Reklama

Zawsze z niecierpliwością czekałam na luty. Uwielbiam walentynki, które zawsze świętuję z mężem. Od kilku lat starałam się, byśmy w ten dzień, choć na chwilę, oderwali się od codziennych obowiązków. Wierzyłam, że nawet drobny gest potrafi podtrzymać żar w związku.

Mąż na ogół nie przywiązywał do walentynek większej wagi, więc tym bardziej byłam zaskoczona, gdy pewnego dnia w jego kurtce znalazłam rezerwację do SPA na weekend. Ucieszyłam się jak dziecko, choć coś nie dawało mi spokoju. Pomyślałam, że może planował zrobić mi niespodziankę. Jednak z każdym kolejnym dniem narastał we mnie niepokój, a entuzjazm stopniowo gasł, ustępując miejsca podejrzliwości.

Tym razem sam na to wpadł!

Tego dnia wróciłam z pracy szybciej niż zwykle. Kiedy wieszałam swój płaszcz, z kieszeni kurtki mojego męża wypadła biała koperta. Schyliłam się i zanim zdążyłam się powstrzymać, odczytałam nagłówek: „Potwierdzenie rezerwacji – Pakiet SPA dla dwojga”. Serce zabiło mi mocniej. Poczułam się jak dziewczyna, która po raz pierwszy dostaje zaproszenie na randkę.

Przez chwilę wyobraziłam sobie nas – tylko we dwoje, w ciepłym jacuzzi, z dala od wszystkiego, w otoczeniu świec i ciszy. Byłam pewna, że to prezent dla mnie. Przecież zbliżały się walentynki, a on zawsze narzekał, że nie potrafi wymyślić nic romantycznego. Tym razem sam na to wpadł! Uśmiechałam się do siebie przez resztę dnia, planując, jakie spakuję sukienki i czy zdążę jeszcze kupić nowe perfumy.

Gdy wieczorem wszedł do domu, nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam zagadywać o wolny weekend.

– Kochanie, a może zrobimy sobie małą przerwę od wszystkiego? – rzuciłam, udając niewinność.

– Przerwę? Tak po prostu? Przecież mamy sporo rzeczy na głowie… – odpowiedział, jakby nie miał żadnego planu.

Uznałam, że lepiej nie psuć niespodzianki i udawałam, że nie wiem o jego rezerwacji. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, jak mnie oszukał.

Znalazłam jeszcze jeden wydruk

Przez kolejne dni chodziłam jak na skrzydłach, trzymając w sobie tę słodką tajemnicę. Oglądałam zdjęcia hotelu w internecie, planowałam zabiegi, rozmyślałam, jak zrobię mu niespodziankę własnoręcznie zrobioną kartką walentynkową. Gdy tylko wracał z pracy, przyglądałam się mu ukradkiem, czekając na choćby najmniejszy sygnał. Jednak on zachowywał się tak jak zwykle – jadł obiad, siadał do komputera, a wieczorami zasypiał na kanapie przed telewizorem. Zaczęło mnie to niepokoić, bo przecież taka rezerwacja nie była tania, a on ostatnio dużo narzekał na brak pieniędzy.

Pewnego dnia, podczas prasowania, zauważyłam w jego rzeczach drugi wydruk – harmonogram zabiegów SPA. Tym razem w rubryce „Goście” widniały dwa imiona: jego i… nieznajomej mi kobiety. Zamarłam. Przeczytałam to jeszcze dwa razy, nie dowierzając własnym oczom. To nie był przypadek, to na pewno nie była pomyłka.

Wieczorem nie mogłam już patrzeć mu w oczy. Udawałam, że boli mnie głowa, by tylko nie musieć z nim rozmawiać. Położyłam się wcześnie spać, a w głowie kotłowało mi się jedno pytanie: kim jest ta kobieta i dlaczego on zabiera ją na nasz wspólny weekend?

Postanowiłam nie robić scen

Kolejnego ranka już nie byłam pewna, czy chcę znać odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Próbowałam udawać, że nic się nie stało, ale wystarczyło jedno spojrzenie na męża, by wszystko wracało jak fala. Postanowiłam jednak nie robić scen. Potrzebowałam dowodów, rozmowy, a przede wszystkim – spokoju, by nie rzucać oskarżeń bez podstaw. Wieczorem, kiedy zmywałam naczynia, podeszłam do niego niby od niechcenia.

– Ktoś dzwonił do ciebie z hotelu, zostawił wiadomość, ale chyba pomylił nazwisko – powiedziałam, obserwując jego reakcję.

Znieruchomiał tylko na sekundę, po czym wzruszył ramionami.

Pewnie jakaś pomyłka, ostatnio często do mnie wydzwaniają z różnych miejsc, wciskają oferty.

Patrzyłam na niego, jak odwraca wzrok i udaje, że nic go to nie obchodzi. Siedzieliśmy razem w salonie, a ja czułam, że nagle dzielą nas kilometry. Pomyślałam, że przecież nie tak miało być. Że przecież rozmawialiśmy o zaufaniu. Przez resztę wieczoru milczeliśmy, każde z nas zatopione w swoim świecie. Z jednej strony nie chciałam uwierzyć w najgorsze, z drugiej – podskórnie czułam, że on nie mówi mi prawdy.

Bałam się usłyszeć prawdę

Nadszedł weekend walentynkowy. W domu panowała cisza, w której słychać było tylko zegar tykający na ścianie. On od rana kręcił się po mieszkaniu, spakował małą torbę i tłumaczył się, że musi załatwić „pilny wyjazd służbowy”. Nie patrzył mi w oczy, mijał mnie w kuchni, jakbym była powietrzem. Chciałam zatrzymać go na chwilę, zapytać wprost, ale strach mnie sparaliżował. Bałam się usłyszeć prawdę, której nie chciałam znać.

– Długo cię nie będzie? – spytałam cicho, udając, że nie zależy mi na odpowiedzi.

– Najwyżej do niedzieli wieczorem, wrócę zmęczony, więc nie czekaj z kolacją – mruknął, szukając kluczy.

Patrzyłam, jak wychodzi, nawet nie odwracając się na pożegnanie. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, poczułam narastającą panikę i bezradność. Przeszukałam internet, sprawdziłam hotel, daty – wszystko się zgadzało. Próbowałam do niego zadzwonić, ale nie odbierał telefonu. Wiedziałam, że właśnie teraz siedzi gdzieś z nią, w tym samym SPA, które miało być naszym miejscem. Miałam ochotę jechać tam, zrobić awanturę, zdemaskować go. Zamiast tego zostałam sama ze swoim rozczarowaniem i złością.

Wrócił, jakby nic się nie stało

Kiedy wrócił w niedzielę wieczorem, nawet nie usiłował się tłumaczyć. Był zmęczony, jak zapowiedział, ale też przygaszony. Przez chwilę miałam nadzieję, że sam powie prawdę, jednak on tylko rzucił torbę w kąt i rozłożył się na kanapie, jakby nic się nie stało. Usiadłam naprzeciwko i długo milczeliśmy, aż w końcu nie wytrzymałam.

– Gdzie byłeś naprawdę? – spytałam, patrząc mu prosto w oczy.

– Przecież mówiłem, służbowy wyjazd – burknął.

Przestań mnie okłamywać. Wiem o rezerwacji, wiem, z kim byłeś – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, potem spuścił wzrok. Długo nic nie mówił, w końcu westchnął ciężko.

– To nie tak, jak myślisz. Musiałem odpocząć, nie planowałem… – zaczął, ale przerwałam mu gestem.

– To z kim byłeś? – powtórzyłam.

– Z Agatą. To koleżanka z pracy, która... po prostu mnie rozumie – wyznał niepewnie.

Słysząc to, poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Przestałam słuchać dalszych wyjaśnień, bo żadne słowa nie mogły już cofnąć tego, co się stało. Między nami została cisza, która była gorsza niż jakakolwiek kłótnia.

Przestaliśmy być dla siebie ważni

W następnych dniach dom stał się dla mnie miejscem, w którym czułam się jak intruz. Przechodziłam obok niego obojętnie, nie wiedząc, czy jeszcze chcę próbować coś naprawić. Wciąż widziałam przed oczami ten harmonogram zabiegów i obce imię obok nazwiska mojego męża. Pytałam siebie setki razy, kiedy zaczęliśmy się od siebie oddalać, dlaczego nie zauważyłam wcześniej, jak bardzo się zmienił. Każda rozmowa stawała się udręką – wymienialiśmy uprzejme słowa, udając, że chodzi tylko o zakupy czy rachunki. Przestaliśmy być dla siebie ważni.

Nie miałam już w sobie gniewu, tylko tę bolesną pustkę, która zajęła miejsce dawnych marzeń. Nie wiedziałam, czy będziemy potrafili jeszcze ze sobą rozmawiać, czy walczyć o związek, czy lepiej pozwolić mu się rozpaść. Kiedy patrzyłam na niego, widziałam obcego człowieka – kogoś, komu już nie potrafię zaufać.

Najtrudniejsze były wieczory. Leżałam w łóżku, słuchając jego spokojnego oddechu, i czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek. Walentynki miały być dla nas świętem bliskości, a stały się symbolem wszystkiego, co się między nami skończyło. Została mi tylko cisza.

Joanna, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama