Reklama

Poranki wyglądały u mnie zawsze tak samo: cisza w kuchni, ta sama filiżanka, te same myśli. Paweł był obok, a jednak jakby nie do końca ze mną. Wydawał się być myślami gdzieś daleko, a ja zachodziłam w głowę, z czego wynika ta zmiana. Rozmawialiśmy poprawnie, planowaliśmy weekendy, płaciliśmy rachunki. Bliskość zastąpiło przyzwyczajenie, a ja tłumaczyłam sobie, że właśnie tak dojrzewa małżeństwo – spokojnie, bez niespodzianek, bez pytań, które mogłyby coś zburzyć.

Ta koperta nie dawała mi spokoju

Zabrałam się za sprzątanie w sobotę, zupełnie bez planu. Otwierałam kolejne szuflady mechanicznie, odkładając rzeczy na swoje miejsce, jakby porządek w domu mógł przysłonić chaos w mojej głowie. Szuflada Pawła zawsze była ostatnia. Nigdy do niej nie zaglądałam, nie dlatego, że nie mogłam, tylko dlatego, że nie widziałam takiej potrzeby. Nie miałam zwyczaju grzebać w jego rzeczach. Przecież mu ufałam. Tego dnia coś mnie jednak tknęło.

Pod stertą dokumentów leżała gruba, biała koperta. Zwyczajna, bez napisu. Wzięłam ją do ręki i od razu poczułam ciężar. Otworzyłam ją ostrożnie. W środku były banknoty, ułożone równo, starannie. Za dużo, żeby to był przypadek. Pierwszą reakcją była ulga. Ciepło rozlało mi się po klatce piersiowej. „Czyli jednak myśli o przyszłości” – pomyślałam. O nas, o zabezpieczeniu na kolejne lata, o planach na emeryturę. Przez moment byłam nawet dumna. Z niego i z nas.

Usiadłam na łóżku, trzymając kopertę na kolanach. Przeliczyłam pieniądze raz, potem drugi, choć nie było to potrzebne. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Paweł nigdy nie wspominał o odkładaniu gotówki. Każda rozmowa o oszczędnościach kończyła się jego westchnieniem i zdaniem, że teraz nie jest najlepszy moment.

– Paweł zawsze mówi, gdy coś planuje – powiedziałam na głos, jakby ściany mogły mi odpowiedzieć.

Schowałam kopertę dokładnie tam, gdzie ją znalazłam. Wsunęłam dokumenty na miejsce i zamknęłam szufladę. Wmawiałam sobie, że to prezent, inwestycja, cokolwiek rozsądnego. Że moje napięcie wynika jedynie ze zmęczenia.

Gdy Paweł wrócił do domu, spojrzałam na niego uważniej niż zwykle. Rozwiązywał buty spokojnie, jak zawsze.

– Dzień dobry – rzucił.

– Cześć – odpowiedziałam, starając się, by głos brzmiał normalnie.

Uśmiechnął się krótko i poszedł do łazienki. A ja stałam w przedpokoju z myślą, która nie chciała zniknąć: jeśli chodziło o „nasze jutro”, to dlaczego nic o tym nie wiedziałam?

Bałam się odpowiedzi

Od dnia, w którym zobaczyłam kopertę, inaczej spojrzałam na nasze małżeństwo. Zaczęłam zauważać drobiazgi, które wcześniej uznawałam za nieistotne. Paweł wracał później niż zwykle. Tłumaczył się nadgodzinami, nowymi obowiązkami, spotkaniami, o których mówił zdawkowo. Kiedy pytałam, odpowiadał krótko, jakby każde dodatkowe słowo było wysiłkiem.

– Musisz aż tak długo siedzieć? – zapytałam kiedyś przy kolacji.

– Teraz tak – odparł, nie podnosząc wzroku znad talerza.

Zauważyłam, że coraz częściej płacił gotówką. Za zakupy, za drobne sprawy, których wcześniej nawet nie rejestrował. Gdy wspominałam o większych wydatkach, spinał się. Jego ramiona sztywniały, głos stawał się chłodniejszy.

– Nie przesadzaj, Irena – mówił. – Wszystko jest pod kontrolą.

To zdanie powtarzał jak zaklęcie, a ja coraz mniej w nie wierzyłam. Nasze rozmowy stały się mechaniczne. Pytania o dzień, odpowiedzi bez szczegółów. Siadaliśmy wieczorami naprzeciwko siebie, każde zajęte czymś innym. Czułość zniknęła niepostrzeżenie, bez kłótni, bez wyraźnego momentu pożegnania.

W mojej głowie toczyła się nieustanna walka. Z jednej strony rozsądek: „Nie wymyślaj. To normalne. Każdy ma swoje sprawy”. Z drugiej strony strach, który ściskał mnie w gardle, gdy tylko Paweł zamykał za sobą drzwi. Kilka razy chciałam zapytać wprost o pieniądze. O kopertę. O to, co ukrywał w szufladzie. Za każdym razem powstrzymywało mnie to samo pytanie: czy naprawdę chcę usłyszeć odpowiedź?

Wieczorem, leżąc obok niego, wsłuchiwałam się w jego oddech. Był równy, spokojny. Jakby nic się nie stało. Jakby to wszystko działo się tylko we mnie. A jednak idealny obraz naszego małżeństwa pękał dalej, cicho, niemal niezauważalnie.

Wstydziłam się swojej podejrzliwości

Im więcej próbowałam odepchnąć myśli, tym wyraźniej wracały. Jak echo, które nie znało granic. Przełom przyszedł niepozornie, w zwyczajnej rozmowie, która nie powinna mieć znaczenia. Spotkałam Olgę na kawie. Siedziałyśmy przy oknie, obserwując ludzi spieszących się do swoich spraw. Opowiadałam jej o Pawle ostrożnie, bez oskarżeń.

On się zmienił – powiedziałam w końcu. – I ja nie wiem, kiedy.

Olga zmrużyła oczy, przyglądając mi się uważnie.

– A w pracy? – zapytała nagle. – Nic nowego?

Wzruszyłam ramionami.

– Nie interesuję się jego pracą aż tak.

Może powinnaś – odparła cicho. – W jego firmie pojawiła się ostatnio jakaś Lucyna, prawda?

To imię uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałam.

– Skąd wiesz? – zapytałam zbyt szybko.

– Znam kogoś, kto tam pracuje – wyjaśniła. – Mówią, że Paweł często z nią zostaje po godzinach.

Zamilkłyśmy. Dźwięk filiżanek i rozmowy innych ludzi nagle stały się natarczywe. Próbowałam się uśmiechnąć, ale czułam, że twarz mi drętwieje.

– To pewnie nic takiego – powiedziałam, choć słowa brzmiały obco. – Przesadzasz.

Olga nie zaprzeczyła. To było gorsze niż potwierdzenie. Od tamtego dnia Lucyna zaczęła pojawiać się w mojej głowie bez zaproszenia. Widziałam ją w wyobraźni, porównywałam się do niej, choć nie znałam jej twarzy. Każde późne wyjście Pawła, każdy jego uśmiech do telefonu, każda chwila ciszy nabierały nowego znaczenia.

Z kim pisałeś? – zapytałam pewnego wieczoru, starając się brzmieć obojętnie.

– To z pracy – odpowiedział krótko.

Nie dopytałam. Wstydziłam się własnej podejrzliwości. A jednocześnie czułam narastający gniew. Na niego. Na siebie. Na to, że pozwalam, by cień kogoś obcego wślizgiwał się między nas. Paweł stawał się coraz bardziej zamknięty. Jakby każdy mój ruch był próbą naruszenia jego świata. I chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że to nie ja się zmieniłam najbardziej. To on już dawno był gdzie indziej.

Moje złudzenia legły w gruzach

Nie zaplanowałam tej rozmowy. Przyszła sama, jak coś, czego nie da się już dłużej odkładać. Paweł siedział w salonie, przeglądał coś na telefonie. Zwyczajny wieczór, zbyt zwyczajny jak na to, co miałam w sobie. Stanęłam naprzeciwko niego i przez chwilę tylko patrzyłam. Zauważył to dopiero po chwili.

– Coś się stało? – zapytał, odkładając telefon.

Serce waliło mi tak mocno, że bałam się, iż usłyszy je w całym pokoju.

Znalazłam kopertę – powiedziałam. – W twojej szufladzie.

Zamarł, dosłownie jakby ktoś nacisnął przycisk pauzy. Przez sekundę nie powiedział nic, potem odchylił się na oparcie.

– Irena… – zaczął, przeciągając moje imię. – Przecież wiesz, że nie lubię, jak grzebie się w moich rzeczach.

To zdanie zabolało bardziej, niż się spodziewałam.

– Nie pytam o szufladę – odpowiedziałam cicho. – Pytam o pieniądze.

Westchnął ciężko, jakbym to ja była problemem, który właśnie trzeba rozwiązać.

– To nic takiego. Odkładam... na różne sprawy.

– Jakie? – zapytałam.

Spojrzał w bok. Ten gest wystarczył. Nie musiał nic mówić, żebym wiedziała, że prawda jest gdzieś obok, a nie między nami.

Dlaczego mi nie powiedziałeś? – naciskałam. – Od kiedy mamy przed sobą tajemnice?

– Przesadzasz – rzucił ostrzej. – Zawsze wszystko analizujesz.

Poczułam, jak moja cierpliwość się kończy. Nie było już łagodności, tylko zmęczenie.

– Paweł, spójrz na mnie – powiedziałam. – I powiedz, czy to są pieniądze dla nas.

Podniósł wzrok. Przez krótką chwilę widziałam w nim wahanie, a potem chłód. Ten sam, który narastał między nami od miesięcy. Nie zaprzeczył. I to była odpowiedź. Zrozumiałam wtedy, że ta rozmowa nie jest początkiem wyjaśnień, tylko końcem moich złudzeń. Nie było krzyku, dramatycznych gestów. Była cisza, ciężka i ostateczna. I świadomość, że właśnie przestałam udawać, że jeszcze jesteśmy po tej samej stronie.

Prawda obnażyła jego kłamstwa

Usiadłam naprzeciwko Pawła, choć nogi miałam jak z waty. Wiedziałam, że jeśli teraz się wycofam, już nigdy nie zapytam.

– Powiedz to – poprosiłam. – Bez owijania w bawełnę.

Długo milczał. Potem przetarł twarz dłońmi, jakby był zmęczony, a nie winny.

– Te pieniądze nie były dla nas – powiedział w końcu. – Odkładałem je dla... kogoś innego.

Nie krzyczałam, nie płakałam. Czułam, jakbym nagle znalazła się obok własnego ciała.

– Dla Lucyny? – zapytałam, choć odpowiedź była oczywista. – Na co?

– Na... wspólne plany – odparł. – Na przyszłość.

To słowo uderzyło mnie najmocniej. Przyszłość. Nasze „jutro”, które przez lata wyobrażałam sobie jako wspólne, okazało się rezerwacją zrobioną dla kogoś innego.

– A ja? – wydusiłam. – Kim ja w tym wszystkim byłam?

Wzruszył ramionami. Ten gest zapamiętam do końca życia.

– Ty... dawałaś mi poczucie stabilizacji. Zawsze byłaś rozsądna, Irena.

Rozsądna, czyli cicha. Zgadzająca się na wszystko i niewymagająca. Wstałam powoli. Spojrzałam na niego ostatni raz, bez gniewu, bez próśb.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam. – Że ja się na to wszystko zgadzałam. Milczałam, bo bałam się prawdy.

Nie odpowiedział. I nie musiał. Tej nocy spałam sama. Dom był nienaturalnie cichy, ale w tej ciszy po raz pierwszy od lat było miejsce na moje myśli. Wiedziałam, że coś się skończyło bezpowrotnie. Zdrada Pawła obnażyła jego kłamstwa, ale też moje lata zgody na pustkę. I choć bolało, gdzieś głęboko pojawiła się myśl, egoistyczna i nowa: że to „jutro” może jeszcze należeć do mnie.

Irena, 52 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama