„Rozpłakałam się, gdy mąż dał mi na mikołajkowy prezent. Skorzystał z promocji 1+1 i tym samym obdarował kochankę”
„Prezenty mikołajkowe to była moja i męża coroczna tradycja. Tego roku bardzo się starałam. Mimo że czułam już pod skórą jakiś chłód między nami. Nie powiedziałam o tym nikomu. Może nie chciałam wiedzieć. Może bałam się, że jeśli to nazwę, to stanie się prawdą. Jednak prawda i tak przyszła. I to w błyszczącym pudełeczku przewiązanym wstążką”.

- Redakcja
Czasem mam wrażenie, że żyłam obok, a nie z Michałem. Wstawałam wcześniej, ogarniałam śniadanie, pakowałam mu lunch do pracy, zanim sama usiadłam do laptopa. Pracuję zdalnie jako graficzka, więc to ja zwykle odbierałam paczki od kurierów, załatwiałam sprawy w urzędach, dzwoniłam po hydraulika, kiedy przeciekał kran. Michał dużo pracował – tak mówił. Ostatnio jeszcze więcej. Wracał późno, często zmęczony. Czasem pachniał jakimś innym szamponem niż ten, który stał u nas w łazience, ale zrzucałam to na siłownię albo nowy żel pod prysznic w biurze.
Nie chciałam być tą, która podejrzewa męża. Przez większość życia byłam racjonalna. Jeśli coś nie grało, tłumaczyłam to logiką. Przemęczenie. Presja. Wiek. Byliśmy razem ponad dziesięć lat, małżeństwem od siedmiu. Mieliśmy swoje wzloty i doły, ale zawsze byliśmy dla siebie. Przynajmniej tak myślałam. Na Mikołajki zawsze przygotowywaliśmy sobie drobne prezenty – to była nasza tradycja. Michał potrafił mnie zaskoczyć – raz podarował mi bilety na koncert, raz nowy szkicownik z dedykacją. Czasem coś upiekłam albo robiłam mu masaż. To było nasze, niezależnie od wszystkiego. I poprzez ten prezent wyszła prawda o nas.
Mikołajkowy prezent
– Chodź, mam coś dla ciebie – zawołał Michał z salonu, kiedy tylko skończyłam zmywać po kolacji.
Podeszłam, wytarłam ręce w ściereczkę i zobaczyłam małe pudełeczko z czerwonym logo. Siedział na kanapie, lekko podenerwowany, z niepewnym uśmiechem. Wręczył mi prezent, a ja... poczułam coś w środku. Niby ciepło, niby wzruszenie, a jednak też jakiś lekki skurcz niepokoju. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, dlaczego.
– Otwórz – zachęcił.
Delikatnie rozwiązałam wstążkę. W środku był piękny, srebrny komplet – kolczyki i delikatna zawieszka w kształcie łezki. Prosty, elegancki. W moim stylu.
– Michał... To naprawdę piękne – powiedziałam cicho, dotykając biżuterii opuszkami palców. – Dziękuję.
– Bałem się, że nie trafię w gust... Ale jak tylko to zobaczyłem, od razu pomyślałem o tobie – uśmiechnął się szerzej i wstał, by mnie objąć.
Pocałowałam go w policzek. Pachniał znajomo, ale był jakiś spięty. Może zmęczony. Zauważyłam metkę wystającą spod wieczka pudełka. Mała nalepka z nazwą sklepu i kodem. Automatycznie ją odczytałam – miałam dobrą pamięć do detali. "Veretta – jubiler". Schowałam to w głowie, jak robiłam z wieloma drobiazgami.
Następnego dnia, kiedy pracowałam na jego laptopie – mój wciąż był w serwisie – szukałam jednego z moich plików na dysku. Kliknęłam folder "Faktury", bo byłam przekonana, że tam mogłam go przypadkiem zapisać. Zobaczyłam PDF z nazwą sklepu. Otworzyłam. I zamarłam. Dwa identyczne zestawy. Ten sam dzień, ta sama godzina. Tylko ilość: 2. Siedziałam z jedną myślą: dla kogo był ten drugi zestaw?
Prezent dla "siostry"
Z cichym stuknięciem zamknęłam laptopa. Serce waliło mi jak oszalałe. Przez kolejne godziny nie mogłam się skupić. Robiłam projekty machinalnie, przerywając co chwilę, żeby spojrzeć na zegarek. Czekałam, aż wróci.
Wrócił po dziewiętnastej. Zdjął buty, rzucił klucze na szafkę w przedpokoju, a potem wsunął głowę do kuchni, gdzie siedziałam przy stole.
– Hej – rzucił. – Dobrze wyglądasz. Co robisz?
– Przeglądam faktury – odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku.
– Faktury? – powtórzył z dziwną nutą w głosie.
Wstałam. Podeszłam do szafki, sięgnęłam po jego laptop, otworzyłam go i odwróciłam ekran w jego stronę. Na środku wyświetlony dokument – ta sama faktura.
– Dwa zestawy. Na prezent mikołajkowy?
Zamilkł. Patrzył na ekran przez dłuższą chwilę. Prawą ręką wsunął ją do kieszeni, jakby szukał w niej odpowiedzi.
– To... To nie jest to, co myślisz – zaczął.
– A co ja myślę, Michał?
– Jeden był dla mojej siostry – wypalił w końcu. – Ma imieniny w grudniu, wiesz przecież.
– Wiem. Ale wiesz też, że twoja siostra nie nosi biżuterii. Sama mówiła, że jej przeszkadza, że wszystko ją uczula.
Zrobił krok do tyłu, jakby chciał się wycofać z tej rozmowy.
– Julia, naprawdę... To nie jest jakiś wielki dramat. Po prostu... pomyślałem, że się ucieszy. Przestań się doszukiwać problemów.
– Pytam, bo chcę wiedzieć – powiedziałam chłodno. – Nie mam zamiaru robić scen. Tylko nie rób ze mnie idiotki.
Zacisnął usta. Jego spojrzenie zrobiło się puste, jakby zamknął jakiś wewnętrzny sejf.
– Mam dosyć tych rozmów. Ciągle jakieś podejrzenia... – mruknął i wyszedł z kuchni, zostawiając mnie z ciszą i jednym pytaniem, które już nie chciało odejść.
Kto nosi ten drugi zestaw?
Zapytałam szwagierkę
W głowie miałam mętlik. Przypominałam sobie każdą jego nieobecność, każde spóźnienie, każdą „pilną pracę po godzinach”. Wcześniej tłumaczyłam to zawodowym stresem. Teraz miałam już tylko jedną myśl – kłamie. Kolejnego dnia, gdy Michał był w pracy, napisałam do jego siostry. Było już po jej imieninach. Pisałam luźno, bez zdradzania swoich podejrzeń. Zwykły czat:
– Hej! Wszystkiego najlepszego z okazji imienin. Prezent od Michała trafił w gust?
Odpisała po kilku minutach.
– Cześć Julka! Oj, brat o mnie zapomniał. Chyba uznał, że już jestem za stara na prezenty. A u ciebie coś fajnego?
Zatkało mnie. Spojrzałam jeszcze raz na wiadomość. Przeczytałam ją na głos. Potem jeszcze raz. Nie dostała nic. Zaczęło do mnie docierać to, co już wiedziałam od dawna, ale wypierałam. Michał mnie zdradzał. A ja... ja miałam teraz dowód.
Wyjęłam walizkę z szafy. Cicho, spokojnie. Składałam jego rzeczy – koszule, T-shirty, szczoteczkę do zębów. Będzie bez krzyku. Bez awantury. Wieczorem, kiedy wszedł do mieszkania, stałam przy drzwiach z walizką.
– Co to ma być? – spytał, nie rozumiejąc.
Podałam mu rzeczy. Patrzył na mnie jak na wariatkę.
– Nie pomyliłeś się z prezentami – powiedziałam cicho. – Pomyliłeś się z kobietą.
– Julia, proszę, poczekaj, ja...
– Nie mam ochoty słuchać. Wyjdź.
Stał jeszcze chwilę, jakby chciał coś dodać. Ale milczałam. I on w końcu zrozumiał. Zamknęłam za nim drzwi i opadłam na podłogę. Płakałam. Wtedy miałam jescze nadzieję, że się mylę.
A może to jednak pomyłka?
W mieszkaniu była cisza, jakiej nie znałam. Michał zabrał walizkę, ale zostawił po sobie echo pełne niezadanych pytań. Położyłam się na naszym łóżku. Moim łóżku. Wciąż pachniało jego perfumami, choć starałam się nie zwracać na to uwagi. Na szafce nocnej stał kubek z jego herbatą, której nie dopił. Jakby miał wrócić za chwilę. A przecież nie wróci.
Zamknęłam oczy. Pamiętam nasze pierwsze Mikołajki – zrobił mi ręcznie kartkę, podpisał krzywo, bo pisał w pośpiechu, ale serce mi wtedy pękało z radości. Pamiętam, jak w Wigilię potrafił zadzwonić do mnie z pracy tylko po to, by powiedzieć, że tęskni. Pamiętam, że kiedyś patrzył na mnie tak, jakby nic innego nie istniało.
Kiedy to się skończyło? Szukałam w pamięci chwili, w której zaczęłam być niewidzialna. Może to było wtedy, gdy przestał mnie dotykać, tłumacząc się zmęczeniem. Albo gdy powiedział, że nie ma już potrzeby rozmawiać przed snem, bo i tak codziennie się widzimy.
Z każdą godziną bolało bardziej. Myśli przychodziły falami – od gniewu po żal, od pogardy do tęsknoty. Najgorsze było to, że część mnie wciąż czekała, aż zapuka do drzwi. Że wszystko okaże się pomyłką. Że powie: „to było dla klientki, przysięgam, Julka, nigdy cię nie zdradziłem”.
Ale nie pukał. Zasnęłam nad ranem, w ubraniu. Z mokrymi policzkami i głową pełną jego kłamstw. Nie żałowałam, że go wyrzuciłam. Żałowałam tylko tego, że tak długo wierzyłam, że mnie nie zrani.
Ostatnia rozmowa
Wrócił po czterech dniach. W południe. Usłyszałam dzwonek do drzwi, ale nie ruszyłam się od razu. Stał w progu z opuszczoną głową i zgniecioną torbą sportową w ręce. Nie wyglądał na skruszonego. Raczej na zmęczonego.
– Mogę wejść? – zapytał cicho.
– Do kuchni – odpowiedziałam krótko. Odstawiłam herbatę i usiadłam przy stole. On zajął miejsce naprzeciwko.
Chwilę milczeliśmy. Michał zaczął pierwszy.
– Wiem, że zawaliłem. Nie zamierzam udawać, że to nic takiego. Tak, była... ktoś. Przelotnie. To był tylko moment słabości. Chwilowe zauroczenie. Nic znaczącego.
– Dwa zestawy biżuterii, dla żony i kogoś jeszcze? To nie wygląda jak moment słabości? – zapytałam bez cienia emocji.
Spuścił wzrok.
– Nie wiedziałem, jak ci to powiedzieć. To się... wymknęło spod kontroli. Ale to nie znaczy, że cię nie kocham. Kocham cię, Julia. Tylko się pogubiłem.
Parsknęłam. Prawie niezauważalnie.
– Pomyliłeś kochankę z siostrą, potem twierdziłeś, że to nic. Że się pogubiłeś. Michał, ty nie zgubiłeś kluczy. Ty zgubiłeś nasze małżeństwo.
Patrzył na mnie bez słowa. Nie próbował już się bronić.
– Zamówiłeś dwa zestawy – powiedziałam wolno. – Ale zniszczyłeś jedno serce. I to nie był prezent.
Zamilkł. Oddychał ciężko, jakby to, co powiedziałam, naprawdę coś w nim poruszyło. Ale nie miało to już znaczenia.
– Chciałem to naprawić... – wyszeptał.
– Nie da się skleić szkła, Michał. Nawet jeśli się uprzesz, zostanie rysa. A ja nie chcę żyć z rysą.
Wstał. Zrozumiał. Bez słowa wyszedł. A ja wzięłam głęboki wdech i pierwszy raz od dawna poczułam, że oddycham dla siebie.
Czas leczy rany
Cisza w domu była najpierw przytłaczająca. Echo pustych pomieszczeń, jedno krzesło mniej przy stole, brak kluczy obracanych w zamku. Wszystko przypominało mi, że już go nie ma.
Ale po kilku tygodniach ta cisza zaczęła działać inaczej. Już nie bolała. Stała się przestrzenią, w której mogłam siebie usłyszeć. Przestałam gotować na dwa talerze. Kupiłam nową pościel – taką, jaką ja lubię. Wieczorem siadałam przy biurku i rysowałam nie dla klientów, ale dla siebie.
Nie opowiadałam wszystkim o zdradzie. Najbliżsi wiedzieli, że rozstaliśmy się, ale szczegóły zostawiłam dla siebie. To była moja rana. I tylko ja miałam prawo ją opatrywać.
Nie tęskniłam za Michałem. Tęskniłam za wersją mnie z tamtych lat – ufającą, zakochaną, bezbronnie naiwną. Ale nawet to uczucie z czasem zbladło. Pojawiło się coś nowego. Duma. Że nie zostałam. Że nie pozwoliłam się oszukiwać.
Kiedyś myślałam, że prawda złamie mi serce. Teraz wiem, że złamałoby je trwanie w kłamstwie. Prawda bolała, ale też uwolniła mnie z życia, które już mnie nie chciało.
Dziś nie wiem, co będzie dalej. Nie ufam nikomu – i wcale się tego nie wstydzę. Ufam sobie. I to wystarczy. Przynajmniej na razie.
Czasem patrzę na ten srebrny zestaw biżuterii, który zostawiłam w szufladzie. Nie wyrzuciłam go. Jest jak przypomnienie. Że nie wszystko, co błyszczy, jest warte, by je nosić.
Julia, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Poszłam z teściem na mszę, a on, zamiast się modlić, bajerował wszystkie sąsiadki. Aż się wstydu za niego najadłam”
- „Syn wstydzi się przed kolegami, że pracuję w barze. A ja dbam, jak umiem, żeby niczego mu nie brakowało”
- „Mąż wyjechał za granicę, żeby robić karierę. Wmawia mi, że jest biznesmenem, a może co najwyżej szorować cudze trony”