Reklama

Nie wiem, kiedy dokładnie to się zaczęło. Może wtedy, gdy Artur przestał mnie całować na do widzenia? A może jeszcze wcześniej – kiedy przestałam się dziwić, że znów siedzi wieczorem przy komputerze zamiast obok mnie? Żyliśmy obok siebie. On – po swojemu. Ja – trochę z przyzwyczajenia. Tylko nasza córka czasem łączyła te dwa światy.

Mam 38 lat. Od dziesięciu lat jestem żoną Artura. Pracuję w wydziale komunikacji jako urzędniczka. Porządna żona, przyzwoita matka. Żadnych dramatów, żadnych ekscesów. Tyle że czasem, kiedy siedzę w łazience i myję zęby, patrzę na siebie w lustrze i widzę kobietę, która przestała marzyć. Ani nie jestem piękna, ani brzydka. Włosy związane gumką, cera ziemista, oczy zmęczone.

Artur też się zmienił. Kiedyś potrafił mnie rozśmieszyć jednym zdaniem, jedną miną. Dziś umie milczeć cały dzień. Coraz częściej zastanawiam się, czy w ogóle mnie jeszcze widzi. Czy jestem dla niego kimś więcej niż tylko matką jego dziecka i współlokatorką?

Wszystko zaczęło się od pralki. Stara wyła już jak opętana.

Trzeba kupić nową – powiedziałam przy śniadaniu. Artur podniósł wzrok znad telefonu i rzucił:

– To kup.

– Myślałam, że razem wybierzemy...

– Dla mnie wszystkie są takie same.

No i kupiłam. A w gratisie dostałam coś, czego się zupełnie nie spodziewałam.

Nie wiedziałam, jak się zachować

Pierwszy raz odebrałam od niego telefon, kiedy byłam w pracy. Przedstawił się grzecznie:

– Patryk Kowalski, bank W... Dzwonię w sprawie kredytu ratalnego na sprzęt AGD. To tylko chwila, musimy potwierdzić dane.

Brzmiał dość młodo. Trochę za bardzo się starał, ale było w jego głosie coś... ciepłego. Zaczęliśmy od formularza, skończyliśmy na tym, że opowiedział mi, że też mu się kiedyś zepsuła pralka i przez tydzień prał ręcznie, bo nie miał pieniędzy na nową. Roześmiałam się. Trochę za szczerze, trochę z zaskoczenia. Miło było z kimś tak po prostu porozmawiać.

Potem napisał. Mail służbowy. „Pani Karolino, proszę dać znać, czy wszystko działa. Miłego dnia”. Odpisałam, że tak, pralka przyszła, dziękuję. I że również życzę mu miłego dnia. Chwilę później przyszła odpowiedź: „Z pani wiadomości bije ciepło. Rzadko się to zdarza. To komplement”. Zamarłam z telefonem w dłoni. Z jednej strony – to tylko uprzejmość. Z drugiej – serce mi przyspieszyło. Przeczytałam jego wiadomość cztery razy. A potem... odpisałam. „Dziękuję. To bardzo miłe”.

Od tamtej pory pisał częściej. Z początku uprzejmie, czasem o niczym. A z czasem o tym, że jest mu ciężko, że praca go przytłacza. Pytał też o mnie. Co lubię, jak mi minął dzień. Nigdy natarczywie. Zawsze z uważnością.

Czułam, jak się uśmiecham do telefonu. Jak czekam na jego wiadomości. I jak robię coś, czego nie robiłam od lat – układam włosy, maluję usta. „Na wszelki wypadek” – tłumaczyłam sobie. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że kiedyś mogłabym go spotkać.

– Karolina, z kim tak piszesz ostatnio? – zapytał raz Artur przy kolacji.

– Z koleżanką z pracy – skłamałam bez zająknięcia.

Zaczęło się od kawiarni

– „A może kawa?” – napisał Patryk. – „Wiem, że to nietypowe, ale właśnie przechodzę obok urzędu. Mówiła pani, że pracuje przy Mickiewicza?”.

Zerknęłam na zegarek. 14:23. Właśnie zaczynałam przerwę obiadową.

„Kawa brzmi dobrze” – odpisałam po chwili wahania. – „W Nero? Jest tuż za rogiem”.

– „Idealnie” – odpisał. – „Mam nadzieję, że lubi pani gorzką. Ja nie dosładzam życia cukrem”.

Zanim dotarłam do kawiarni, serce mi waliło jak szalone. Miał na sobie grafitowy płaszcz i czarny szalik. On stał oparty o framugę drzwi, uśmiechnięty, trochę zawstydzony. Był młodszy niż myślałam. Może nie miał jeszcze trzydziestki. A jednak – nie było w nim nic chłopięcego.

– Karolina – podałam mu dłoń. Ujął ją delikatnie, jakby była z porcelany.

Rozmawialiśmy o wszystkim. O tym, jak urzędnicy mają opinię sztywniaków. O tym, jak praca w banku to głównie „gaszenie cudzych pożarów”. A potem nagle powiedział:

Fajnie z tobą porozmawiać. Jesteś... inna niż większość. Ciepła. Normalna.

Zarumieniłam się jak nastolatka. Czułam się lekko, głupio szczęśliwa. Zaczęliśmy spotykać się częściej. Raz pod pretekstem „mam papiery do podpisania”. Innym razem – „będę w okolicy, może spacer?”. Znałam już jego historię: miał wspólnika, który go wrobił w długi. Matkę z problemami. Dziewczynę, która uciekła, gdy wszystko się posypało. Chciałam go przytulić. Uratować. Być kimś, kto go nie zostawi.

W domu Artur nie zauważał, że przestałam nosić wyciągnięte swetry. Że maluję rzęsy. Że żyję.

Gdzie byłaś? – zapytał raz.

– W drogerii i w aptece – skłamałam.

Nie zapytał o nic więcej.

Mąż coś podejrzewał

– Ty chyba masz kochanka – powiedział Artur, nie odrywając wzroku od ekranu komputera.

Zastygłam w progu sypialni. Miałam mokre włosy, ręcznik przewieszony przez ramię, serce w gardle.

Co ty wygadujesz? – udało mi się wykrztusić.

– No wiesz. Ostatnio jakaś inna jesteś. Ciągle z telefonem. Uśmiechasz się do ekranu jak w liceum. Paznokcie robisz. Kiedy ostatnio ci się to zdarzyło?

Przecież to żałosne... – próbowałam się zaśmiać, ale głos mi zadrżał.

– A poza tym – dodał cicho – wypłynęła ostatnio jakaś rata. Nowy kredyt? Nie wiedziałem, że aż tyle kosztuje ta twoja pralka.

Odwróciłam się na pięcie i zamknęłam za sobą drzwi do łazienki. Stałam tam kilka minut, gapiąc się w swoje odbicie. Zdradzałam go. Może nie ciałem, jeszcze nie, ale sercem – tak. Czekałam na wiadomości Patryka jak w gorączce. Potrafiłam się śmiać z jego żartów przez pół dnia. Wiedziałam, kiedy ma przerwę w pracy. Gdzie lubi pić kawę. Jakie lubi książki. Wiedziałam więcej o nim niż o własnym mężu.

Tego samego wieczoru Patryk napisał: „Mogę cię dziś zobaczyć? Chociaż na chwilę. Źle mi bez ciebie”. Nie odpisałam od razu. Siedziałam w salonie, Artur po drugiej stronie kanapy. Córka u siebie, słuchawki na uszach. Każdy w swoim świecie. Odpisałam dopiero po godzinie: „Przyjedź. Tylko na chwilę”. Wyszłam niby na zakupy.

Wieczór spędziliśmy w jego aucie, na parkingu pod centrum handlowym. Nie dotknęliśmy się. Tylko rozmawialiśmy. Śmialiśmy się tak, że prawie zapomniałam, kim jestem. A byłam coraz bardziej kobietą na krawędzi niż kimkolwiek innym.

Prawda wyszła na jaw

Wróciłam z pracy wcześniej. Artur siedział przy stole w kuchni z plikiem papierów rozłożonych przed sobą. Wiedziałam, że coś się dzieje, zanim jeszcze otworzył usta.

– Przejrzałem konto – powiedział. – Spłacasz kredyt, o którym mi nie powiedziałaś. Na czterdzieści tysięcy złotych. Konsolidacja zadłużenia. Karolina, co ty najlepszego zrobiłaś?

Stałam w milczeniu. Nie umiałam się ruszyć, nie miałam siły kłamać. Patrzył na mnie inaczej niż zwykle – nie z obojętnością, tylko z czymś między wstrząsem a wściekłością.

To nie tak, jak myślisz… – zaczęłam, ale głos mi się załamał.

– A jak?! Co mam myśleć, skoro moja żona bierze kredyt na czterdzieści tysięcy złotych i nie mówi mi ani słowa? Co ty z tym zrobiłaś?

Usiadłam. Ręce mi drżały.

On… on miał długi – wyszeptałam. – Patryk. Nasz doradca. Pomogłam mu. Myślałam, że… że mu się uda. Że się odbije. On nie miał nikogo, Artur. Nikogo.

– A my? My to kto, Karolina? Ja? Nasza córka? My jesteśmy nikim? Oddajesz nasze pieniądze jakiemuś chłopakowi, bo cię adorował i powiedział, że jest biedny?!

– Nie chodzi tylko o to… On mnie rozumiał. Był dobry dla mnie. Nie czułam się przy nim przezroczysta…

Artur zerwał się od stołu, zepchnął krzesło.

– Przezroczysta?! Ja cię nie widziałem, bo nie chciałaś, żebym patrzył. Zasłoniłaś się tym chłopaczkiem jak parawanem.

– Przepraszam – powiedziałam tylko. Cisza po tym słowie była głośniejsza niż krzyk.

Po chwili wyszedł z mieszkania i nie wrócił na noc. Zostałam sama. Z cichym mieszkaniem, kredytem i myślą: „czy ja naprawdę zrobiłam to wszystko dla Patryka?”.

Dowiedziałam się najgorszego

Pojechałam do niego bez zapowiedzi. Nie odbierał od dwóch dni, a ja czułam, że coś się zmieniło. Przez telefon już nie pisał „tęsknię”, tylko „odezwę się później”. Nie dopytywał, co u mnie. Nie wysyłał żartów ani piosenek.

Patryk otworzył drzwi w dresie, jakby dopiero co wstał. Zaskoczenie na jego twarzy zgasło szybciej, niż się pojawiło.

– Karolina… nie sądziłem, że… wejdziesz?

Weszłam. Mieszkanie było trochę zaniedbane, puste. Jakby ktoś wyniósł stąd emocje. Przez chwilę staliśmy w ciszy.

Co się dzieje? – zapytałam w końcu. – Od kilku dni jesteś inny.

Westchnął i podrapał się po karku.

Wszystko się posypało. Dostałem wezwanie do sądu w sprawie zaległych spłat. Ten kredyt od ciebie… to pomógł, ale nie wystarczyło.

– Czemu mi nie powiedziałeś?

– Bo nie chciałem cię wciągać w jeszcze większe bagno.

Zamarłam.

– A nie pomyślałeś, że już jestem tam po uszy?

Usiadł na brzegu kanapy. Nie zaprosił mnie bliżej.

– Przepraszam. Chciałem dobrze.

Kochałeś mnie w ogóle? – zapytałam cicho.

Spojrzał na mnie zbyt długo, zanim odpowiedział.

– Nie wiem.

– Nie wiesz? Po tym wszystkim? Po tym, co dla ciebie zrobiłam?

Milczał. Tylko wzrok gdzieś poza mną. Jakby szukał wyjścia.

Ja ci zaufałam bardziej niż własnemu mężowi. Rozumiesz to?

– Nie chciałem… tak to się potoczyło…

Wstałam. Gardło mnie paliło. Łzy cisnęły się do oczu, ale nie dałam im wypłynąć.

– Wiesz co? Myślałam, że cię uratuję. Ale to tylko ja się utopiłam.

Zamknęłam za sobą drzwi. Wiedziałam, że to był koniec.

Dałam się oszukać

Artur się wyprowadził. Spakował się w ciszy. Zostawił mi klucze na kuchennym stole, obok pustego kubka po kawie. Nawet nie zapytał, czy czegoś potrzebuję. Córka… cóż, nie odzywa się do mnie od tygodnia. Zamknęła się w swoim pokoju i traktuje mnie jak obcą. Chyba właśnie nią się stałam.

W pracy udaję, że wszystko gra. Maluję rzęsy, nakładam pomadkę, śmieję się, gdy ktoś opowiada dowcip. W środku – wciąż czuję się pusta. Patrzę na harmonogram rat i próbuję sobie przypomnieć, w którym dokładnie momencie pomyliłam współczucie z zakochaniem.

Nie wiem, czy Patryk mnie oszukał celowo, czy po prostu był dobry w byciu ofiarą. Dziś to już nie ma znaczenia. Zostałam z kredytem, którego nie potrafię spłacić. Z rodziną, której już nie mam. Z twarzą, której nie rozpoznaję w lustrze.

To wszystko zaczęło się od głupiej pralki. Miała cicho prać i nie wyć jak potwór. Tymczasem rozwaliła mi życie. A raczej – była początkiem lawiny, którą sama uruchomiłam. Nie wiem, czy jeszcze komuś zaufam. Nie wiem nawet, czy powinnam. Najbardziej boli nie to, że zostałam sama. Tylko że pozwoliłam, by ktoś mnie zobaczył – i nic z tym nie zrobił. Może naiwność ma twarz uśmiechniętego chłopaka z banku. A może – moją.

Karolina, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama