie dali się przekonać, żeby wyjść. Na stoku Lena wbiła się w śnieg, rzuciła kijki i zaczęła płakać.

– Tato, ja już nie chcę! Jest zimno, boli mnie noga! – łkała, chowając twarz w rękawicach.

Ania podeszła do mnie, wyraźnie zniecierpliwiona.

– Sebastian, może wrócimy do pensjonatu? Widzisz, że Lena ma dość.

– Przecież jeszcze nawet nie zaczęliśmy… – zacząłem, ale widziałem, że nie mam sojuszników. – Kacper, może chociaż ty chcesz pojeździć?

Odpowiedziała mi cisza. Syn nawet nie patrzył w moją stronę. Po powrocie do pensjonatu siedzieliśmy w milczeniu. Na kolacji atmosfera była gęsta jak mgła za oknem. Czułem, jak ciśnienie we mnie rośnie. W końcu nie wytrzymałem. Uderzyłem pięścią w stół.

– Wiecie co?! Może powinniście zorganizować sobie własne ferie! Zobaczymy, jak wtedy będziecie się bawić! – wrzasnąłem, nawet nie próbując się hamować. – Robię wszystko, żebyście mieli fajnie, a wy… zero wdzięczności, tylko narzekanie!

Ania spojrzała na mnie spokojnie, choć w jej oczach widziałem ból.

– Może zamiast planować wszystko jak w zegarku, powinieneś był zapytać, czego my chcemy…

Kacper, bez emocji, ale z wyczuwalnym żalem:

Nie każdy odpoczywa tak jak ty, tato.

Patrzyli na mnie, jakbym był im zupełnie obcy. Czułem, jak wszystko, co budowałem, rozsypuje się w jednej chwili.

Spojrzałem na to z innej strony

Następnego dnia dom w pensjonacie wypełniała gęsta, nieprzyjemna cisza. Lena nie wychodziła ze swojego pokoju, Ania przeglądała książkę, ale nie przesuwała nawet strony. Kacper, jak zwykle, zamknął się ze słuchawkami na uszach. Siedziałem przy stole, gapiąc się w okno, patrząc na śnieg topniejący na parapecie. Po raz pierwszy od dawna nie miałem żadnego planu, żadnej listy do odhaczenia. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.

Wyszedłem na spacer sam, choć jeszcze wczoraj tak bardzo chciałem, żebyśmy poszli razem. Szum śniegu pod butami był jedynym dźwiękiem. W głowie krążyły myśli, których nie umiałem uciszyć. „Może zawsze chodziło o to, żeby po prostu… być razem? Bez planu, bez kontrolowania każdego kroku? Może w tym całym biegu za idealnymi chwilami przeoczyłem to, co najważniejsze? Dlaczego tak bardzo chciałem mieć wpływ na każdy szczegół? Przecież nikt z nich tego nie oczekiwał. Ich niechęć to nie była złośliwość. Oni po prostu chcieli odpocząć”.

Wracając, czułem się mniejszy, słabszy. Próbowałem porozmawiać z Anią. Usiadłem obok niej na kanapie.

Nie chciałem, żeby tak to wyglądało… – zacząłem cicho.

Żona spojrzała na mnie łagodnie, choć w jej oczach widziałem cień rozczarowania.

– Wiem, ale czasem mniej znaczy więcej, Sebastian.

Nie odpowiedziałem. Zrozumiałem, jak bardzo nie zauważałem tego, co oczywiste. Patrzyłem na dzieci zamknięte w swoich pokojach i wiedziałem, że tej pustki nie wypełni żaden plan.

Po prostu odpuściłem

Kolejne dni mijały już bez planów, bez wycieczek, bez wieczornych atrakcji. Pensjonat stał się naszym schronieniem, a jednocześnie miejscem, w którym każdy z nas szukał odrobiny spokoju. Próbowałem jakoś naprawić to, co się wydarzyło, ale wszystko, co robiłem, wydawało się sztuczne, niepotrzebne.

Podszedłem któregoś wieczoru do Kacpra, który leżał na łóżku z telefonem w ręku.

– Hej, może wyskoczymy na spacer? Tylko we dwóch? Albo… może chcesz o czymś pogadać? – zapytałem, starając się, by zabrzmiało to naturalnie.

Kacper nie spojrzał nawet w moją stronę.

Nie musisz się starać, tato. Chciałeś dobrze, wiem, ale to nie zawsze chodzi o ciebie.

Zabolało. Bardziej niż chciałem przyznać. Chciałem go przytulić, powiedzieć, że go rozumiem, ale wiedziałem, że teraz byłoby to tylko pogłębianie dystansu. Próbowałem też rozmawiać z Leną. Przyniosłem jej ulubioną czekoladę.

Chcesz pograć w coś razem? Albo po prostu posiedzieć? – zaproponowałem cicho.

Lena spojrzała na mnie niepewnie, wzruszyła ramionami i wróciła do swojego rysowania.

Zbliżał się koniec ferii. Miałem nadzieję, że jakoś to się wyciszy, ale między nami wciąż wisiało napięcie, którego nie potrafiłem rozładować. Odpuszczałem – nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że nie wiedziałem już, co robić. Przeprosiłem, ale czułem, że to za mało. Relacje zostały nadwyrężone. Coś się skończyło. Może nie na zawsze, ale na pewno nie wróci już do poprzedniej formy. Smutek, gorycz, poczucie porażki. I ta nikła nadzieja, że może w końcu zrozumiałem, czego naprawdę potrzeba mojej rodzinie.

Teraz daję im czas

Patrzę na te kilka ostatnich dni jak na rozdział, który sam sobie napisałem – pełen ambicji, dobrej woli i… ślepoty. Myślałem, że idealny plan, szczegółowo rozpisane atrakcje, perfekcyjna logistyka, to sposób na rodzinne szczęście. Chciałem, żeby dzieci i Ania czuli, że o nich dbam, że są dla mnie najważniejsi. Tak bardzo skupiałem się na działaniu, że przestałem ich słuchać. Nie zauważyłem, kiedy oddalili się ode mnie nie przez złośliwość, ale przez zwyczajne zmęczenie, potrzebę ciszy, swobody.

Wciąż nie wiem, jak odbudować zaufanie. Potrzeba czasu, może kilku rozmów, na które nikt z nas jeszcze nie jest gotowy. Najgorsza jest ta pustka, która zostaje po wypowiedzianych słowach i niewypowiedzianych żalach.

Czasem widzę, jak Lena zerka na mnie ukradkiem, jakby chciała zapytać, czy wciąż się gniewam. Kacper stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie. Ania, choć łagodna, patrzy na mnie z dystansem, którego wcześniej nie znałem. Uparłem się, że tylko ja wiem, jak powinna wyglądać rodzina. Nie wiem, czy mi wybaczą. Ale jeśli kiedyś jeszcze wyjedziemy razem… najpierw zapytam ich, na co mają ochotę. I może po prostu… nigdzie nie pójdziemy.

Sebastian, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama