Reklama

Zima w tym roku przyszła wcześniej. Nie tylko ta za oknem – ta prawdziwa, z mrozem wgryzającym się w policzki i śniegiem skrzypiącym pod butami – ale też ta druga, której nie widać w prognozach. Ta, która najpierw wsiąka w skarpetki, w codzienne drobiazgi, w te niezauważalne momenty ciszy przy śniadaniu. A potem osiada już wszędzie. W naszym mieszkaniu, w naszej sypialni, we mnie. Patrzę na kaloryfer, który grzeje, i nic nie czuję. Może to on się zepsuł. Może ja.

Kiedyś ufałam. Michał wracał późno, ale wracał. Opowiadał. O tym, jak znowu ktoś coś zawalił w projekcie, o tym, jak nowa dziewczyna z HRów nie ogarnia Excela. Teraz wraca i tylko rzuca: „cześć”, a potem idzie do salonu i siedzi z nosem w telefonie. Już nie całuje mnie odruchowo w czoło, zanim zaśnie, nie przytula, nie mówi komplementów. Nie wiem, kiedy zaczęłam to zauważać. Nie robiłam awantury. Jeszcze nie. Wciskałam to w siebie jak kurz pod dywan. Cicho, byle nie obudzić czegoś, co może rozsadzić wszystko. Bo może to tylko zmęczenie. Praca. Przesilenie zimowe. A może to już ta zima. Taka, która zostaje w człowieku na zawsze.

Czyja to czapka?

Tego dnia Michał zostawił klucze do swojego samochodu na szafce w przedpokoju. Zawsze nosił je w kieszeni, ale tym razem rzucił je niedbale, jakby nie miały już znaczenia. Mój był w serwisie, więc uznałam, że skoro stoi w garażu, to skorzystam z okazji i pojadę nim na zakupy. Otworzyłam drzwi, usiadłam za kierownicą i wtedy ją zobaczyłam. Leżała na siedzeniu obok, jakby ktoś wysiadł w pośpiechu i zapomniał ją zabrać ze sobą. Czapka była jasnozielona, wełniana, z delikatnym wzorem warkoczy. Kobieca. Zdecydowanie nie moja. Zastygłam. Zamiast odpalić silnik, wpatrywałam się w ciemne wnętrze garażu. Nie potrafiłam jeszcze nazwać tego uczucia.

Po południu czekałam, aż wróci z pracy. Kiedy usłyszałam otwierające się drzwi i stanął w przedpokoju, nie zwlekałam ani chwili:

– Michał, czyja to czapka? – zapytałam spokojnie, ale spojrzałam mu prosto w oczy.

– Nie wiem. Nie twoja? A co?

– Leżała w twoim samochodzie. Ja nie mam takiej czapki.

A to pewnie mojej koleżanki z pracy. Musiała zostawić ją przypadkiem, jak wracaliśmy ze szkolenia – odpowiedział beznamiętnie i odwrócił wzrok. Na jego twarzy nie było ani zaskoczenia, ani niepokoju. Raczej coś pomiędzy obojętnością a zmęczeniem. Nie pytałam więcej. Poszłam do kuchni i dalej zajęłam się robieniem obiadu. Następnego dnia czapka zniknęła. Nikt o niej nie wspomniał, jakby nigdy nie istniała. Wieczorem, kiedy Michał siedział przed komputerem, a ja niby przeglądałam telefon, nie mogłam przestać o tym myśleć. Od tego momentu zaczęłam go uważniej obserwować.

Przymykałam na wszystko oko

Wiedziałam, że nie powinnam przeszukiwać jego rzeczy. Ale nie mogłam już tego zatrzymać w sobie. Zaczęło się niewinnie – otworzyłam jego szafę, żeby schować wypraną koszulę. Kurtka wisiała tam, jak zawsze. Przesunęłam ją, a wtedy z kieszeni wysunął się skrawek papieru. Przez sekundę miałam ochotę go zignorować. Nie zrobiłam tego.

To był paragon. Elegancka restauracja. Dwie osoby, kolacja, wino, deser. Drogo. Nie byliśmy tam razem. Od miesięcy nie chodziliśmy nigdzie, a jeśli już, to kończyło się na pizzy z dowozem. Wzięłam ten paragon do ręki i stałam w sypialni, czując jak moja twarz robi się gorąca, chociaż w środku byłam lodowata. Przez moment zastanawiałam się, co z nim zrobić. Wyrzucić? Pokazać? Włożyłam go do portfela. Potrzebowałam czasu, aby na spokojnie zastanowić się, co z tym zrobić. Wieczorem Michał wrócił, jak zwykle po dziewiętnastej. Zdjął buty, odwiesił kurtkę, zajrzał do kuchni.

– Coś na obiad? – zapytał, nie zerkając w moją stronę.

– Zrobiłam zupę. Ja już jadłam.

Nie spojrzałam na niego. Nie zapytałam o to, jak w pracy. On też nie pytał, jak miną mój dzień. Jakbyśmy naprawdę byli już tylko współlokatorami, a nie małżeństwem. Usiadłam potem na łóżku i zaczęłam myśleć o nas, analizować jego zachowanie w ostatnim czasie. Ile razy wrócił później niż zwykle. Ile wieczorów spędził w pracy. Ile rozmów kończył słowami „jestem zmęczony”. Dopiero teraz zrozumiałam, jak długo przymykałam na wszystko oko.

Po prostu się wydarzyło

Zauważyłam, że mąż częściej wychodził na balkon. Nawet zimą mimo złej pogody. Bez kurtki, tylko w bluzie, czasem w samej koszuli. Mówił, że musi przewietrzyć głowę, że mroźne powietrze dobrze mu zrobi po całym dniu pracy. Wcześniej nie przykładałam do tego wagi, ale teraz przez te wszystkie sytuacje, zaczęłam się zastanawiać, co się naprawdę za tym kryje. Któregoś dnia zauważyłam, że rozmawia z kimś przez telefon. Podeszłam bliżej:

– Ja też bardzo tęsknię. Już niedługo. Obiecuję.

Zamarłam. Przez chwilę wydawało mi się, że wejdę tam, wyciągnę mu telefon z ręki, powiem „wiem”. Ale nie ruszyłam się z miejsca. Stałam nieruchomo, jakby moje ciało nie było już moje. Wyszedł z balkonu z tym samym obojętnym wyrazem twarzy, co zawsze. Zrobił sobie herbatę, usiadł na kanapie, jakby rozmowa, którą właśnie skończył, była o niczym. W końcu nie wytrzymałam. Usiadłam naprzeciwko niego na fotelu i powiedziałam.

Wiem, że mnie zdradzasz.

– O czym ty mówisz.

– Nie udawaj, że nie wiesz. Czapka znaleziona w samochodzie, paragon z drogiej restauracji i jeszcze twoja rozmowa dziś na balkonie. Nie dam sobie mydlić więcej oczu. Kto to jest? Chcę wiedzieć.

Spuścił głowę. W końcu wymamrotał cicho.

– To Aneta, z mojej pracy.

Jak długo to trwa?

– Dwa miesiące. Ja, ja nie planowałem tego romansu. Po prostu się wydarzyło. Między nami ciągle były jakieś kłótnie, a z nią było mi z nią lekko – dodał cicho.

Wstałam. Nie było we mnie furii. Nie było łez. Tylko chłód. Siedział dalej przy tym stole, jakby czekał, aż powiem coś jeszcze. Ale nie miałam nic więcej do dodania.

Wiem, że kiedyś przyjdzie wiosna

Zostałam sama w mieszkaniu. Nie było w tym nic dramatycznego. Nie trzaskałam drzwiami, nie pakowałam walizek w pośpiechu. Po prostu wiedziałam, że to już koniec. Cisza, która dawniej bolała, teraz dawała mi spokój. Usiadłam na kanapie, na której nie tak dawno Michał spał zamiast w naszej sypialni. Patrzyłam na okno. Za szybą padał śnieg. Gruby, ciężki, cichy. Nikt nie przechodził chodnikiem. Świat zamarł.

Zdrada to nie zawsze gest, pocałunek, zapach innego ciała. Czasem to po prostu ciągłe „nie wiem”. Czasem to unikanie wzroku. Czasem to brak słów, kiedy najbardziej ich potrzebujesz. Czasem to tylko świadomość, że jesteś sam, nawet jeśli ktoś siedzi obok. W tej zimie zamarzło coś więcej niż tylko szyby. Zamarzło wszystko, co było między nami. Nie wiem jeszcze, co dalej. Ale zrozumiałam, że jeśli coś się kończy, nie warto go zatrzymywać. I nie warto się łudzić, że wróci. Zima jeszcze potrwa. Ale wiem, że kiedyś przyjdzie wiosna. Choćby miała zacząć się ode mnie.

Anka, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama