Reklama

To miał być tylko rok. Dwanaście miesięcy rozłąki, które miały uratować nasz domowy budżet, spłacić kredyt i pozwolić nam wreszcie odetchnąć pełną piersią. Pamiętam ten wieczór dokładnie – zapach świec, gwar rozmów przyjaciół i ten dziwny, chłodny uśmiech na twarzy mojego męża, którego wtedy nie potrafiłam zinterpretować.

Czułam smutek, ale też nadzieję. Nie wiedziałam jeszcze, że to, co brałam za początek nowego rozdziału, było w rzeczywistości epilogiem naszego małżeństwa, a człowiek, którego rzeczy pakowałam do wielkiej walizki, już dawno przestał być tym, za kogo go uważałam. W tę noc widziałam go ostatni raz.

Ufałam mu bezgranicznie

Decyzja o wyjeździe Piotra do Norwegii nie zapadła z dnia na dzień. To był bolesny proces, pełen nocnych narad w kuchni przy przygaszonym świetle, kiedy liczyliśmy każdą złotówkę. Piotr był stolarzem, ale rynek w naszym małym miasteczku zaczął się kurczyć. Zamówienia przestały spływać, a raty kredytu za nasz wymarzony dom z ogródkiem rosły w zastraszającym tempie. Kiedy Jacek, dawny kolega ze szkoły, zaproponował mu pracę przy renowacji zabytkowych domów pod Oslo, wydawało się to darem od losu.

– To tylko rok, kochanie – powtarzał, gładząc mnie po policzku, gdy płakałam w poduszkę. – Zarobię, spłacimy większość długu i wrócę. Będziemy żyć spokojnie.

Chciałam mu wierzyć, bo nie było alternatywy. Dlatego, gdy zbliżał się termin wylotu, postanowiłam wyprawić mu huczne pożegnanie. Ostatki idealnie wpisywały się w ten termin. Chciałam, żeby poczuł nasze wsparcie. Przygotowania trwały dwa dni. Moja siostra, Monika, przyszła mi pomóc w kuchni. To ona jako pierwsza zauważyła, że coś jest nie tak.

– Nie wydaje ci się, że Piotr jest jakiś… nieobecny? – zapytała, obierając marchewkę. – Wczoraj minęłam go na mieście. Szedł z nosem w telefonie, nawet mnie nie zauważył. Wyglądał, jakby kłócił się z kimś przez słuchawkę.

Zlekceważyłam to, tłumacząc jego zachowanie stresem przed wyjazdem do obcego kraju.

– Może – mruknęła Monika, ale widziałam, że nie była przekonana.

Piotr w tym czasie siedział w garażu. Twierdził, że musi posegregować narzędzia, ale spędzał tam całe godziny. Kiedy wchodziłam z kubkiem gorącej herbaty, gwałtownie chował coś do kieszeni roboczych spodni i przyklejał do twarzy sztuczny uśmiech.

– Wszystko w porządku? – pytałam.

– Tak, Aniu. Po prostu sprawdzam, czy wszystko mam. Nie martw się.

Dziś wiem, że powinna mi się zapalić czerwona lampka, ale ufałam mu bezgranicznie. Byliśmy małżeństwem od dziesięciu lat. Myślałam, że znam go na wylot.

Jego zachowanie mnie zaniepokoiło

Impreza zaczęła się o osiemnastej. Dom szybko wypełnił się przyjaciółmi, sąsiadami i rodziną. Muzyka grała w tle, stół uginał się od jedzenia, a atmosfera była zaskakująco wesoła.

– Pokaż im tam, jak się pracuje w Polsce! – krzyczał wujek Staszek, klepiąc Piotra po plecach. – Za rok wrócisz jako król życia!

Piotr przyjmował życzenia z pokorą, ale jego oczy pozostawały chłodne. Siedział na szczycie stołu i zachowywał się nienaturalnie. Odpowiadał półsłówkami, unikał dłuższego kontaktu wzrokowego. Zrzuciłam to na karb zmęczenia. W pewnym momencie, gdy poszłam do kuchni po nową porcję ciasta, wpadła za mną Beata, żona Jacka – tego samego, który załatwił Piotrowi pracę.

– Słuchaj, Ania – zaczęła niepewnie, skubiąc rąbek serwetki. – Dziwna sprawa. Jacek dzwonił do tego norweskiego koordynatora, żeby potwierdzić przylot Piotra, i ten facet powiedział, że w ogóle nie mają go na liście na ten tydzień.

Zastygłam z nożem w ręku.

– Jak to? Przecież bilet jest kupiony, wylot jutro o szóstej rano. Może to jakaś pomyłka?

– Pewnie tak – Beata uśmiechnęła się nerwowo. – Wiesz, jaki tam mają bałagan. Jacek na pewno to wyjaśni. Nie chciałam cię martwić, po prostu… no, dziwne to.

Wróciłam do salonu z sercem bijącym jak oszalałe. Podeszłam do męża i nachyliłam się nad nim.

– Piotrek, Beata mówiła coś o problemach z listą pracowników. Jacek na pewno wszystko potwierdził?

Piotr nawet nie drgnął. Spojrzał na mnie i położył swoją dłoń na mojej. Była lodowata.

– Wszystko jest załatwione, kochanie. Beata pewnie coś pomyliła, wiesz, jaka ona jest. Rozmawiałem z Jackiem godzinę temu. Wszystko gra.

Jego głos był tak pewny, że mu uwierzyłam. Zagłuszyłam w sobie wątpliwości. Reszta wieczoru minęła w mglistej atmosferze pożegnań. Ostatni goście wyszli po północy.

Nasze ostatnie pożegnanie

Zostaliśmy sami w domu, który nagle wydawał się ogromny i pusty. Piotr wynosił naczynia, ja patrzyłam na jego spakowaną walizkę w przedpokoju – dużą, czarną, z czerwoną wstążką przy rączce.

– Muszę się zdrzemnąć – powiedział, stając w progu. – Taksówka będzie o trzeciej trzydzieści.

– Odwiozę cię na lotnisko – zaproponowałam, choć czułam, jak zmęczenie zwala mnie z nóg.

Nie ma mowy – zaprzeczył gwałtownie. – Jesteś wykończona po tej imprezie. Poza tym, nie zniosę pożegnania na lotnisku. Rozkleję się. Wolę pożegnać się tutaj, w domu.

To brzmiało romantycznie i logicznie. Zgodziłam się. Położyliśmy się, ale żadne z nas nie spało. Leżałam wtulona w jego plecy, czując jego oddech. Budzik zadzwonił o trzeciej. W kuchni, w świetle lampki nocnej, wypiliśmy ostatnią herbatę.

– Będę dzwonił, jak tylko kupię norweską kartę – obiecał. – Pamiętaj o opłatach za gaz, termin jest do dziesiątego. I nie martw się o nic. Ten wyjazd to nasza szansa.

Wstał, wziął walizkę i założył kurtkę. Podeszłam, by go przytulić. Objął mnie tak mocno, że aż zabrakło mi tchu. Wtedy po raz pierwszy tamtej nocy spojrzał mi głęboko w oczy i zobaczyłam w nich coś, co mnie przeraziło. To nie był smutek. To był czysty strach.

– Kocham cię, Aniu. Pamiętaj, że cokolwiek się stanie, robię to dla nas – szepnął.

– Wiem, Piotrek. Uważaj na siebie.

Wyszedł w zimną, lutową noc. Patrzyłam przez okno, jak światła taksówki znikają za zakrętem. Zostałam sama w domu pełnym brudnych naczyń i resztek jedzenia.

W końcu odkryłam prawdę

Pierwszy dzień minął na sprzątaniu i czekaniu. Kiedy minęła osiemnasta, a telefon wciąż milczał, zaczęłam się niepokoić. O dwudziestej zadzwoniłam. „Abonent czasowo niedostępny”. Drugi dzień był gorszy. Dzwoniłam co godzinę. Napisałam do Jacka: „Czy Piotr się odzywał? Dotarł na miejsce?”. Odpowiedź przyszła natychmiast: „Ania, sprawdziłem, on tam nie dotarł. Koordynator dzwonił, że nikt się nie stawił”.

Ziemia usunęła mi się spod stóp. Zaczęłam działać w trybie awaryjnym. Ubłagałam kobietę na infolinii lotniska, by sprawdziła listę pasażerów.

– Przykro mi, ale na liście pasażerów lotu do Oslo nie ma nikogo takiego. Nikt o tym nazwisku nie odprawił się wczoraj rano.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Wypadek? Szpital? Dzwoniłam wszędzie. Nic. Wróciłam do domu, miotając się jak zwierzę w klatce. Instynkt zaprowadził mnie do garażu. Zaczęłam przetrząsać półki, aż odsunęłam stary regał. Za nim, wciśnięta w kąt, leżała sterta nieotwartych listów.

Wezwania do zapłaty. Z banków, o których nie miałam pojęcia i z firm pożyczkowych oferujących „szybką gotówkę”. Daty sięgały pół roku wstecz. Kwoty były przerażające: pięć tysięcy, dziesięć, piętnaście. Łącznie blisko sto tysięcy złotych. Piotr tonął w długach, a ja żyłam w nieświadomości, planując kolorowe zasłony do salonu.

Zrozumiałam wtedy jego zachowanie. Ten strach w oczach, tę sztuczność. Wyjazd do Norwegii nie był szansą na zarobek. Był ucieczką. Tydzień później zadzwoniła teściowa. Z płaczem podała mi kartkę wyrwaną z zeszytu w kratkę – list od Piotra. „Mamo, przeproś Anię. Nie mogłem jej tego powiedzieć w twarz. Zniszczyłem wszystko. Długi mnie zjadły. Nie szukajcie mnie. Kiedyś to naprawię”.

Czytałam te słowa, nie wierząc w nie. Impreza pożegnalna, toasty, pożegnania – to wszystko było farsą. On siedział przy stole i wiedział, że to koniec. Najgorsze nie były długi. Długi można spłacić, można ogłosić upadłość, można walczyć. Najgorsza była zdrada zaufania. Zostawił mnie z wierzycielami i komornikiem. Musiałam sprzedać wymarzony dom, by spłacić część wspólnych długów. Wróciłam do małego mieszkania po rodzicach.

Okazał się tchórzem

Minęły trzy lata. Powoli stawałam na nogi, pracując na dwa etaty. O Piotrze nie było żadnych wieści. Aż pewnego letniego popołudnia algorytm w mediach społecznościowych zasugerował mi profil znajomej z Bieszczad. Na zdjęciu z grilla, w tle, stał mężczyzna. Odwrócony profilem, z brodą, w czapce z daszkiem. Ale poznałam ten gest. Sposób, w jaki trzymał kubek z kawą – dwoma rękami, z lekko uniesionym małym palcem.

Serce podeszło mi do gardła. To był on. Napisałam do właścicielki profilu, zmyślając historię o poszukiwaniu stolarza.

– A, to pan Paweł – odpisała. – Złota rączka, mieszka w sąsiedniej wiosce. Cichy, niewiele mówi o sobie, ale meble robi piękne.

Paweł. Siedziałam przed monitorem, patrząc na twarz człowieka, który był moim mężem. Uciekł od odpowiedzialności i ode mnie, budując swoje nowe życie z kłamstw. Przez chwilę chciałam tam pojechać. Wykrzyczeć mu w twarz cały ból, zniszczyć jego fałszywy spokój, kogoś zawiadomić. Ale potem spojrzałam na swoje małe mieszkanie, na kwiaty na balkonie, na odzyskany z trudem spokój.

Zrozumiałam, że jeśli tam pojadę, znowu wciągnę go do swojego życia. A ja już go tam nie chciałam. Piotr, którego kochałam, zniknął tamtej nocy w taksówce. Człowiek w Bieszczadach był kimś obcym. Ostatecznie nigdzie nie pojechałam.

Tamta impreza ostatkowa była pożegnaniem z moim naiwnym wyobrażeniem o miłości i lojalności. Dziś, gdy patrzę wstecz, nie czuję już gniewu. Czuję ulgę. Bo najgorszą prawdą jest życie w kłamstwie, a on uwolnił mnie od niego, choć w najbardziej tchórzliwy sposób, jaki można sobie wyobrazić.

Anna, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama