Reklama

Zawsze mówiłam, że wracam tu tylko po to, żeby odpocząć. „Wieś dobrze robi na głowę”, „trzeba się przewietrzyć”, „oderwać od miasta” – takie frazesy mam opanowane do perfekcji, powtarzam je nawet bez zająknięcia. Ale prawda jest taka, że wracam tu, żeby się ukryć. Przed ludźmi, przed sobą, przed życiem, które miało być ambitne, a stało się jakieś takie… rozmemłane. Jestem przed 30 i pracuję w agencji reklamowej. W dużym mieście, z widokiem na jeszcze większe korki.

Od poniedziałku do piątku wymyślam hasła, które mają sprzedać produkty, których sama nie kupuję. Każdego dnia jem lunch w plastiku i wieczorami zmywam makijaż, którego nikt nie zauważył. Nie mam kota, bo nie mam czasu. Nie mam chłopaka, bo nie mam ochoty. Mam kredyt na kawalerkę, która śmierdzi samotnością. Wjeżdżając na wieś, wyłączyłam telefon. Nie z powodu braku zasięgu. Po prostu nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział, gdzie jestem. Nawet ja nie wiedziałam, po co tu przyjechałam. Może z lęku, że jeśli nie przyjadę, to się rozsypię.

– Ooo, panienka z wielkiego świata zjechała! – zawołał mój brat Bartek, gdy tylko wysiadłam z autobusu.

Stał na przystanku z papierosem w ustach i tym swoim cwaniackim uśmiechem, który pamiętam jeszcze z podstawówki.

– Zamknij się, Bartek – mruknęłam i poprawiłam kaptur bluzy. – Przyjechałam, bo stęskniłam się za twoim ogólnym nieogarnięciem.

– No patrz, a ja myślałem, że za naszą wodą z kamieniem i zimną podłogą w łazience – zaśmiał się i objął mnie jednym ramieniem. – Dobra, chodź, mama zrobiła twoje ulubione pierogi. Z trudem, ale zmusiła się.

Wzięłam głęboki wdech. Pachniało czymś znajomym, dymem i... jakąś nadzieją. Albo może tylko gnojowicą z pola.

– Ale wiesz – dodał Bartek po chwili ciszy, patrząc przed siebie. – Jak będziesz tak siedzieć w domu, to się naprawdę rozsypiesz. Jest w sobotę potańcówka w remizie. Idziemy.

– Chyba cię porąbało – odparłam bez zastanowienia.

– Może mnie porąbało, ale i tak idziesz.

I poszłam. W dresie.

Nie wyglądał na wsioka

Nie wiem, co sobie myślałam. Może że jeśli pójdę w dresie, to nikt mnie nie zauważy. Albo że od razu wrócę do domu, powołując się na ból głowy, miesiączkę albo to, że zasnęłam na stojąco. Zresztą, nawet nie planowałam tam iść. Ale Bartek zrobił minę, która przypominała szczeniaka porzuconego przy drodze, i ględził coś o tym, że to „ostatnia okazja, żeby zobaczyć, jak tańczą nasi miejscowi faceci zanim się rozlecą po kieliszku”. Trudno mi więc było odmówić. Chociaż wcale nie było mi do śmiechu.

Remiza wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałam z czasów podstawówki. Zimna, przesiąknięta kurzem i zapachem kiełbasy. W kącie stały plastikowe stoły, ktoś rozstawił kolorowe światełka, które migały z opóźnieniem, jakby nie mogły się zdecydować, w jakim rytmie chcą świecić. Głośniki skrzypiały od nadmiaru disco polo. A ja stałam tam, jakby ktoś mnie ustawił za karę – w dresie, z rękami w kieszeniach, wycofana i gotowa w każdej chwili się ewakuować.

Bartek zniknął gdzieś po trzech minutach. Prawdopodobnie poszedł przywitać się z każdym, kto znał jego imię, a potem z każdym, kto go nie znał. Zostałam sama. Przez chwilę naprawdę rozważałam ucieczkę, ale wtedy podszedł do mnie ktoś, kto wyglądał jakby pomylił remizę z pubem w Anglii – broda, flanela, kufel piwa, spojrzenie jakby trochę za poważne, jak na tę imprezę.

– Zatańczysz? – zapytał, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

– Nie wyglądam jak ktoś, kto tu przyszedł tańczyć – odpowiedziałam, wskazując na swój dres.

– Właśnie dlatego pytam. Chyba nikt tu nie przyszedł się popisywać. Ja na przykład przyszedłem, żeby nie siedzieć sam w domu – powiedział to tak spokojnie, że sama się zdziwiłam, kiedy kiwnęłam głową.

Tańczyliśmy dwa razy. Bez słowa, bez skrępowania. Jego dłonie były ciepłe, ale nie natarczywe. Czułam się przy nim dziwnie… bezpiecznie. A potem wyszliśmy zapalić, chociaż ja nie palę. Potrzebowałam chyba powietrza. On zapalił.

– Czasem mam wrażenie, że wszystko, co robię, jest jak z automatu – powiedziałam, nie patrząc na niego.

– Mam tak codziennie. Ale tu przynajmniej nikogo nie muszę udawać – odpowiedział, zaciągając się papierosem i patrząc przed siebie, jakby mówił to do powietrza, nie do mnie.

Przez chwilę staliśmy w ciszy. Ja w dresie, on z rozwianym włosem. I oboje dziwnie obecni, jakbyśmy się na coś umówili, chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy na co.

Piotr był po rozwodzie

Potem podjechał pod nasz dom starym, granatowym passatem i zapytał, czy mam ochotę na herbatę. Powiedział to tak naturalnie, jakby zapraszał mnie nie pierwszy raz. Spojrzałam na Bartka, który stał w progu z kanapką w ręku i udawał, że nie podsłuchuje. Wzruszyłam ramionami i wsiadłam do samochodu. Czułam się, jakbym łamała jakiś wewnętrzny regulamin, którego sama dla siebie nie ustaliłam, ale bardzo pilnowałam. Warsztat Piotra nie przypominał tych ubrudzonych smarem i hałasem miejsc, które znałam z dzieciństwa. Było czysto, sucho i cicho. Na jednej ścianie wisiały zdjęcia starych samochodów, na drugiej stał czajnik, kilka kubków i pudełko herbaty z pokrzywy. W tle leciało radio, jakieś spokojne dźwięki, których nie umiałam nazwać. Usiedliśmy na drewnianych skrzynkach i przez chwilę piliśmy herbatę w milczeniu.

– Często tak zapraszasz kobiety w dresie do swojego warsztatu? – zapytałam, trochę dla rozładowania napięcia.

– Tylko te, które nie pytają, po co. Albo nie udają, że wiedzą – odpowiedział.

Nie umiałam się nie uśmiechnąć. Zaczęliśmy się spotykać. Niespiesznie. Bez wielkich gestów. Czasem chodziłam do niego po południu i siedzieliśmy przy herbacie, czasem spacerowaliśmy po polnych drogach i gadaliśmy o głupotach. Opowiadał mi o tym, jak jego była żona zabrała kota i zostawiła mu zdjęcia na lodówce. O tym, że rozwód nauczył go cierpliwości i że największym luksusem w życiu jest święty spokój. Ja mówiłam mniej. O pracy, w której przestałam się liczyć, o znajomych, z którymi już nic mnie nie łączyło. O tym, że nie wiem, co dalej. Ale tylko raz powiedziałam coś ważniejszego.

– Nie przyzwyczajaj się. Ja tu tylko na chwilę – rzuciłam, udając, że interesuje mnie pajęczyna w rogu warsztatu.

– A może właśnie o to chodzi? Żeby nie zdążyć się znudzić – odpowiedział, jakby mówił coś oczywistego.

Pomyślałam wtedy, że dziwnie się przy nim oddycha. Jakby lżej.

Byłam pewna, że nie zadzwonię

Dni zaczęły lecieć szybciej, jakby ktoś przyspieszył zegar. Każdego ranka mówiłam sobie, że to już ostatni, że muszę wracać, bo w pracy czeka stos maili, a ja nie mam już żadnego urlopu. Ale wieczorami znowu szłam do Piotra. Razem siedzieliśmy przy otwartym bagażniku jego samochodu, raz rozpalaliśmy ognisko na łące, raz po prostu szliśmy przed siebie, jakbyśmy nie chcieli nigdzie dojść. On nigdy nie pytał, po co przychodzę. Nie zadawał żadnych niepotrzebnych pytań.

A ja... czułam się przy nim tak spokojnie, że aż mnie to przerażało. Wiedziałam, że nie możemy tak długo. Że to nie ma sensu. Że mam życie gdzie indziej. CV zapisane pod „Monika – dynamiczna, kreatywna, otwarta na wyzwania”. Kredyt, który sam się nie spłaci. Rzeczywistość, w której nie ma miejsca na herbatę w warsztacie. W dzień wyjazdu Piotr podwiózł mnie na przystanek. Stałam z torbą, której nie miałam siły nieść. Autobus miał przyjechać za pięć minut. Wokół pachniało zimą, ale taką wiejską, wilgotną, niedoskonałą. Piotr stał obok, nie odzywał się. Tak było najczęściej – nie musiał. Kiedy podjechał autobus, schyliłam się po torbę, ale on mnie uprzedził. Podał mi ją, po czym powiedział cicho, jakby mówił to tylko do siebie:

– Zadzwoń. Nawet jak nie będziesz wiedziała, po co.

Nie odpowiedziałam. Kiwnęłam głową i wsiadłam. Usiadłam przy oknie. Szyba była zimna, pokryta lekkim osadem. Patrzyłam na niego, jak stoi na przystanku. Nie machał. Nie odchodził. Po prostu stał. Byłam pewna, że nie zadzwonię. Że to zostanie między nami jako coś niedopowiedzianego. Coś, co łatwiej będzie pamiętać, niż kontynuować. Ale po pięciu minutach wyciągnęłam telefon. Wpisałam numer, który znałam na pamięć. I nacisnęłam zieloną słuchawkę.

– Wiedziałem, że zadzwonisz – powiedział jego głos po drugiej stronie. Spokojny. Jak zawsze.

Nie wiedziałam, co dalej

Wróciłam do miasta, ale czułam się tam obco. Jakbym zapomniała, jak to wszystko działa. Wsiadłam w tramwaj, który znałam na pamięć, i wysiadłam dwa przystanki wcześniej, bo nie chciałam jeszcze wracać do mieszkania. Praca, której przez całe lata się trzymałam, nagle wydawała się tak odklejona od rzeczywistości, że nie mogłam już się zmusić do odpowiadania na maile. Otwierałam laptopa i gapiłam się w ekran. Dzwonił telefon – nie odbierałam.

Z Piotrem rozmawialiśmy co kilka dni. Czasem krótko, czasem dłużej. Zazwyczaj to ja dzwoniłam, choć raz zdarzyło się, że on zadzwonił pierwszy. Nic ważnego. Zapytał, czy wiem, jak naprawić czajnik, który przestał grzać wodę. Zaczęłam się śmiać, a on powiedział: „To dobrze, że się śmiejesz. W tym mieście ci to trudniej przychodzi”. Wieczorami leżałam w łóżku i słuchałam muzyki, której wcześniej nie lubiłam. Myślałam o jego milczeniu. Nie tym niekomfortowym, pełnym napięcia. Tym drugim. Cichym, jakby między nami nie musiało być już słów.

Kiedy telefon z pracy dzwonił dziesiąty raz, odebrałam i powiedziałam, że potrzebuję czasu. Nie tłumaczyłam się. Nie mówiłam, że się wypaliłam ani że nie chcę już więcej kampanii, których nikt nie pamięta. Po prostu się wyłączyłam. Nie wiedziałam, co dalej. Ale po raz pierwszy to nie budziło we mnie paniki. Tylko pustkę. I ciszę. Któregoś dnia zadzwoniłam do Piotra. Był wieczór. U mnie ciemno, u niego pewnie jeszcze zimniej niż w moim mieszkaniu.

– Czekam, ale nie naciskam – powiedział.

– Ja chyba nigdy nie potrafiłam czegoś naprawdę wybrać – odpowiedziałam po dłuższej chwili.

– Może tym razem nie musisz. Może wystarczy, że się ruszysz – rzucił to tak zwyczajnie, że aż mnie zatkało.

Miałam ochotę zawrócić

Po prostu wsiadłam w autobus. Bez zapowiedzi. Bez planu. Rano obudziłam się wcześniej niż zwykle, z tym dziwnym uczuciem, że jeśli dziś nie pojadę, to nie zrobię tego już nigdy. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, wrzuciłam do torby telefon, który i tak od kilku dni był wyciszony, i wyszłam z mieszkania. Nawet nie zaparzyłam kawy. Na wsi było tak samo jak zawsze – wilgotno, cicho, pachniało dymem i czymś słodkim. Kiedy stanęłam przed jego warsztatem, przez chwilę miałam ochotę zawrócić. Ale drzwi były uchylone. Weszłam. Piotr stał tyłem, coś szlifował. Miał na sobie tę samą flanelową koszulę, w której go pierwszy raz zobaczyłam. Odwrócił się, jakby już wiedział, że tam stoję. Nie uśmiechnął się. Ale nie wyglądał na zaskoczonego.

– Cześć – powiedziałam. Tylko tyle.

– Siadaj – wskazał skrzynkę obok.

Usiadłam. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słów. Nie było w tym żadnej niezręczności. Po prostu cisza. Taka, jaką lubiliśmy najbardziej.

– Nie wiem, co dalej – powiedziałam w końcu.

– A ja nie wiem, co teraz – odpowiedział i podparł się łokciami o blat. – I co z tego?

Zamrugałam. Chyba pierwszy raz od bardzo dawna nikt nie chciał ode mnie planów, decyzji, działania. Tylko obecności. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam przez okno warsztatu. Nic się nie zmieniło. A jednak wszystko było inne.

Monika, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama