„W hotelu przez pomyłkę weszłam do pokoju nieznajomego. Był taki słodki, że zostałam do śniadania”
„Pokój nie był pusty. To była pierwsza rzecz, którą zarejestrował mój mózg, zanim w ogóle zdążyłam się przestraszyć. Paliła się mała lampka nocna przy łóżku, rzucając ciepłe, bursztynowe światło na fotel w rogu pomieszczenia. A w fotelu siedział on. Nie był to włamywacz w kominiarce”.

- Redakcja
Miałam tylko jedno marzenie: zrzucić mokre buty, zmyć z siebie tusz do rzęs rozmazany przez śnieżycę i zapaść w sen, który wymaże z mojej głowy ostatnie, koszmarne miesiące. Kiedy recepcjonistka, wyraźnie zmęczona nocną zmianą, wręczyła mi kartę do pokoju numer 212, nie podejrzewałam, że ten kawałek plastiku stanie się kluczem do zupełnie innej rzeczywistości. Nie szukałam przygód, szukałam ciszy. A jednak los miał wobec mnie inne plany. Tamtej nocy, w obcym pokoju, przy obcym mężczyźnie, zrozumiałam, że przez ostatnie lata byłam bardziej samotna we własnym łóżku niż w tym hotelowym fotelu naprzeciwko nieznajomego.
Lawina nieszczęść
Zanim w ogóle dotarłam w Tatry, miałam ochotę zawrócić przynajmniej trzy razy. To miał być wyjazd oczyszczający. Klasyczny schemat: rzucona dziewczyna leczy złamane serce w górskiej scenerii, popijając grzane wino i patrząc na Giewont. Problem w tym, że scenariusz zaczął się sypać jeszcze na nizinach. Moja przyjaciółka, Monika, która miała być moją opoką i towarzyszką w narzekaniu na męski ród, zadzwoniła dwie godziny przed wyjazdem. Jej dziecko dostało gorączki. Zostałam sama. Z bagażnikiem pełnym walizek, nartami, na których nie jeździłam od liceum, i poczuciem, że jestem najbardziej żałosną istotą na autostradzie A4.
Droga, która miała zająć pięć godzin, zajęła dziewięć. Śnieżyca stulecia – tak mówili w radiu. Kiedy w końcu doczłapałam się do pensjonatu, trzęsły mi się ręce. Nie z zimna, ale ze zmęczenia i stresu. Chciałam tylko dostać klucz, wejść do pokoju i nie wychodzić z niego do wiosny. Recepcja była pogrążona w półmroku. Dziewczyna za ladą wyglądała, jakby walczyła z sennością, albo jakby właśnie pokłóciła się z chłopakiem przez telefon. Rzuciła mi szybkie „dobry wieczór”, wzięła dowód i bez słowa podała kartę magnetyczną.
– Pokój 212. Drugie piętro, na lewo od windy – mruknęła, wracając wzrokiem do ekranu komputera.
Wzięłam walizkę i powlekłam się do windy. Korytarz pachniał starym drewnem i czymś słodkim, może cynamonem. Było cicho, tak absolutnie cicho, jak bywa tylko w górskich hotelach po północy, gdy wszyscy albo śpią, albo siedzą w karczmach. Stanęłam przed drzwiami 212. Przejechałam kartą. Dioda mrugnęła na zielono. Pchnęłam drzwi.
Serce stanęło mi w gardle
Pokój nie był pusty. To była pierwsza rzecz, którą zarejestrował mój mózg, zanim w ogóle zdążyłam się przestraszyć. Paliła się mała lampka nocna przy łóżku, rzucając ciepłe, bursztynowe światło na fotel w rogu pomieszczenia. A w fotelu siedział on. Nie był to włamywacz w kominiarce. To był mężczyzna, na oko trzydziestoparoletni, w grubym, wełnianym swetrze w kolorze grafitu. Trzymał w ręku książkę – papierową, co w dzisiejszych czasach samo w sobie było dziwne. Na nosie miał okulary, które teraz zsunął nieco niżej, patrząc na mnie z mieszanką zaskoczenia i... spokoju. Powinnam była krzyczeć. Powinnam była wybiec, trzasnąć drzwiami i zrobić awanturę w recepcji. Ale stałam tam jak sparaliżowana, z walizką w jednej ręce i torebką zsuwającą się z ramienia.
– Dobry wieczór? – jego głos był niski, lekko zachrypnięty, jakby długo się nie odzywał. Nie brzmiał groźnie. Brzmiał pytająco.
– Ja... to mój pokój – wydukałam, czując, jak rumieniec wstydu zalewa mi twarz. Machnęłam kartą w powietrzu, jakbym chciała mu udowodnić, że nie jestem wariatką. – Recepcja... Dwieście dwanaście.
Mężczyzna zamknął powoli książkę, odłożył ją na stolik i wstał. Był wysoki.
– Obawiam się, że recepcja popełniła błąd – powiedział spokojnie, podchodząc do biurka, na którym leżała jego karta. Podniósł ją. – Melduję się tu od wczoraj. I chyba nie wyglądam na kogoś, kto planował się wymeldować w środku nocy.
Wtedy dotarło do mnie, co się stało. System. Błąd systemu. Dali mi kartę-duplikat do zajętego pokoju. Czułam, jak zmęczenie ostatnich godzin, stres związany z jazdą w zamieci i samotność uderzają we mnie ze zdwojoną siłą.
– O Boże – szepnęłam, cofając się o krok. – Najmocniej przepraszam. Ja... ja po prostu pójdę na dół. Przepraszam.
Odwróciłam się na pięcie, łapiąc za klamkę. I wtedy stało się coś, co ostatecznie przypieczętowało mój los tej nocy. Klamka ani drgnęła. Szarpałam. Pchałam. Ciągnęłam. Nic. Drzwi były zablokowane.
– Czasami się zacinają – usłyszałam za plecami jego głos, tym razem z nutą rozbawienia. – Trzeba je lekko unieść i dopiero pchnąć. Ale... słyszysz to?
Zamarłam. Za oknem, które do tej pory było tylko czarnym prostokątem, rozpętało się piekło. Wiatr wył tak głośno, że szyby drżały w ramach.
– Zgasło światło na korytarzu – zauważył, wskazując na szparę pod drzwiami. Faktycznie, zniknęła jasna linia. – Chyba zerwało linię. Zasilanie awaryjne w tym hotelu obejmuje tylko oświetlenie ewakuacyjne i... cóż, chyba nie zamki w drzwiach.
Byłam uwięziona. W obcym pokoju. Z obcym facetem. W środku nocy.
Niezła ironia losu
Przez pierwsze dziesięć minut panikowałam. Próbowałam dodzwonić się na recepcję z mojego telefonu (brak zasięgu, góry + burza), potem z telefonu hotelowego (głuchy sygnał). Walczyłam z drzwiami, dopóki on delikatnie nie odsunął mnie na bok i sam nie spróbował. Bezskutecznie. Elektronika padła, mechanizm się zablokował. Byliśmy odcięci.
– Słuchaj – powiedział, opierając się o framugę. W półmroku widziałam tylko zarys jego twarzy. – Możesz stać tam pod drzwiami w kurtce i się trząść, albo możesz usiąść. Mam wino, mam herbatę w termosie, bo planowałem jutro wyjście w góry, i mam zapasowe koce. Nazywam się Michał. I przysięgam, że nie gryzę.
Spojrzałam na niego. Miał w oczach coś takiego, co sprawiało, że mój wewnętrzny alarm, zazwyczaj bardzo czuły, milczał. Może to kwestia jego głosu, a może faktu, że zamiast wykorzystać sytuację, po prostu nalewał herbatę do kubka z logiem jakiegoś schroniska.
– Agata – odpowiedziałam, zdejmując wreszcie kurtkę. – I chętnie napiję się wina. Herbata to za mało na ten dzień.
Usiadłam na brzegu łóżka, najdalej jak się dało od niego. On zajął fotel. Podał mi szklankę z czerwonym winem.
– Dziękuję – mruknęłam. – To miał być wyjazd, żeby zapomnieć o facetach, a kończę zamknięta w pokoju z jednym z nich. Ironia losu.
Zaśmiał się. To był ciepły, głęboki śmiech.
– Jeśli cię to pocieszy, ja przyjechałem tutaj, żeby uciec od ludzi. Od wszystkich. A tu proszę, los zsyła mi współlokatorkę.
– Dlaczego uciekasz? – zapytałam, zanim ugryzłam się w język. To było zbyt osobiste.
Michał milczał przez chwilę, kręcąc szklanką w dłoni.
– Bo czasem łatwiej jest patrzeć na góry niż na własne życie – odparł enigmatycznie. – A ty? Przed czym uciekasz?
I wtedy pękłam. Nie wiem, czy to wina wina, zmęczenia, czy tej dziwnej blskości, jaką tworzy zamknięcie w małym pomieszczeniu podczas burzy. Opowiedziałam mu o Adamie. O tym, jak przez trzy lata budowałam dom na piasku. O tym, jak czułam się nieważna, wiecznie druga po jego pracy, po jego matce, po jego kolegach. O tym, że przyjechałam tu, żeby poczuć, że jeszcze istnieję jako odrębna osoba, a nie tylko jako „dziewczyna Adama”. Mówiłam chaotycznie, wyrzucając z siebie żale, których nie powiedziałam nawet Monice. A on słuchał. Nie przerywał, nie dawał „dobrych rad” w stylu „znajdziesz innego”. Po prostu słuchał, patrząc na mnie z taką uwagą, jakiej nie doświadczyłam od lat.
Czułam się swobodnie
W pewnym momencie nasza rozmowa zeszła na lżejsze tory. Okazało się, że Michał jest architektem, który ma dość projektowania szklanych biurowców i marzy o renowacji starych chat. Że kocha jazz, ale wstydzi się tańczyć. Że ma psa, labradora, który został u jego brata. Wypiłam już dwie lampki wina. Czułam się dziwnie swobodnie. W pokoju było ciepło, na zewnątrz szalał wiatr, a my siedzieliśmy w tej bezpiecznej bańce, jakby reszta świata przestała istnieć.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytał nagle, podchodząc do okna. Stał do mnie tyłem, patrząc w ciemność. – Że ludzie przestali ze sobą rozmawiać. Tak naprawdę. Wymieniamy komunikaty, statusy, emotikony. Ale kiedy ostatnio siedziałaś z kimś i po prostu... byłaś?
Odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. W tym półmroku jego oczy wydawały się czarne, głębokie. Czułam, jak powietrze między nami gęstnieje. To nie było napięcie w stylu taniego romansu. To było coś mocniejszego. To było przyciąganie dusz. Czułam, że ten obcy człowiek rozumie mnie lepiej po trzech godzinach niż Adam po trzech latach. Podeszłam do niego. Stanęłam przy oknie.
– Nigdy – szepnęłam szczerze. – Zawsze musiałam coś udawać. Że jestem silniejsza, że mnie nie boli, że nie potrzebuję uwagi.
Michał odwrócił się w moją stronę. Byliśmy blisko. Czułam zapach jego wody kolońskiej – drzewo sandałowe i cytrusy.
– Nie musisz udawać – powiedział cicho.
Podniósł rękę, jakby chciał dotknąć mojej twarzy, ale zatrzymał ją w połowie drogi. To zawahanie było bardziej ekscytujące niż jakikolwiek dotyk. Pokazywało szacunek, ale i pragnienie.
– Agata... – zaczął, ale nie dokończył.
Zamiast tego, usiedliśmy na podłodze, oparci o ścianę, ramię przy ramieniu. Nie doszło do zbliżenia. Nie w sensie fizycznym. To byłoby zbyt proste, zbyt banalne. Zamiast tego, rozmawialiśmy do świtu. O wszystkim. O marzeniach, których się wstydziliśmy. O lękach, które nas budziły w nocy. W pewnym momencie położyłam głowę na jego ramieniu. On objął mnie ramieniem, przyciągając bliżej. Czułam bicie jego serca. Było miarowe, uspokajające. Czułam się bezpieczna. Po raz pierwszy od bardzo dawna czułam, że jestem we właściwym miejscu.
Najtrudniejszy poranek
Kiedy słońce zaczęło przebijać się przez zasłony, a wiatr ucichł, wiedziałam, że czar pryśnie. Zaraz włączą prąd. Zaraz obsługa hotelowa zorientuje się, co się stało. Zaraz będę musiała wyjść. Otworzyłam oczy. Michał nie spał. Patrzył na mnie. Wyglądał na zmęczonego, ale uśmiechał się delikatnie.
– Dzień dobry – powiedział chrapliwie.
– Nie chcę stąd wychodzić – te słowa wymknęły mi się, zanim zdążyłam pomyśleć.
Były szczerą, bolesną prawdą. Nie chciałam wychodzić do innego pokoju, nie chciałam wracać do swojego życia, do pustego mieszkania w Warszawie. Chciałam zostać w tej chwili, w tym zawieszeniu, z nim. Michał zacisnął dłoń na mojej ręce.
– Więc nie wychodź. Jeszcze nie.
Ale rzeczywistość nie czeka. Usłyszeliśmy piknięcie zamka elektronicznego. Ktoś z zewnątrz otwierał drzwi. Do środka wpadło jasne światło z korytarza i zaniepokojona twarz recepcjonistki (już innej, porannej zmiany) oraz konserwatora.
– O mój Boże! Panie Michale, najmocniej przepraszamy! System pokazywał awarię, myśleliśmy, że nikogo tu nie ma, a potem ta pomyłka z kluczami... – kobieta trajkotała, czerwona na twarzy.
Wstałam, poprawiając pogniecioną bluzkę. Czułam się dziwnie naga, mimo że byłam w pełni ubrana. Nasza intymna bańka pękła z hukiem.
– Nic się nie stało – powiedział Michał, wstając i zasłaniając mnie nieco przed wzrokiem personelu. – Wszystko w porządku. Pani Agata była moim gościem. Przez przypadek.
Zebrałam swoje rzeczy. Walizka nagle wydawała się cięższa. Musiałam iść. Dostałam właściwy klucz, przeprosiny, darmowy voucher na spa i propozycję darmowego śniadania. Ale to wszystko nie miało znaczenia. Stanęłam w drzwiach, patrząc na niego po raz ostatni. Stał na środku pokoju, z rękami w kieszeniach spodni. Wyglądał na tak samo zagubionego jak ja.
– Czy mam cię szukać? – zapytał, ignorując obecność recepcjonistki.
– Pokój 304 – odpowiedziałam, uśmiechając się lekko. – Trzecie piętro.
Z nim czuję się wolna
Tamten wyjazd nie wyglądał tak, jak planowałam. Nie jeździłam na nartach. Nie siedziałam samotnie w saunie, rozmyślając o Adamie. Większość czasu spędziłam z Michałem. Chodziliśmy na długie spacery w śniegu, piliśmy grzane piwo i rozmawialiśmy, nadrabiając lata, kiedy się nie znaliśmy. Okazało się, że pomyłka recepcjonistki była najlepszą rzeczą, jaka mogła mi się przytrafić. Adam? Dziś jego imię brzmi dla mnie obco. Tamta noc w zablokowanym pokoju nauczyła mnie, że miłość to nie walka o uwagę. To spokój. To poczucie, że możesz usiąść z kimś w ciszy podczas burzy i czuć się jak w domu.
Minął rok. Właśnie pakuję walizki. Nie, nie jadę sama. Jedziemy razem w to samo miejsce. I tym razem poprosiliśmy specjalnie o pokój 212. Może zamek znowu się zatnie? Mam taką nadzieję. Bo przy Michale żadne drzwi nie muszą być otwarte, żebym czuła się wolna. Czasem największe szczęście wchodzi do twojego życia przez pomyłkę, z walizką w ręku i rozmazanym makijażem. Wystarczy tylko nie uciec, kiedy zgaśnie światło.
Agata, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój współlokator w sanatorium chrapał jak traktor. Ciszy szukałem u sąsiadki, ale dostałem tam coś lepszego”
- „Moje dzieci nie chciały spędzać czasu z dziadkiem. Córka w końcu przyznała, jakie bzdury im wmawiał”
- „Złowiłam bogatego wdowca i czekałam na pierścionek. Miałam nosić markowe szpilki, a skończyłam w znoszonych trampkach”