Siedziałam na tarasie naszego wynajętego mieszkania w Hurghadzie, wpatrując się w błękitne Morze Czerwone. Było gorąco, powietrze drgało nad dachami, a w oddali słychać było nawoływania muezina. Miało być idealnie. Miałam uciec od szarej, polskiej rzeczywistości, stresującej pracy w korporacji i samotnych wieczorów. Miałam zacząć nowe życie u boku Tareka – przystojnego, czarującego instruktora nurkowania, którego poznałam podczas wakacji pół roku wcześniej. Zamiast tego czułam w ustach gorzki smak porażki, a moje konto bankowe świeciło pustkami.
WIDEO…
– Skarbie, wychodzę na łódź! – usłyszałam z głębi mieszkania.
Tarek pojawił się na tarasie, ubrany w obcisłą piankę do nurkowania, z uśmiechem, który kiedyś przyprawiał mnie o szybsze bicie serca. Teraz budził we mnie jedynie niepokój.
– Znowu? Przecież mówiłeś, że dzisiaj masz wolne – powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie.
– Wiem, habibi, ale wiesz, jak jest w sezonie. Szef prosił, żebym wziął grupę z Polski. Mają dużo pytań, a ja przecież trochę mówię po waszemu. Wrócę wieczorem, obiecuję! – Pocałował mnie w czoło i zniknął za drzwiami, zostawiając za sobą zapach taniej wody po goleniu.
Westchnęłam ciężko i sięgnęłam po telefon. Otworzyłam aplikację bankową. Moje oszczędności, które miały wystarczyć na rok beztroskiego życia, stopniały do niebezpiecznego poziomu. Tarek obiecywał, że znajdzie mi pracę, że w Egipcie żyje się tanio, że on się mną zaopiekuje. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Zamiast pracy były obietnice, zamiast taniego życia – rachunki, które musieliśmy opłacać z moich pieniędzy, bo jego pensja ledwo wystarczała na jego własne wydatki.
Większość obowiązków spadła na mnie
Początkowo byłam pełna energii. Chodziłam po mieście, zwiedzałam uliczki, których nie znałam jako turystka. Zafascynowały mnie kolory, zapachy, nawet chaos ruchu ulicznego. Tarek pokazywał mi lokalne restauracje, gdzie jedliśmy falafele i pita, zabierał na spacery po plaży. Przez pierwsze tygodnie czułam się jak w filmie. Wydawało mi się, że jestem szczęściarą, której udało się wyrwać z przeciętności. Z czasem zaczęłam dostrzegać, że większość obowiązków spadła na mnie. Zakupy, gotowanie, sprzątanie. Tarek wychodził wcześnie rano, wracał późno. Zawsze miał jakieś wytłumaczenie: klienci, sezon, szef, konieczność dorobienia.
– Może spróbuję poszukać pracy? – zaproponowałam któregoś wieczoru. – Może znajdę coś w hotelu albo jako opiekunka do dzieci?
– Lepiej poczekaj – powiedział, odwracając wzrok od telewizora. – Tu nie jest łatwo o pracę dla obcych. Poza tym, po co ci to? Odpocznij. Ja się wszystkim zajmę.
Te słowa miały mnie uspokoić, ale zasiały ziarno niepokoju. Tęskniłam za aktywnością, nawet za stresem z pracy w Polsce. Moje dni zaczęły się zlewać w jedno – poranki na balkonie, zakupy, krótkie rozmowy z sąsiadami, samotne wieczory.
Zawsze miał jakieś wytłumaczenie
Początkowo ignorowałam czerwone flagi. Tłumaczyłam sobie, że początki zawsze są trudne, że musimy się dotrzeć, że różnice kulturowe wymagają czasu. Ale z biegiem tygodni niepokój narastał. Tarek coraz częściej miał „dodatkowe lekcje” z turystkami, coraz częściej wracał późno w nocy, zmęczony, ale dziwnie pobudzony. Zawsze miał jakieś wytłumaczenie – a to problem z silnikiem łodzi, a to klientka potrzebowała dodatkowej pomocy przy sprzęcie. Zaczęłam też zauważać dziwne wiadomości w jego telefonie. Kiedyś, gdy poszedł pod prysznic, jego ekran rozświetlił się powiadomieniem na komunikatorze. Zobaczyłam tylko fragment: „Dziękuję za wspaniały wieczór. Jesteś niesamowity”. Numer był zapisany jako „Anna Polska”.
– Kto to jest Anna z Polski? – zapytałam go, gdy wyszedł z łazienki.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ale jego oczy szybko uciekły na bok.
– Ach, to tylko jedna z klientek. Bardzo się bała nurkować, musiałem jej poświęcić dużo czasu. Wiesz, jak to jest, niektórzy są bardzo wdzięczni za cierpliwość.
Uwierzyłam. A może raczej – chciałam uwierzyć. Bo co by było, gdybym nie uwierzyła? Musiałabym przyznać, że rzuciłam wszystko dla iluzji. Że byłam naiwną turystką, która dała się nabrać na egzotyczny uśmiech i kilka komplementów.
Byłam tylko kolejną w jego kolekcji
Często zostawałam sama na wiele godzin. Próbowałam uczyć się arabskiego, ale szło mi opornie. Przeglądałam ogłoszenia o pracę, jednak bez znajomości języka i kontaktów nie miałam szans. Zaczęłam spacerować brzegiem morza, próbując zrozumieć, co tak naprawdę sprowadziło mnie do Egiptu i czy w ogóle to była miłość, czy tylko ucieczka przed pustką w Polsce. Im dłużej byłam sama, tym więcej rzeczy zaczęło mnie irytować. Tarek rzadko pytał, jak się czuję, czy czegoś potrzebuję. Coraz częściej łapałam się na tym, że unikam kontaktu z nim, bojąc się kolejnych rozczarowań. Czułam się jak gość w jego świecie, nie jak partnerka. Nawet nasze wspólne posiłki stały się rzadkością – on jadł na mieście z „klientami”, ja podjadałam owoce i jogurt na tarasie, patrząc na ludzi przechodzących ulicą.
Wieczorami coraz częściej płakałam. Tęskniłam za przyjaciółkami, rodziną, nawet za mamą, z którą nigdy nie miałam idealnych relacji. Czułam się jak dziecko zagubione na obcej ziemi. Zaczęłam pisać długie maile do Agaty, mojej najlepszej przyjaciółki z Warszawy. Opisywałam jej wszystko, co się działo – i to, co czułam. Ona odpisywała szybko, zawsze starała się mnie pocieszyć, ale między jej słowami czułam niepokój.
– Aniu, wróć. Zawsze masz tu miejsce. Nic nie jest warte twojego spokoju – napisała któregoś dnia.
Przełom nastąpił kilka dni później. Tarek znów wyszedł na łódź, a ja postanowiłam przejść się po mieście. Poszłam na lokalny bazar, gdzie często robiłam zakupy. W jednej ze sklepików spotkałam Kasię, Polkę, która mieszkała w Hurghadzie od kilku lat i pracowała jako rezydentka. Znałyśmy się z widzenia.
– Cześć, Aniu! Jak tam życie w raju? – zapytała, poprawiając kapelusz na głowie.
– Cześć. W porządku, dziękuję. Trochę gorąco, ale daję radę – odpowiedziałam, siląc się na uśmiech.
Kasia spojrzała na mnie uważnie. Jej uśmiech zniknął.
– Ania... mogę cię o coś zapytać? Jesteś z Tarekiem, prawda? Tym instruktorem z centrum przy hotelu?
Skinęłam głową, czując, jak żołądek zwija mi się w supeł.
– Wiesz... nie chcę się wtrącać, ale... uważaj na niego. On ma... opinię.
– Jaką opinię? – zapytałam cicho, choć w głębi duszy znałam odpowiedź.
– On lubi Polki. Zawsze kręci się wokół nowych turystek. Często... bardzo często daje im „prywatne lekcje” po godzinach. Słyszałam, że z jedną z nich nawet... nieważne. Po prostu bądź ostrożna.
Wróciłam do mieszkania jak w transie. Słowa Kasi dźwięczały mi w uszach. Wszystko nagle zaczęło składać się w logiczną, bolesną całość. Znikające pieniądze, wieczorne wyjścia, dziwne wiadomości. Byłam tylko kolejną w jego kolekcji, tyle że ja zrezygnowałam dla niego ze swojego życia w Polsce.
Zrozumiał, że przejrzałam jego grę
Wieczorem, gdy Tarek wrócił, czekałam na niego na kanapie. Nie zapaliłam światła.
– Aniu? Dlaczego siedzisz w ciemności? – zapytał, zapalając lampę. Wyglądał na zmęczonego, ale zadowolonego z siebie.
– Kto to jest Kasia? – zapytałam bez ogródek.
Zmarszczył brwi.
– Jaka Kasia? O czym ty mówisz?
– Rezydentka. Powiedziała mi dzisiaj o twojej „opinii”. O tych wszystkich Polkach, którym dajesz prywatne lekcje. O tym, jak bardzo lubisz się nimi opiekować.
Tarek westchnął ciężko i usiadł naprzeciwko mnie.
– Aniu, znowu zaczynasz? Przecież to moja praca! Muszę być miły dla klientek. One przyjeżdżają tu na wakacje, chcą się poczuć wyjątkowo. To tylko biznes.
– Biznes? A te wiadomości? A te późne powroty? A moje pieniądze, z których żyjemy, bo ty rzekomo nie masz z czego?
– Przecież mówiłem, że sezon jest słaby! Wszystko ci oddam, przysięgam. Tylko daj mi czas.
– Nie wierzę ci – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.
Zamilkł. W jego oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie widziałam – chłodną kalkulację. Już nie próbował czarować. Zrozumiał, że przejrzałam jego grę. Przez kolejne dni unikaliśmy się nawzajem. Rozmowy ograniczały się do minimum. Miałam wrażenie, że Tarek jest mi wdzięczny za to, że nie robię awantur. Zaczął wracać jeszcze później, coraz częściej nie nocował w domu. Nie dopytywałam, nie szukałam już odpowiedzi. Zaczęłam powoli pakować swoje rzeczy. Każda bluzka, każda książka przywoziła wspomnienie lepszych czasów i przypominała, jak bardzo się pomyliłam. Któregoś dnia, gdy wracałam z bazaru, spotkałam Marię, sąsiadkę z parteru. Uśmiechnęła się do mnie życzliwie.
– Dzień dobry! Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś miała dużo na głowie.
– Trochę tak – przyznałam. – Chyba wrócę do kraju. Zastanawiam się, czy nie popełniłam największego błędu życia.
– Każdy musi się czasem sparzyć – powiedziała. – To daje nam siłę. Zobaczysz, jeszcze wszystko się ułoży.
Te słowa, choć proste, były dla mnie jak balsam. Poczułam, że nie jestem sama.
Wiedziałam już, że wracam do Polski
Następnego dnia obudziłam się wcześnie. Przez kilka godzin leżałam na łóżku, gapiąc się w sufit i próbując zebrać myśli. W końcu zaczęłam pakować walizkę. Każda rzecz, którą wkładałam do środka, była jak symbol kolejnego rozczarowania. Tarek wrócił koło południa – spojrzał na walizkę i nawet nie zapytał, co się dzieje. Zamiast tego sięgnął po telefon i wyszedł na balkon, rozmawiając z kimś w swoim języku.
Wieczorem poszłam jeszcze na ostatni spacer po promenadzie. Gapiłam się na światła miasta, na roześmiane rodziny i zakochane pary. Przechodziłam obok kawiarenek, gdzie Egipcjanie grali w szachy, kobiety plotkowały, dzieci biegały po piachu. Byłam tam, a jednak czułam się jak za szkłem. Nagle zaczęło mi brakować nawet tego szarego, polskiego nieba i zapachu deszczu na chodniku. Poczułam nagły żal do siebie, że dałam się tak łatwo oszukać, ale jednocześnie... ulgę. Wiedziałam już, że wracam do Polski, do własnego życia – może niedoskonałego, może szarego, ale mojego.
Spakowałam swoje rzeczy jeszcze tej samej nocy. Nie było łez, nie było krzyków. Była tylko głucha, przytłaczająca pustka. Tarek nie próbował mnie zatrzymać. Rano, gdy wychodziłam z walizką, spał w najlepsze. Na lotnisku czekałam kilka godzin na samolot. Czułam, jakby ktoś wyciął mi kawałek serca. Patrzyłam na ludzi – jedni byli podekscytowani, inni znużeni. Ja czułam się przezroczysta. W samolocie patrzyłam przez okno na oddalający się brzeg Morza Czerwonego.
Raj okazał się fatamorganą. Po powrocie do Warszawy zamieszkałam w wynajętym pokoju na Ochocie. Znowu musiałam zaczynać od zera. Przez pierwsze tygodnie nie mogłam spać – budziłam się w nocy, słyszałam w głowie szum morza i głos Tareka. Często wracałam myślami do tamtych miesięcy. Pytałam siebie: gdzie popełniłam błąd? Może powinnam była lepiej sprawdzić, z kim wiążę przyszłość? A może po prostu zbyt bardzo chciałam wierzyć w bajkę?
Nie muszę szukać szczęścia na końcu świata
Długo nie mogłam znaleźć pracy. Wysyłałam CV, chodziłam na rozmowy, uczyłam się na nowo żyć w polskiej rzeczywistości. Wszystko wydawało się szare, przygaszone. Zimą często stałam przy oknie i patrzyłam na śnieg, który zakrywał brudne ulice. Tęskniłam za słońcem, za ciepłem, ale nie za iluzją. Z czasem zaczęłam wracać do siebie. Spotkałam się z Agatą, która od razu zaprosiła mnie do siebie na herbatę. Rozmawiałyśmy godzinami. Powiedziała mi, że była zaniepokojona, ale nie chciała mnie naciskać.
– Wiesz, czasem trzeba samemu zderzyć się ze ścianą, żeby potem zrozumieć, czego się chce – powiedziała. – Nie masz się czego wstydzić. Ważne, że wróciłaś.
Zaczęłam doceniać małe rzeczy – zapach kawy rano, śmiech dzieci na podwórku, rozmowy z sąsiadką o pogodzie. Poznałam nowych ludzi na kursie językowym, zaczęłam uczyć się hiszpańskiego. Powoli odzyskiwałam pewność siebie. Minęło kilka miesięcy, zanim przestałam myśleć o Tareku codziennie. Czasami jeszcze śnił mi się jego uśmiech, czasami wracał w najmniej oczekiwanych momentach – gdy widziałam zdjęcia z wakacji, gdy ktoś wspominał Egipt. Ale już nie bolało tak bardzo.
Nauczyłam się, że nie ma sensu uciekać przed sobą. Egipt był dla mnie próbą, lekcją pokory i odwagi. Kosztowną, bolesną, ale potrzebną. Teraz wiem, że nie muszę szukać szczęścia na końcu świata. Czasem wystarczy przestać wierzyć w cudze obietnice i zacząć słuchać siebie. Czasami myślę o tym, co by było, gdybym wtedy nie wyjechała. Może miałabym nudne życie, może nigdy nie nauczyłabym się, że potrafię podnieść się po upadku. Teraz wiem, że każda porażka to początek nowej drogi. I chociaż Egipt zostawił we mnie blizny, zostawił też siłę, o której nie miałam pojęcia.
Anna, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po rozwodzie myślałam, że zamaluję trudną przeszłość zwykłą farbą. Dopiero ten jeden wieczór z sąsiadem otworzył mi oczy”
- „Wszyscy znajomi dookoła się rozwodzą. Przez ich opowieści sama zaczęłam wątpić, czy moje małżeństwo ma jeszcze sens”
- „Prosiłem siostrę o pożyczkę na start, a ona wygłosiła mi kazanie. Szybko wyszło na jaw, komu naprawdę nie potrafi odmówić”



























