Reklama

Nigdy nie wierzyłam w te wszystkie filmowe scenariusze, w których dwoje nieznajomych spotyka się w malowniczej scenerii i nagle świat staje w miejscu. Jestem pragmatyczką, księgową z dziesięcioletnim stażem, która życie dzieli na kolumny „winien” i „ma”. A jednak tamtego dnia, stojąc w mrozie, który szczypał w policzki jak setki małych igieł, poczułam coś, czego nie da się ująć w żadnym bilansie. To była historia, która miała prawo wydarzyć się tylko tam, pośród ośnieżonych szczytów, i która musiała tam zostać, by nie stracić swojego piękna.

W normalnych okolicznościach byłabym wściekła

Wszystko zaczęło się od awarii. To nie była drobna usterka, która wstrzymuje kolejkę na minutę, pozwalając narciarzom jedynie na głębszy oddech. To był ten rodzaj technicznego problemu, który sprawia, że obsługa zaczyna biegać nerwowo wokół bramek, a tłum gęstnieje z każdą chwilą, zamieniając się w kolorową, szumiącą masę kurtek i kasków. Stałam tam, przestępując z narty na nartę, czując, jak złość narasta we mnie szybciej niż chłód przenikający przez warstwy odzieży termicznej.

Moja przyjaciółka, Magda, z którą przyjechałam na ten urlop, zdążyła przejechać przez bramki dosłownie chwilę wcześniej i teraz machała do mnie z daleka, siedząc już wygodnie na kanapie, która zawisła dziesięć metrów nad ziemią. Zostałam sama w morzu obcych ludzi. Westchnęłam głośno, wydychając kłąb pary, i poprawiłam gogle, które zaczynały parować od mojej irytacji. Wtedy po raz pierwszy go usłyszałam.

– Jeśli będziesz tak głośno wzdychać, to zdmuchniesz śnieg ze stoku i będziemy musieli wracać na piechotę – powiedział męski głos tuż za moim prawym ramieniem.

Odwróciłam się gwałtownie, gotowa na ciętą ripostę. Nie lubiłam, gdy ktoś obcy komentował moje zachowanie, zwłaszcza gdy byłam zziębnięta i poirytowana. Zobaczyłam wysokiego mężczyznę w jaskrawożółtej kurtce, która wyglądała, jakby przeszła już niejedną wyprawę. Miał na sobie kask z zabawnymi naklejkami i gogle przesunięte na czoło. Jego oczy, jasne i roześmiane, patrzyły na mnie z taką bezpośredniością, że moja złość momentalnie wyparowała.

– A jeśli będę wzdychać jeszcze głośniej, to może ten wyciąg ruszy z siły podmuchu? – odpowiedziałam, zaskakując samą siebie tonem, w którym nie było cienia agresji.

Uśmiechnął się szeroko. Miał taki rodzaj uśmiechu, który sprawia, że człowiek odruchowo chce go odwzajemnić.

– Nazywam się Kacper. I mam w plecaku termos z gorącą herbatą z sokiem malinowym. Jeśli postoimy tu jeszcze dziesięć minut, będę zmuszony się podzielić, żeby ratować morale oczekujących.

Tak to się zaczęło. Nie od wielkiego wybuchu, ale od propozycji herbaty w plastikowej nakrętce termosu. Wyciąg nie ruszył przez następne czterdzieści minut. W normalnych okolicznościach byłabym wściekła. Dzwoniłabym na infolinię ośrodka, pisałabym maile ze skargą, tupałabym nogami z niecierpliwości. Ale tamtego dnia, w tej konkretnej kolejce, czas przestał mieć znaczenie. Staliśmy ramię w ramię, oparci o swoje kijki, i rozmawialiśmy tak, jakbyśmy znali się od lat.

Opowiedział mi, że narty są dla niego ucieczką od hałasu, że kocha ten moment, gdy na szczycie słychać tylko wiatr. Ja opowiedziałam mu o mojej pracy, o tym, jak bardzo potrzebowałam tego wyjazdu, żeby nie zwariować w gąszczu faktur i terminów podatkowych. Słuchał uważnie, nie przerywał, nie patrzył w telefon. W dzisiejszych czasach to rzadkość granicząca z cudem.

Byliśmy nierozłączni

Gdy w końcu mechanizm ruszył i bramki się otworzyły, było dla nas oczywiste, że wsiądziemy na kanapę razem. Magda, która czekała na górze, widząc mnie wysiadającą z nieznajomym, uniosła brwi tak wysoko, że prawie zniknęły pod jej czapką. Kiedy podjechałam do niej, przedstawiłam Kacpra krótko, a on z naturalną swobodą zapytał, czy może do nas dołączyć na zjazd.

– Tylko ostrzegam, jeżdżę szybko – rzucił zaczepnie.

– Zobaczymy, kto będzie na dole pierwszy – odparłam, czując przypływ adrenaliny, jakiego nie miałam w sobie od lat.

Przez następne cztery dni byliśmy nierozłączni. Magda, będąc cudowną przyjaciółką, szybko wyczuła pismo nosem. Zaczęła wymyślać powody, dla których wolała zostać w hotelowym spa albo poczytać książkę w kawiarni na stoku, dając nam przestrzeń. A my chłonęliśmy tę przestrzeń zachłannie.

To było jak życie w innej rzeczywistości. Wstawaliśmy rano, spotykaliśmy się przy dolnej stacji kolejki i jeździliśmy do utraty tchu. Potem jedliśmy kwaśnicę w drewnianej chacie, ogrzewając dłonie o gliniane miski. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Dowiedziałam się, że Kacper kocha stare samochody, że nie potrafi gotować niczego poza jajecznicą i że marzy o podróży na Islandię.

Ja otworzyłam się przed nim bardziej niż przed kimkolwiek, z kim spotykałam się w Warszawie. Powiedziałam mu o moich lękach, o tym, że czasami czuję się samotna w moim perfekcyjnie urządzonym mieszkaniu, o tym, że presja w pracy czasem ściska mi gardło tak mocno, że nie mogę oddychać.

– Tutaj oddychasz pełną piersią – zauważył pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy na tarasie widokowym, patrząc na zachodzące słońce, które malowało śnieg na różowo i fioletowo.

Tutaj jest inaczej – odpowiedziałam cicho. – Tutaj jestem inna.

Kacper spojrzał na mnie, a jego wzrok był poważny.

– Może to nie kwestia miejsca, tylko tego, na co sobie pozwalasz? Aneta, którą widzę tutaj, jest zabawna, odważna i pełna życia. Nie wierzę, że ta w Warszawie jest kimś zupełnie obcym.

Chciałam mu wierzyć. Chciałam wierzyć, że to, co się między nami dzieje, to początek czegoś trwałego. Że te iskry, które przeskakiwały między nami przy każdym przypadkowym dotyku, wystarczą, by rozpalić ogień na nizinach. Ale gdzieś z tyłu głowy, tam gdzie rezydowała moja pragmatyczna natura, kiełkowała już myśl, której nie chciałam dopuścić do głosu.

Wiedziałam, że Kacper mieszka w małej miejscowości pod Gdańskiem. Prowadził tam warsztat renowacji mebli. Jego życie toczyło się powoli, w rytmie, który sam sobie narzucał. Nie miał korporacyjnego maila, nie miał szefa nad głową, nie nosił garniturów. Żył z dnia na dzień, ceniąc wolność ponad wszystko. Ja byłam managerem w dużej firmie audytorskiej w centrum Warszawy. Mój kalendarz był zaplanowany na trzy miesiące do przodu, a spontaniczność była dla mnie luksusem, na który pozwalałam sobie raz w roku.

Moment, w którym zrozumiałam swój błąd

Trzeciego dnia, podczas kolacji w małej restauracji, temat zszedł na naszą przyszłość. Nie tą wspólną, ale tą, która czekała nas po powrocie do domów.

– W poniedziałek muszę odebrać dostawę dębowego drewna – powiedział Kacper, bawiąc się serwetką. – Potem pewnie zaszyję się w warsztacie na tydzień. Lubię ten zapach trocin i ciszę. A ty?

– Ja mam zamknięcie miesiąca – odpowiedziałam automatycznie, czując, jak na samą myśl o tym moje mięśnie karku twardnieją. – Spotkania od ósmej do osiemnastej, potem raporty. W domu będę pewnie koło dwudziestej, padnięta.

Zapadła cisza. To nie była ta przyjemna cisza, którą dzieliliśmy na wyciągu. To była cisza pełna niewypowiedzianych pytań.

Nie wyobrażam sobie życia w takim pędzie – przyznał szczerze Kacper. – Kiedy ty w ogóle żyjesz, Aneta?

Poczułam ukłucie irytacji.

– To jest moje życie, Kacper. Lubię swoją pracę. Daje mi satysfakcję, niezależność, bezpieczeństwo. Nie każdy może sobie pozwolić na dłubanie w drewnie i patrzenie w morze.

– Nie o to mi chodziło – wycofał się łagodnie, kładąc dłoń na mojej dłoni. – Po prostu... martwię się, że w tym wszystkim nie ma miejsca na nic innego. Na przykład na to, co jest teraz.

Spojrzałam na nasze splecione dłonie. Jego dłoń była szorstka, spracowana, ciepła. Moja była gładka, zadbana, chłodna. Nawet nasze dłonie do siebie nie pasowały, mimo że tak dobrze się je trzymało.

Wtedy do mnie dotarło. My nie tylko mieszkamy w innych miastach. My żyjemy w innych światach. Tutaj, w tej górskiej bańce, nasze światy się przecięły. Tutaj oboje byliśmy „na urlopie”. Ja zdjęłam garsonkę, on nie musiał szlifować krzeseł. Tutaj byliśmy po prostu dwojgiem ludzi na nartach. Ale tam? Tam ja byłabym dla niego zbyt spięta, zbyt materialistyczna, zbyt zajęta. On byłby dla mnie zbyt wolny, zbyt chaotyczny, może nawet... zbyt mało ambitny według moich warszawskich standardów, których nienawidziłam, ale którymi przesiąkłam.

To odkrycie było bolesne. Przez chwilę miałam ochotę zabrać rękę, wstać i wyjść, żeby uciąć to wszystko, zanim zaboli jeszcze bardziej. Ale spojrzałam w jego oczy i zobaczyłam w nich to samo zrozumienie. On też to wiedział. Wiedział, że nie pasuje do moich biurowców ze szkła i stali, tak jak ja nie pasuję do jego warsztatu pełnego pyłu.

Ostatni zjazd

Ostatniego dnia pogoda się popsuła. Góry spowiła gęsta mgła, a śnieg stał się ciężki i mokry. Mimo to postanowiliśmy wyjść na stok. To było jak symboliczne pożegnanie. Nie rozmawialiśmy już tak dużo. Każde słowo wydawało się ważyć tonę. Zatrzymaliśmy się w połowie stoku, gdzie widoczność była ograniczona do kilku metrów. Świat dookoła był biały i cichy.

– To dziwne – powiedział Kacper, wbijając kije w śnieg. – Czuję się, jakbym znał cię od zawsze, a jednocześnie wiem, że jutro będziesz już tylko wspomnieniem.

– Nie muszę być tylko wspomnieniem – zaprotestowałam słabo, choć sama nie wierzyłam w swoje słowa. – Są pociągi, samoloty, telefony...

Kacper pokręcił głową. Zdjął gogle, a jego twarz była mokra od topniejącego śniegu.

– Aneta, spójrz na nas. Ty jesteś jak ten nowoczesny, szybki wyciąg. Pniesz się w górę, jesteś efektywna, celowa. Ja jestem jak ten stary orczyk na oślej łączce. Lubię być blisko ziemi, powoli, swoim tempem. Gdybyśmy spróbowali to przenieść na niziny... znienawidzilibyśmy się w miesiąc. Ty byś się denerwowała, że nie odpisuję od razu, a ja bym się dusił, czekając na ciebie, aż skończysz kolejny telefon.

Jego słowa bolały, bo były prawdziwe. Brutalnie prawdziwe.

– Więc co? – zapytałam, czując łzy napływające do oczu. – To po prostu koniec? Tutaj, na środku stoku?

– Nie koniec – uśmiechnął się smutno. – To całość. To, co mieliśmy, jest kompletne. Piękne, intensywne i skończone. Nie psujmy tego próbą rozciągania na siłę. Niech to zostanie naszą historią z wyciągu.

Podeszłam do niego i przytuliłam się mocno. Czułam zapach jego kurtki – mieszankę wiatru, śniegu i jakiegoś męskiego kosmetyku. Stałam tak, wtulona w niego, w środku białej nicości, i czułam, jak serce mi pęka, a jednocześnie ogarnia mnie dziwny spokój. Miał rację. Próba przeniesienia tej relacji do Warszawy byłaby jak próba przewiezienia śniegu w kieszeni. Zostałaby tylko mokra plama.

Tak chce go zapamiętać

Pożegnanie na parkingu było szybkie. Magda pakowała już narty do bagażnika naszego samochodu, dyskretnie udając, że nie widzi naszej rozmowy. Kacper stał przy swoim starym jeepie, który idealnie do niego pasował.

– Uważaj na siebie, Aneta – powiedział, nie próbując mnie już przytulać.

– Ty też, Kacper. Zrób ten stół dębowy, najpiękniej jak potrafisz.

– Zrobię. I nazwę go twoim imieniem – zażartował, ale w jego oczach nie było wesołości.

Wsiadłam do samochodu i zamknęłam drzwi. Przez szybę widziałam, jak wsiada do swojego wozu. Nie wymieniliśmy się numerami telefonów. Nie dodaliśmy się na portalach społecznościowych. To była nasza cicha umowa zawarta tam, na stoku we mgle.

Gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu, Magda położyła mi rękę na ramieniu.

– Jesteś pewna, że tak to powinno się skończyć? – zapytała cicho.

– Tak – odpowiedziałam, patrząc w lusterko boczne, w którym postać Kacpra i jego żółta kurtka stawały się coraz mniejsze, aż w końcu zniknęły za zakrętem. – To było jedyne możliwe zakończenie.

Wróciłam do Warszawy, do moich tabelek, spotkań i raportów. Czasami, gdy patrzę przez okno mojego biura na szary, betonowy krajobraz miasta, przypominam sobie tamten tydzień. Przypominam sobie smak herbaty z malinami i to uczucie, gdy staliśmy w kolejce, a świat wokół nas nie istniał. Nie żałuję, że nie wzięłam od niego numeru. Dzięki temu Kacper w mojej pamięci zawsze będzie tym uśmiechniętym facetem ze stoku, a nie kolejnym kontaktem w telefonie, który milczy, albo z którym wymieniam zdawkowe wiadomości o pogodzie, widząc, jak powoli stajemy się sobie obcy. Nasza miłość zamarzła w tamtym czasie i miejscu, idealna i nienaruszona. I chyba tak jest najlepiej.

Aneta, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama