„W naszym związku obowiązuje zasada 50/50. Ale to przesada, że narzeczony nawet w walentynki podzielił koszty na pół”
„Z Oskarem tworzyliśmy związek, który inni nazywali dojrzałym. W walentynki liczyłam na zwykły wieczór z drobnymi romantycznymi gestami. Zamiast prezentu padła propozycja nowej zasady dotyczącej naszych wydatków. Zaśmiałam się, ale w środku poczułam chłód. Jedno zdanie sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy mam ochotę na miłość z wystawianiem rachunku”.

- Redakcja
Stabilność zawsze wydawała mi się najwyższą formą szczęścia. Bez dramatów, bez gwałtownych zwrotów, z poczuciem, że wszystko da się poukładać rozsądkiem. Z Oskarem tworzyliśmy związek, który inni nazywali dojrzałym. Ja pamiętałam o datach, drobiazgach i nastrojach, on dawał spokój i przewidywalność. W walentynki liczyłam na zwyczajny wieczór. Kiedy jednak z uśmiechem zaproponował nową zasadę, coś we mnie cicho drgnęło, choć jeszcze się śmiałam.
Myślałam, że Oskar żartuje
Siedzieliśmy przy stole w kuchni, jeszcze w płaszczach, bo oboje wróciliśmy później niż planowaliśmy. Na blacie stała torba z jedzeniem na wynos i małe pudełko, które przyniosłam z myślą o nim. Oskar zdjął zegarek, położył go równo obok telefonu i westchnął z ulgą, jakby właśnie zamknął jakiś ważny punkt dnia.
– Zanim zaczniemy – powiedział spokojnie – chciałbym ustalić jedną rzecz. Tak na przyszłość.
Uśmiechnęłam się automatycznie.
– Brzmisz, jakbyś otwierał zebranie – rzuciłam lekko.
– Trochę tak jest – odpowiedział, nie podchwytując żartu. – Myślę, że od teraz wszystkie przyjemności związane z byciem razem powinniśmy dzielić po równo. Kolacje, wyjścia, prezenty. To uczciwe.
Parsknęłam śmiechem, bo absurd tej chwili był zbyt duży.
– Dobre. Walentynkowy dowcip?
– Nie żartuję – odparł, a jego głos był miękki, niemal dydaktyczny. – Chodzi o partnerstwo. O równość. Nie chcę, żeby ktokolwiek czuł się wykorzystywany.
Nie było mi już do śmiechu. Spojrzałam na niego uważniej. Siedział wyprostowany, dłonie miał splecione, wzrok skupiony. Nie było w nim cienia ironii.
– Oskar… – zaczęłam ostrożnie. – Przecież my nigdy…
– Właśnie dlatego to dobry moment – przerwał mi. – Ustalamy zasady, zanim pojawią się nieporozumienia.
W mojej głowie zrobiło się pusto. Przez sekundę zastanawiałam się, czy nie przesadzam, czy to we mnie nie ma za dużo sentymentó2. Przecież zawsze mówił o jasnych regułach. Zawsze cenił porządek.
– A co z drobiazgami? – zapytałam cicho. – Z gestami?
– Gesty też mają swoją wartość – odpowiedział. – I właśnie dlatego powinny być wzajemne.
Poczułam coś na kształt wstydu, jakby moje potrzeby nagle stały się roszczeniem. Skinęłam głową, choć w środku narastał niepokój. Zrozumiałam, że to nie był żart, tylko początek czegoś, czego jeszcze nie umiałam nazwać. Relacja, którą uważałam za ciepłą, nagle zabrzmiała jak umowa czytana drobnym drukiem.
Wiadomość do Oskara z podsumowaniem kolacji
Zasada zaczęła działać szybciej, niż się spodziewałam. Już następnego dnia Oskar wysłał mi wiadomość z podsumowaniem wspólnej kolacji. Kwota, podzielona na pół, z krótkim dopiskiem: „Żeby było fair”. Patrzyłam na ekran telefonu dłużej, niż powinnam, czując irracjonalne ukłucie, jakbym została delikatnie, ale wyraźnie odepchnięta.
Przy kolejnym wyjściu do kawiarni podał mi paragon, zanim jeszcze zdążyłam sięgnąć po portfel.
– Twoja część – powiedział naturalnie, bez cienia napięcia. – Tak będzie prościej.
Uśmiechnęłam się, bo nie chciałam robić scen. Wstydziłam się, że w ogóle robi mi to różnicę. Przecież pracowałam, zarabiałam, byłam samodzielna. A jednak coś we mnie się kurczyło za każdym razem, gdy rozmowa schodziła na rozliczenia. Jakby między nami pojawiła się niewidzialna linia, której nie wolno było przekroczyć.
Planowanie weekendu zamieniło się w kalkulację. Oskar rozpisywał koszty noclegu, dojazdu, jedzenia. Mówił o wspólnych decyzjach, o odpowiedzialności. Ja słuchałam, kiwając głową, choć w środku rosło zmęczenie.
– Jeśli to dla ciebie problem, możemy nigdzie nie jechać – stwierdził pewnego wieczoru, gdy zawahałam się przy kolejnej propozycji.
– To nie problem – odpowiedziałam zbyt szybko. – Po prostu… jestem zmęczona.
Nie powiedziałam, że brakuje mi lekkości. Że tęsknię za chwilą, w której ktoś coś robi bez zastanawiania się, czy bilans się zgadza. Zaczęłam pilnować własnych słów, własnych oczekiwań. Każda potrzeba wydawała mi się nadmiarem.
Oskar był zadowolony. Mówił, że wreszcie czujemy się równi. A ja coraz częściej czułam się sama, choć siedział tuż obok. Równość, o której mówił, bolała mnie bardziej, niż chciałam przed sobą przyznać.
Przyjaciółka sprowadziła mnie na ziemię
Z Igą spotkałam się w małej kawiarni niedaleko jej pracy. Znała mnie od lat, widziała mnie w różnych wersjach, dlatego przy niej zawsze pozwalałam sobie na więcej luzu. Opowiadając o Oskarze, zaczęłam lekko, z uśmiechem, jakby chodziło o anegdotę.
– Wyobraź sobie, że wprowadził w domu pełną równość kosztów – powiedziałam półżartem. – Nawet drobne romantyczne gesty.
Iga uniosła brwi, odstawiając filiżankę.
– Kosztów czego? – zapytała powoli.
– No… kolacje, prezenty, takie rzeczy – machnęłam ręką. – Tłumaczy to uczciwością.
Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu. Ten rodzaj ciszy zawsze mnie u niej niepokoił.
– A kiedy on robi coś tylko dlatego, że chce? – zapytała w końcu. – Bez liczenia?
Zawahałam się.
– On jest po prostu inny – odpowiedziałam. – Bardziej logiczny.
– Lena – przerwała mi stanowczo. – Logika nie wyklucza czułości.
Te słowa uderzyły we mnie mocniej, niż się spodziewałam. Zaczęłam przypominać sobie drobne sytuacje, które wcześniej ignorowałam. To ja inicjowałam większość spotkań. Ja dbałam o nastrój. Oskar nigdy nie był okrutny, tylko… oszczędny w dawaniu.
– To nie chodzi o pieniądze – dodała Iga ciszej. – Chodzi o to, czy ktoś chce dawać bez gwarancji zwrotu.
Wracałam do domu z ciężarem w klatce piersiowej. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że może to nie ja jestem zbyt wymagająca. Może po prostu próbowałam wpasować się w definicję miłości, która nigdy nie była moja.
Zrozumiałam, skąd ta zasada wzięła się u Oskara
Rozmowa wyszła przypadkiem, przy kolacji, którą zjedliśmy w ciszy. Oskar odłożył sztućce i zaczął opowiadać o spotkaniu z Damianem. Mówił o planach, inwestycjach, o tym, jak jego brat zawsze wszystko ma policzone z wyprzedzeniem. Słuchałam uważnie, aż w końcu zapytałam:
– Wy zawsze tak mieliście w domu?
Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.
– Jak?
– Wszystko dzielone. Równo. Bez wyjątków.
Uśmiechnął się, jakby to było oczywiste.
– Jasne. Rodzice zawsze mówili, że jasne zasady zapobiegają rozczarowaniom. Każdy wiedział, na czym stoi.
Mówił o tym z dumą. O tym, że nikt nikomu nic nie był winien. Że emocje nie powinny komplikować prostych spraw. Damian był dla niego dowodem, że ten system działa – stabilne życie, porządek, brak chaosu.
– A jeśli ktoś miał gorszy dzień? – zapytałam. – Jeśli potrzebował więcej?
Wzruszył ramionami.
– Wtedy też było sprawiedliwie. Nie można budować relacji na nierównowadze.
Słuchałam go i czułam, jak coś we mnie opada. Zrozumiałam, że dla Oskara miłość była konstrukcją, którą trzeba utrzymać w ryzach. Że spontaniczność kojarzyła mu się z ryzykiem, a dawanie bez liczenia – z potencjalną stratą.
– Ja nie chcę nikogo kontrolować – dodał spokojnie. – Chcę po prostu, żeby było jasno.
Skinęłam głową, bo nie miałam siły się spierać. W środku jednak pojawił się cichy żal. Nie do niego nawet, tylko do siebie, że tak długo myliłam spokój z bliskością. Zaczynałam rozumieć, że tego schematu nie da się lekko nagiąć. On był fundamentem.
Tym razem nie milczałam
Decyzja dojrzewała we mnie powoli, ale moment jej wypowiedzenia przyszedł nagle. Stałam w przedpokoju, zakładając płaszcz, kiedy Oskar zatrzymał mnie spojrzeniem.
– Wysłałem ci rozliczenie za ostatni tydzień – powiedział rzeczowo. – Dla porządku.
Coś we mnie pękło. Nie podniosłam głosu, nie zrobiłam sceny. Odwróciłam się do niego bardzo spokojnie.
– Oskar, a czy ty w ogóle chcesz coś dawać, jeśli nie masz pewności, że dostaniesz tyle samo?
Zmarszczył brwi.
– To nie tak. Ja chcę, żeby było uczciwie.
– Dla mnie uczciwość nie polega na tym – odpowiedziałam, czując, jak drży mi głos. – Ja nie chcę być księgową naszych uczuć.
Zapadła cisza. Patrzył na mnie, jakby próbował rozwiązać zadanie, które nagle zmieniło zasady.
– Przesadzasz – stwierdził po chwili. – Emocje nie powinny zaciemniać obrazu.
– A ja myślę, że bez nich ten obraz jest pusty – powiedziałam cicho. – Ja nie chcę miłości, którą trzeba ciągle sprawdzać, czy się opłaca.
Nie zaprzeczył. Nie próbował mnie przekonać. W jego oczach nie było złości, tylko niezrozumienie. I wtedy dotarło do mnie, że stoimy po dwóch stronach tej samej definicji, a żadna rozmowa nie zrobi z niej jednej. Wyszłam, czując jednocześnie ulgę i stratę. Wiedziałam już, że problemem nigdy nie były liczby, tylko to, że w jego świecie nie było miejsca na dawanie bez rachunku.
Miłość nie będzie dla mnie kosztem
Nie rozstaliśmy się tamtego dnia w sposób, który dałby ulgę albo jasność. Nie było decyzji wypowiedzianej na głos, spakowanych walizek ani dramatycznych gestów. Był dystans, który wszedł między nas cicho i już nie chciał wyjść. Zaczęliśmy funkcjonować obok siebie, ostrożni, uprzejmi, jakby każde z nas bało się powiedzieć o jedno zdanie za dużo.
Patrzyłam na Oskara i widziałam człowieka, który naprawdę wierzył, że robi dobrze. Że jego zasady chronią go przed stratą. A ja po raz pierwszy nie próbowałam tego zrozumieć za wszelką cenę. Przestałam tłumaczyć, wygładzać, szukać kompromisu tam, gdzie go nie było. Dotarło do mnie, że miłość, którą trzeba ciągle dzielić na pół, z czasem przestaje być czyjakolwiek.
Najbardziej bolała nie myśl o końcu, ale o iluzji. O tym, że stabilność, którą tak ceniłam, była ciszą zamiast bliskości. Że spokój nie zawsze oznacza bezpieczeństwo. Czasem jest tylko brakiem rozmowy o tym, co naprawdę ważne.
Zostałam z tą świadomością i z poczuciem straty, które nie miało jednego adresata. Wiedziałam jednak, że nie chcę już związku, w którym muszę uzasadniać swoje potrzeby jak pozycje w zestawieniu. Miłość nie była dla mnie kosztem. I nie chciałam już udawać, że może nim być.
Lena, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki liczyłam na romantyczne sceny rodem z harlekina. A w jeden dzień mąż przekreślił 10 lat wspólnego życia”
- „Teść zawsze był lekkoduchem, ale teraz to już przesada. Niech nie liczy, że będę go sponsorować w nieskończoność”
- „W walentynki zaprosiłem dziewczynę na wytworną kolację. Chciałem spalić się ze wstydu, gdy zobaczyłem, w czym przyszła”