Reklama

To miała być nasza pierwsza prawdziwa podróż jako małżeństwa – wyczekiwana, planowana z zegarmistrzowską precyzją, wyśniona. Narty w Szwajcarii, śniadania z widokiem na zaśnieżone szczyty, wspólne chwile w gorących źródłach, wieczory przy winie i fondue. Oboje byliśmy zmęczeni przygotowaniami do ślubu, emocjami i całą tą otoczką, która z czasem przestała być romantyczna, a zaczęła przypominać projekt zarządzania kryzysowego.

Marzyliśmy, żeby po prostu uciec – fizycznie i psychicznie. Ja wyobrażałam sobie, jak zjeżdżamy razem po idealnie przygotowanych stokach, a on – jak leżymy w spa, śmiejąc się z zupełnie błahych rzeczy. Żadne z nas nie przewidziało, że ta podróż poślubna stanie się czymś zupełnie innym. Narty zamieniliśmy na kapcie, widok na góry – na widok z okna na sąsiedni blok, a Szwajcarię – na Radom. I choć śnieg też był, to cała reszta nie miała z bajką wiele wspólnego.

Czułam, że coś będzie nie tak

Walizki leżały już spakowane pod drzwiami. Ja krążyłam po mieszkaniu, sprawdzając po raz piąty, czy wszystko mamy – paszporty, potwierdzenia rezerwacji, bilety na samolot, apteczkę, czapki, gogle. On siedział przy kuchennym stole i wpatrywał się w telefon. Oczywiście, znów coś służbowego. Niby miał wziąć wolne, ale ja wiedziałam, jak to wygląda – nie potrafił całkiem się odciąć.

– Wszystko ogarnięte? – rzucił, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Ogarnięte, tylko czy ty ogarniesz wyjazd? – odpowiedziałam, zerkając na niego z ukosa.

– Przecież jestem, nie?

– Fizycznie tak. Psychicznie chyba nadal w firmie.

Nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i wstał, żeby włożyć buty. Był późny wieczór, za oknem prószył śnieg, a my mieliśmy przed sobą kilka godzin snu, zanim ruszymy na lotnisko. Wszystko było dopięte. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. W nocy nie mogłam spać. Z nerwów? Z ekscytacji? A może coś podświadomie przeczuwałam. Leżałam w ciemności, słysząc jego spokojny oddech. Aż dziw, jak on potrafił tak po prostu zasnąć, kiedy ja przewracałam się z boku na bok, wyobrażając sobie każdy szczegół nadchodzącej podróży.

Lawina komplikacji

Pobudka o czwartej rano. Lot o siódmej. Zimna kawa w termosie, szybkie pakowanie kanapek do plecaka i ostatnie spojrzenie na mieszkanie. Wzięłam jego rękę, kiedy zamykaliśmy drzwi. Uśmiechnął się do mnie lekko, jakby w końcu zrozumiał, że to nasz czas. Taksówka czekała na dole. Droga na lotnisko przebiegła bez problemów. Na lotnisku ludzi było jak mrówek. Odprawa poszła sprawnie, ale przy kontroli bagażu mój paszport zniknął jak kamfora. Przeszukałam wszystko, każde przegródki plecaka, kurtkę, kosmetyczkę. On milczał, coraz bardziej blady.

– Zostawiłaś go w taksówce? – zapytał nagle.

Nie odpowiedziałam. Zadzwoniliśmy pod numer firmy, która nas wiozła, ale nikt nie odbierał. Obsługa lotniska próbowała pomóc, ale czas leciał szybciej niż samoloty. W końcu stało się jasne – bez paszportu nie polecę. Rezerwacja przepadła, ubezpieczenie nie obejmowało takiej sytuacji, a hotel w Szwajcarii nie przyjmował rezygnacji z dnia na dzień. Siedzieliśmy potem na plastikowych krzesełkach, ja z głową w dłoniach, on wpatrzony w rozkład lotów. Mieliśmy być już w powietrzu. Tymczasem tkwiliśmy na warszawskim Okęciu z walizkami pełnymi ciepłych ubrań i planami, które właśnie się posypały.

Zagotowałam się w środku

Wracaliśmy pociągiem do jego rodziców. Mieszkali w Radomiu, a że do ich domu było najbliżej, uznaliśmy to za tymczasowe rozwiązanie. Wciąż miałam nadzieję, że może znajdziemy jakiś last minute, może uda się coś jeszcze uratować. On nie chciał słyszeć o ponownych planach. Patrzył przez okno, jakby to nie mnie obok miał, tylko przypadkowego współpasażera.

Po przyjeździe jego mama powitała nas z entuzjazmem, który kłuł mnie w uszy.

– No to niespodzianka! Tak się cieszę, że jesteście! – krzyczała, wciskając mi w dłonie filiżankę z herbatą.

Siedzieliśmy w kuchni jak goście, których nikt się nie spodziewał. On opowiadał coś o „problemach z paszportem”, z uśmiechem, jakby to była śmieszna anegdotka, nie katastrofa naszego życia. Ja gotowałam się w środku. Wieczorem, gdy zamknęliśmy się w pokoju, wybuchłam.

– Naprawdę zamierzasz tak to zostawić? Mieliśmy być w Szwajcarii, a siedzimy w twoim dziecięcym pokoju!

– Co mam zrobić? Wyczarować ci nowy paszport?

– Chociaż spróbować mnie zrozumieć!

– Zrozumieć? A może ty mnie zrozum! Dla mnie to też nie jest wymarzony urlop!

Tego wieczoru zasnęliśmy plecami do siebie. W domu jego rodziców, z widokiem na podwórko, nie na góry.

Z Radomia nie widać szczytów

Kolejny dzień w Radomiu wyglądał dokładnie tak, jak się spodziewałam – szare ulice, brudne samochody, gwar w centrum, zamiast ciszy i białego śniegu. Spacerowaliśmy po parku, próbując choć na chwilę poczuć, że jesteśmy na wakacjach. Zamiast górskich widoków – bloki, place zabaw i stary pomnik na środku skweru. Czułam w sobie frustrację narastającą z każdą minutą.

– Możemy chociaż pojechać gdzieś poza miasto? – zapytałam.

– A po co? Tutaj też jest przyjemnie – odpowiedział z lekkim uśmiechem, który miał przypominać pogodę ducha, a wcale jej nie przypominał.

W drodze powrotnej wpadliśmy na małą kawiarnię. Zamiast czekolady na gorąco w alpejskim stylu, dostaliśmy rozgrzaną, zbyt wodnistą herbatę. Siadłam przy stoliku, patrząc na jego twarz. Chciałam, żeby poczuł to, co ja – rozczarowanie, żal, złość wymieszaną z absurdalnością sytuacji. On jedynie kręcił łyżeczką w filiżance, niby spokojny, a ja chciałam krzyczeć. Wieczorem wróciliśmy do domu jego rodziców. Cisza w pokoju była gęsta, jakby same ściany czuły nasze zawiedzione oczekiwania. Ja przeglądałam zdjęcia z miejsc, które mieliśmy zobaczyć, on przewracał się na boku. Każde z nas zanurzone w swoich myślach – ja w poczuciu zmarnowanej przyjemności, on w poczuciu winy, którego nie potrafił wyrazić słowami. Nasza podróż poślubna miała być pełna śniegu i śmiechu, a zamieniła się w ciche lekcje pokory i przewartościowania planów.

Cisza w pokoju gościnnym

Dni w Radomiu upływały powoli, jakby czas tu płynął inaczej niż w naszych wyobrażeniach o Alpach. Poranki w kuchni, rozmowy przy śniadaniu, które stawały się coraz bardziej wymuszone, a wieczory w pokoju gościnnym przynosiły ciszę gęstą od napięcia. Patrzyłam na niego, gdy siedział na fotelu, wpatrzony w telewizor, który wcale nie przyciągał jego uwagi. Chciałam coś powiedzieć, wyrazić frustrację, a jednocześnie bałam się, że każda wymiana słów sprowadzi nas na kolejne dno.

– Może pójdziemy na spacer? – rzucił w końcu, próbując brzmieć lekko.

– Tak, żeby zobaczyć bloki? – odparłam sarkastycznie, choć głos drżał mi od nagromadzonych emocji.

– Przynajmniej wyjdziemy z domu – mruknął, nie patrząc na mnie.

Szliśmy ulicami, wzdłuż szarych kamienic, mijając sklepy i dzieci wracające ze szkoły. Każdy krok był jak przypomnienie, że marzenia o śniegu i nartach zamieniły się w coś zwyczajnego i przyziemnego. W głębi serca oboje czuliśmy, że nie da się tego nadrobić. Próbowaliśmy uśmiechać się do siebie, żartować, ale wszystko było sztuczne, jakbyśmy odgrywali scenę, której nikt nie chciał napisać. Tamtego wieczoru siedziałam na parapecie, patrząc na ulicę, którą znałam z dzieciństwa jego rodziny, a on zasypiał na kanapie. Cisza była naszą wspólną rozmową, głośniejszą niż wszystkie słowa. Podróż, która miała być niezapomniana, stała się lekcją, jak odnaleźć się w nieprzewidzianych okolicznościach, nawet jeśli serce wciąż tęskniło za czymś innym.

Ciężka próba codzienności

Ostatni dzień w Radomiu nadszedł cicho, bez fanfar i planów na spektakularne zakończenie. Pakowaliśmy walizki, uważnie składając ubrania, jakby samo uporządkowanie rzeczy mogło uporządkować też emocje. On siedział na łóżku, patrząc przez okno, a ja próbowałam wyobrazić sobie, że jeszcze gdzieś czekają na nas wspaniałe górskie stoki, choć wiedziałam, że to już niemożliwe. W głowie przewijały się wszystkie momenty ostatnich dni – nieudany lot, spacer po szarych ulicach, cisza w pokoju gościnnym. Każdy z tych obrazów był tak realny, że góry wydawały się być teraz tylko odległym snem.

– Może następnym razem uda nam się wreszcie polecieć – powiedział cicho, nie patrząc na mnie.

– Następnym razem… – powtórzyłam, uśmiechając się lekko, choć w sercu miałam mieszankę żalu i akceptacji.

Przynajmniej byliśmy razem, nawet jeśli wszystko inne zawiodło. I choć podróż nie była taka, jak planowaliśmy, miała w sobie coś, czego nie da się kupić ani zaplanować – lekcję, że wspólne chwile liczą się bardziej niż miejsce, w którym jesteśmy. W drodze powrotnej do domu oboje milczeliśmy, czasem wymieniając krótkie spojrzenia. Nie potrzebowaliśmy słów, by wiedzieć, że mimo chaosu i zmarnowanych planów, to była nasza podróż poślubna – inna, nieidealna, a jednak prawdziwa. W Radomiu, pośród zwykłych bloków i ulic, znaleźliśmy coś, czego nie przewidzieliśmy – siebie nawzajem w codzienności.

Weronika, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama