„Ferie dla starca to czas samotności. Nie sądziłem, że w górskim pensjonacie, ktoś jeszcze zobaczy we mnie mężczyznę”
„Siedziałem tam, udając, że rozkoszuję się widokiem ogrodu, choć bardziej obserwowałem ludzi niż drzewa. Właśnie wtedy pierwszy raz ją zauważyłem. Miała w sobie coś niepasującego do reszty. Jakby przez pomyłkę ktoś ją tu przywiózł, zostawił i zapomniał odebrać. Przysiadła się obok mnie bez pytania”.

- Redakcja
Kiedy przyjechałem do tego pensjonatu, właściwie nie miałem wobec niego żadnych oczekiwań. Nie liczyłem na rozrywki, nowo zawarte przyjaźnie czy biesiady do białego rana – takie rzeczy to już nie na moją głowę. Może nawet celowo wybrałem miejsce, gdzie większość ludzi przyjeżdża z własnym bagażem, i nie mam tu na myśli wyłącznie walizek na kółkach, ale cały ten zestaw rozbuchanych oczekiwań, rodzinnych dram, marzeń o drugim życiu, o których wszyscy chętnie by porozmawiali, tylko nie ze mną. Zresztą, trudno się dziwić – nie pasowałem do ich układanki.
Wszyscy od razu patrzyli na mnie jak na jakiegoś dziwaka, co to nawet na śniadaniu woli siedzieć przy oknie, udając, że przegląda gazetę, choć druk jest za mały, żeby coś widzieć bez okularów. Nikt nie wpadł na pomysł, żeby się przysiąść albo zagaić rozmowę, choćby z grzeczności. Po kilku dniach zdążyłem się już przyzwyczaić do tej ciszy, która wokół mnie gęstniała z każdym kolejnym dniem pobytu. Tak naprawdę nie przeszkadzało mi to – cisza towarzyszyła mi już od lat i była jedyną rzeczą, która się nigdy nie narzucała. Nie podejrzewałem nawet, że ktokolwiek tu odważy się przerwać tę harmonię mojego samotnego spokoju.
Ucieszyłem się jak dzieciak
Nie pamiętam już, który to był dzień mojego pobytu, bo wszystkie wyglądały podobnie – śniadanie podane na tacy, którą kelnerka zostawiała na stoliku z taką miną, jakby spodziewała się, że zaraz na nią nakrzyczę za rozgotowane jajko. Potem kawa na tarasie, gdzie jedyną rozrywką było podglądanie innych gości, jakby to byli aktorzy w kiepskiej sztuce. Siedziałem tam, udając, że rozkoszuję się widokiem ogrodu, choć bardziej obserwowałem ludzi niż drzewa. Właśnie wtedy pierwszy raz ją zauważyłem. Miała w sobie coś niepasującego do reszty – jakby przez pomyłkę ktoś ją tu przywiózł, zostawił i zapomniał odebrać. Przysiadła się obok mnie bez pytania, tak zwyczajnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
– Zimno dzisiaj – rzuciła, zerkając na mnie spod grzywki. – Ma pan ochotę na spacer?
Od razu wiedziałem, że nie traktuje mnie jak niewidzialnego staruszka, którym tak lubiłem być dla innych. Przez chwilę udawałem, że muszę się namyślić, ale prawda była taka, że ucieszyłem się jak dzieciak.
– Nie wiem, czy nadążę za pani tempem – mruknąłem, patrząc w bok, bo trochę głupio było mi się cieszyć.
– A kto mówi o tempie? – uśmiechnęła się. – Przecież nie będziemy się ścigać.
– Zawsze pani tak zaprasza obcych ludzi na spacery? – spytałem z lekkim przekąsem.
– Zawsze, gdy widzę, że ktoś siedzi sam, jakby jakąś karę odbywał – odparła, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Nie miałem siły się dłużej opierać. Wstałem powoli, poprawiając marynarkę, choć i tak była wygnieciona na łokciach.
– No dobrze, ale ostrzegam – jak mnie coś zaboli, to pani będzie mnie musiała zaciągnąć z powrotem.
– Ryzyk-fizyk – odparła z uśmiechem.
Ruszyliśmy razem w stronę parku, a ja poczułem się, jakbym faktycznie miał przed sobą całkiem nowy początek.
Byłem jej bardzo ciekaw
Spacerowaliśmy po alejkach, mijając rozbawione rodziny i emerytów z kijkami, którzy już o ósmej rano wyglądali, jakby zaliczyli półmaraton. Szliśmy powoli, czasem w milczeniu, ale to było takie milczenie, w którym coś się działo. Ona rozglądała się dookoła, jakby nigdy wcześniej nie widziała drzew. Ja udawałem, że skupiam się na ścieżce, choć w rzeczywistości bardziej interesowało mnie, co jeszcze powie.
– Wie pan, dlaczego ludzie tu przyjeżdżają? – zapytała nagle, przystając przy ławce.
– Żeby się pochwalić, że byli w spa, a potem wrzucić zdjęcie do internetu – odparłem złośliwie.
Parsknęła śmiechem.
– No proszę, w końcu ktoś to powiedział na głos. Myślałam, że jestem jedyna, która widzi te wszystkie ustawiane fotki z kawą i widokiem na ogród.
Usiedliśmy na ławce, ja ciężko, ona z jakąś lekkością, której mogłem tylko pozazdrościć.
– Pani chyba tu nie pasuje – powiedziałem, przyglądając się jej ukradkiem.
– A pan? – odbiła piłeczkę. – Pan wygląda, jakby celowo zajął miejsce z dala od wszystkich. Coś pan ukrywa?
Wzruszyłem ramionami.
– Raczej nie mam nic do ukrycia. Ludzie po prostu mnie nie obchodzą. Pani też nie wygląda na kogoś, kto przyjeżdża tu po nowe przyjaźnie.
– Mąż mnie tu przywiózł, bo twierdzi, że potrzebuję odpoczynku – machnęła ręką. – Chyba po prostu miał dosyć mojego gadania. Wyjechał na służbową konferencję, a mnie zostawił na pastwę losu.
– To przynajmniej pani nie musi udawać, że świetnie się bawi. Większość tutaj robi dobrą minę do złej gry.
Spojrzała na mnie uważnie.
– Z panem nie trzeba udawać. Dziwne, dawno nie czułam się tak swobodnie z kimś obcym.
Nie wiedziałem, czy to komplement, czy ostrzeżenie, ale nagle poczułem, że sam trochę przestaję się pilnować.
Wreszcie mogłem być sobą
Zrobiliśmy jeszcze kilka kółek po parku, wymieniając się złośliwymi uwagami na temat innych gości pensjonatu. Było w tym coś dziwnie oczyszczającego – wreszcie można było być sobą, bez gry pozorów, bez tych wszystkich pustych uśmiechów.
– Widzi pan tamtą parę przy fontannie? – rzuciła cicho, kiedy mijaliśmy małżeństwo w identycznych polarach.
– Jakby się bali, że się zgubią bez siebie – odpowiedziałem. – Albo że ktoś ich pomyli i nie rozpozna, kto jest z kim.
Zaśmiała się, ale zaraz spoważniała.
– Mój mąż kupił mi kiedyś taki sam sweter jak sobie. Twierdził, że to urocze. Prawie się wtedy z nim rozstałam.
– Nie lubi pani identycznych sweterków? A ja myślałem, że to klucz do szczęścia – przewróciłem oczami.
– Klucz do śmieszności, raczej. Proszę mi wierzyć, znam się na tym.
Na chwilę zapadła cisza. Czułem, że zaraz zapyta mnie o coś poważniejszego – i rzeczywiście.
– A pan? Sam tu pan przyjechał, czy ktoś pana zostawił na pastwę losu, jak mnie?
Zamyśliłem się na moment.
– Sam. Dzieci uznały, że taki wyjazd dobrze mi zrobi. Chyba liczyły, że sobie tu kogoś znajdę i przestanę im truć o zupie z proszku.
– Czyli też ofiara rodzinnych dobrych rad – skinęła głową ze zrozumieniem. – Ja za karę, że jestem za głośna, pan – za marudzenie o jedzeniu.
– Na stare lata człowiek zostaje sam, a wszyscy wokół udają, że mu pomagają. Najlepiej wysłać na jakiś turnus i mieć z głowy.
– Nie jest panu przykro?
– Szczerze? Nie. Mam wrażenie, że po raz pierwszy od dawna nikt ode mnie niczego nie chce. Nawet kawę mogę wypić, kiedy chcę, a nie wtedy, kiedy ktoś naleje.
Uśmiechnęła się do siebie.
– W takim razie zapraszam pana jutro na kawę. O dowolnej porze.
Patrzyła mi prosto w oczy
Z samego rana czekała już na mnie na tarasie z dwoma filiżankami kawy. Podniosłem brwi, widząc, że na stoliczku leżą też dwa kawałki ciasta i jakieś gazetki dla emerytów.
– No, niech pan się nie krępuje – zawołała, machając ręką. – Dzisiaj mamy dzień narzekania. Temat przewodni: „Jak bardzo wszystko kiedyś było lepsze”.
Parsknąłem śmiechem i usiadłem obok niej.
– Kawa nawet smakuje jak za dawnych lat – powiedziałem, biorąc łyk. – Albo po prostu tak mi się wydaje, bo od tygodnia piję rozpuszczalną.
– Proszę się nie przyzwyczajać. Jutro wracam do domu, znowu będę piła to, co mi mąż przygotuje, a on nawet wodę na herbatę przypala.
Spojrzałem na nią z ukosa.
– To nie chce się pani tutaj zaszyć na stałe? Zawsze moglibyśmy razem narzekać na młodzież i pogodę. Może nawet założyć kółko wzajemnej irytacji.
– Nie wiem, czy byśmy się nie pozabijali w tydzień – rzuciła, ale już się uśmiechała. – A poza tym… mam życie do ogarnięcia. Chociaż czasem naprawdę kusi mnie, żeby wszystko zostawić i zostać tu na zawsze.
Pokręciłem głową.
– Wie pani, czego najbardziej nie lubię w takich miejscach? Tej całej atmosfery „nowego początku”. Wszyscy udają, że zaczynają od zera, a potem i tak wychodzą z nich stare nawyki.
– Może właśnie o to chodzi – odparła cicho. – Może trzeba sobie na chwilę wyobrazić, że można być kimś innym. Chociaż przez te kilka dni.
Zamilkliśmy na moment, patrząc, jak do tarasu podchodzi młody chłopak z obsługi, wyraźnie zaintrygowany naszą rozmową. Zostawił nam po jeszcze jednej kawie, wymieniając z nami spojrzenie, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał.
– Widzi pan, nawet młodzi czują się tu starzy – westchnęła, wskazując na kelnera. – A my? Co z nami?
Wzruszyłem ramionami.
– Może nie jesteśmy już młodzi, ale przynajmniej mamy prawo pić kawę bez przymusu i towarzystwa polaru w paski.
– I z kim chcemy – dodała, patrząc mi prosto w oczy.
Coś leżało jej na sercu
Po południu znowu spotkaliśmy się w ogrodzie. Usiadłem na ławce w cieniu wielkiego kasztanowca, ona dołączyła, niosąc dwie szklanki lemoniady. Tym razem nie siliła się na żarty, jakby coś jej leżało na sercu.
– Wie pan, co mnie tu najbardziej zaskoczyło? – zapytała nagle, siadając blisko. – Że jeszcze potrafię się z kimś dogadać. Tak zwyczajnie. Bez udawania, bez potrzeby wyjaśniania wszystkiego od początku.
– To znaczy, że mąż nie jest rozmowny? – spytałem z lekką ironią, bo nie zamierzałem udawać ciekawszego, niż byłem.
– On mówi dużo. Najczęściej do siebie. Albo do telewizora. Do mnie raczej nie – odpowiedziała, przewracając oczami.
– Zazdroszczę. Ja mam dzieci, które dzwonią do mnie co niedzielę, żeby się upewnić, czy jeszcze żyję. Poza tym cisza.
Uśmiechnęła się smutno.
– A ja wracam do domu, gdzie czeka na mnie lista rzeczy do zrobienia i facet, który od lat nie pytał, jak się czuję.
Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, cienie robiły się coraz dłuższe.
– Myśli pan, że takie spotkania mają sens? – spytała cicho, jakby bała się własnych słów.
– Szczerze? – spojrzałem jej prosto w oczy. – Pewnie, że mają. Chociażby po to, żeby przypomnieć sobie, że jeszcze coś w nas jest.
– Gdyby nie ten spacer, przesiedziałabym cały tydzień w pokoju, obrażona na cały świat. A tak... – wzruszyła ramionami. – Trochę mniej mi żal, że muszę wracać.
– Może kiedyś znowu przyjedziemy w to samo miejsce – rzuciłem niepewnie. – W końcu lubi pani kawę i lemoniadę.
– A pan marudzić na ludzi – dodała szybko. – To byłaby wyjątkowo udana powtórka.
Siedzieliśmy jeszcze chwilę razem, w tej cichej zgodzie na siebie nawzajem. Pierwszy raz od dawna nie bałem się, że następny dzień przyniesie tylko pustkę.
Zrobiło mi się przykro
Ostatniego dnia, tuż przed śniadaniem, spotkaliśmy się jeszcze raz, zupełnie przypadkiem, na korytarzu. Miała już spakowaną torbę i wyglądała, jakby czekała tylko na znak, żeby zniknąć stąd raz na zawsze. Mimo wszystko zatrzymała się, odwróciła i uniosła rękę w niemal teatralnym geście.
– No i co, panie tajemniczy? Koniec turnusu, wracamy do swojej codzienności – powiedziała, próbując zabrzmieć lekko, ale głos jej się trochę łamał.
Zatrzymałem się, szukając słów, których nigdy nie miałem odwagi wypowiadać.
– To co, udajemy, że się nie znamy, jeśli kiedyś przypadkiem się miniemy na ulicy?
Pokręciła głową z uśmiechem.
– Wręcz przeciwnie. Chciałabym panu kiedyś powiedzieć: „Dzień dobry, znowu pan marudzi?”. Chyba będzie mi tego brakowało.
Zrobiło mi się niespodziewanie przykro. Tak, jakby miała zaraz zabrać ze sobą kawałek tego nowego, dziwnie ożywionego mnie. Oparłem się o ścianę.
– Wie pani, że od dawna nie miałem ochoty nikogo odwiedzić, a teraz naprawdę żałuję, że nie mam pani adresu.
Wyciągnęła z torebki kartkę, zapisała coś szybko i podała mi ją, prawie nie patrząc w oczy.
– Na wszelki wypadek. Może kiedyś się pan odważy napisać. Ale tylko bez tych swoich zgryźliwości.
Schowałem kartkę do kieszeni, jakby to był najważniejszy dokument w moim życiu.
– Zobaczymy, czy mi się uda – mruknąłem. – Może napiszę, może nawet zadzwonię. I wtedy pani znowu mnie zaprosi na spacer?
– Może. Pod jednym warunkiem – odpowiedziała stanowczo. – Że tym razem to pan wybierze trasę.
Patrzyłem, jak odchodzi, a potem jeszcze przez chwilę zostałem w pustym korytarzu, czując się jednocześnie lżej i jakoś dziwnie młodziej. I choć wiedziałem, że zaraz wrócę do mojego nudnego, starego życia, nie żałowałem ani minuty tego spaceru, tej rozmowy, tego zwykłego „bycia z kimś”.
Tadeusz, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Romans podczas ferii miał być jednorazową przygodą. Po czasie wyszło, że kochanka miała swój mały sekrecik”
- „Nie stać mnie na ferie w górach dla dzieci, więc wzięłam pożyczkę. Ich radość jest dla mnie cenniejsza niż złoto”
- „Były mąż pojechał z naszym synem na ferie do Szczyrku. Żałuję, że się zgodziłam, bo było o włos od tragedii”