Reklama

Nie lubię tego domu. Nigdy nie lubiłam. Po dwudziestu latach znowu tu jestem – czterdziestokilkuletnia kobieta, która porzuciła pracę, żeby opiekować się matką po udarze. Moja codzienność wygląda jak zacięta taśma: wstaję, gotuję, podaję leki, sprzątam. Rozmawiam sama ze sobą, bo matka mówi niewiele – a jeśli już, to głównie rozkazy. Tak było zawsze.

Reklama

Była surowa

W tym domu nie było dzieciństwa, było tylko przetrwanie i krzywe spojrzenia: „czemu znowu dostałaś trójkę?”, „czy musisz tak siedzieć?”. Ojciec był jak mebel – obecny, ale bezużyteczny. Umarł, kiedy miałam dwadzieścia dwa lata. A teraz jestem sama z matką, której nigdy nie rozumiałam i która nigdy nie próbowała zrozumieć mnie. Opiekuję się nią, bo trzeba i nikt inny nie chce. Nie czuję buntu, nie czuję wdzięczności, nie czuję nic.

Ale są chwile, gdy patrzę na nią – teraz słabą, wychudzoną – i próbuję dostrzec kobietę. Ale to trudne, bo moja matka to zamknięta księga i przez całe życie nigdy nie dała mi klucza.

Zaczęło się, gdy porządkowałam szafę w moim dawnym pokoju, który przez ostatnie lata służył matce jako składowisko niepotrzebnych rzeczy. Wystarczyło otworzyć drzwi, by uderzył mnie zapach staroci. Wyciągałam jedną rzecz po drugiej: stare koce, torby pełne plastikowych pojemników. Pod tym wszystkim znalazłam paczkę listów, ciasno przewiązaną wyblakłą, niebieską wstążką.

Trzymała je w sekrecie

Przez chwilę tylko patrzyłam na pakiet w dłoniach. Papier był pożółkły, rogi pozaginane. Były pisane ręcznie, starannym pismem, jakiego już się nie widuje. Odruchowo sięgnęłam po pierwszy z brzegu. „Moja najdroższa…” – zaczynał się list. Piszący opowiadał o spacerze po lesie, o dotyku jej dłoni, o tym, jak bardzo za nią tęskni i jak liczy dni do kolejnego spotkania. Był pełen czułości, słów, których nigdy nie słyszałam w naszym domu.

– Niemożliwe – powiedziałam szeptem. – To chyba nie do niej…

Ale kolejne listy nie pozostawiały złudzeń. To była ta sama kobieta, moja matka, tylko zupełnie inna niż ta, którą znałam – pełna emocji. Listy były pisane przez kilka lat. Żaden z nich nie był podpisany imieniem mojego ojca. Właściwie nie był podpisany wcale, tylko inicjały – A.J.

Siedziałam tam przez godzinę, może dłużej. W pewnym momencie z dołu dobiegło mnie ciche wołanie matki. Zebrałam listy i zeszłam zrobić jej herbatę.

– Mamo – zaczęłam, stawiając filiżankę na stoliku – po co trzymałaś te stare rzeczy w moim pokoju?

Spojrzała na mnie uważnie. Usta zacisnęła w cienką kreskę.

– Zostaw to – powiedziała krótko i upiła łyk herbaty. – Tam nie ma nic ciekawego.

Wiedziałam, że nie powie nic więcej. Ale już wtedy czułam, że coś się zaczęło. Coś, czego nie da się cofnąć.

Ukrywała je

Zawsze byłam ostrożna, jeśli chodzi o rozmowy z matką. Przez lata nauczyłam się ważyć każde słowo, unikać tematów, które mogły ją rozdrażnić, albo doprowadzić do tej jej słynnej ciszy, dłuższej niż jakakolwiek kłótnia. Ale tym razem usiadłam naprzeciwko niej.

– Kto pisał do ciebie te listy? – zapytałam, nie owijając w bawełnę.

Odwróciła głowę w moją stronę. Na moment wydawało się, że znowu będzie udawać, że nie słyszała. Ale nie tym razem.

– Nie wszystko w życiu można mieć – powiedziała cicho. Głos miała szorstki, jakby zmęczony.

– Nie pytam o wszystko. Pytam o kogoś. Kto to był? Ten… A.J.?

– Joanno, nie drąż. To stare sprawy.

– Właśnie dlatego pytam. Stare rzeczy nie bolą, prawda? – uśmiechnęłam się gorzko.

Milczała długo. Potem wzięła łyczek herbaty, z westchnieniem odstawiła filiżankę i odwróciła się z powrotem w stronę okna.

– To była moja sprawa – powiedziała w końcu. – I taką zostanie.

– Dlaczego nigdy nie powiedziałaś, że kochałaś kogoś innego?

– Bo to niczego by nie zmieniło.

– Może zmieniłoby wszystko – rzuciłam natychmiast. – Może wtedy zrozumiałabym, dlaczego byłaś taka zimna. Dlaczego nigdy…

– Nie dramatyzuj – przerwała mi.

Zbyła mnie

Zamknęłam oczy i odchyliłam głowę. Oddychałam głęboko, żeby nie wybuchnąć.

– To nie dramat, to moje życie. Nasze życie.

– Ja już swoje przeżyłam – odparła i zamilkła.

Patrzyłam przez chwilę na twarz, która przez lata wydawała się mi obca. Teraz nagle stała się jeszcze bardziej zagadkowa. Nie wiedziałam, co boli mnie bardziej – to, że miała tajemnicę, czy to, że nigdy nie uznała mnie za kogoś godnego, by ją poznać.

Od tamtej rozmowy minęły dwa dni. Matka nie wracała do tematu, a ja nie potrafiłam o niczym innym myśleć. Wciąż wracałam do tej paczki listów. Czytałam je po kolei, potem znów od początku. Szukałam wskazówek, imion, nazwisk, czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc zrozumieć, kim był mężczyzna, który pisał do mojej matki o pocałunkach nad wodą i cieniach liści na jej ramionach.

Pewnego popołudnia wyciągnęłam stare albumy z szafy w przedpokoju. Przeglądałam zdjęcie po zdjęciu – chrzciny, komunie, wczasy nad morzem. Większość czarno-biała, twarze ponure, dzieci w za dużych swetrach. W pewnym momencie trafiłam na jedno zdjęcie, którego nie pamiętałam.

Chciałam poznać prawdę

Była na nim matka – młoda, uśmiechnięta, w letniej sukience, na tle jeziora. Obok niej stał mężczyzna. Opierała głowę o jego bark. Na odwrocie zdjęcia – inicjały A.J. i data: sierpień 1982. Rok po moich narodzinach. Długo siedziałam z tym zdjęciem w ręku, próbując uporządkować w głowie wszystko, co wiedziałam. A raczej wszystko, czego nie wiedziałam. Znałam tę kobietę z fotografii, a jednocześnie nie znałam jej wcale. Zadzwoniłam do ciotki, siostry matki.

– Joasiu, coś się stało?

– Nie. Tylko chciałam o coś zapytać. Znalazłam stare zdjęcie. Mama z jakimś mężczyzną, zrobione nad jeziorem, w osiemdziesiątym drugim. Wiesz może, kto to?

Po drugiej stronie słyszałam tylko ciszę

– Ciociu?

– Twoja matka była… trudna do zrozumienia – powiedziała w końcu.

– Co to znaczy?

– Nie chciała być żoną.

Zamilkłam.

– A ojciec o tym wiedział?

– Twój ojciec… – ciotka zawiesiła głos. – On się nie wtrącał.

Rozłączyłam się i długo siedziałam z telefonem w dłoni. Zdjęcie leżało na stole. Twarze na nim uśmiechały się do mnie jakby z innego świata.

Nie znałam jej wcale

Położyłam zdjęcie na stole w kuchni. Czekałam, aż matka zje zupę. Kiedy odstawiła pustą miskę, po prostu wsunęłam jej pod nos to zdjęcie. Wzięła je w dłoń, odwróciła i spojrzała na tył. Potem znowu na przód.

– Czy on był moim ojcem? – zapytałam.

– Twój ojciec cię wychował. To wystarczy – powiedziała.

– Nie wystarczy.

Odłożyła zdjęcie i popatrzyła przez okno, jakby właśnie tam była odpowiedź, której nie chciała mi udzielić.

– Dlaczego nie potrafiłaś mnie kochać tak, jak jego?

– Nie wiesz, co mówisz – odparła twardo.

– Wiem. Przez całe życie czekałam na czułość, której nigdy nie było. A ona była, tylko nie dla mnie.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, jak jej broda drży. Oczy pozostały suche, ale coś się w niej zapadło. Nie powiedziała już nic. Wyszłam z kuchni, zostawiając zdjęcie na stole. To była historia, która nigdy nie należała do mnie – a jednocześnie zniszczyła wszystko, co znałam.

Pogodziłam się z tym

Nagle obraz tej zimnej, nieprzystępnej kobiety zaczął się rozmywać. Zaczęłam widzieć w niej kogoś innego – kobietę, która kochała i tęskniła, która wybrała coś, co ją potem przerosło. Zrozumienie przyszło spóźnione.

Wiem, że wtedy, kiedy mnie karmiła kaszką, gdy miałam gorączkę, gdy uczyłam się wiązać buty, ona może myślała o kimś innym. Może wspominała dotyk, który nigdy już nie wrócił. Może właśnie dlatego była taka twarda. Może chłód, który mnie ranił, był jej jedynym ratunkiem. Nie potrafiłam jej wybaczyć, ale już nie potrafiłam jej nienawidzić.

Przeczytałam jeszcze raz ostatni list, a potem złożyłam wszystkie z powrotem, ostrożnie, jakby wciąż były świeże. Związałam je z powrotem w plik. „Teraz widzę, kim była” – pomyślałam. „Ale nie jestem pewna, czy to wystarczy”.

Joanna, 47 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama