„W sanatorium dałam się namówić współlokatorce na kulig. Towarzystwo pana Henryka grzało lepiej niż herbata z imbirem”
„Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo sanie ruszyły. Śnieg wirował w powietrzu, końskie kopyta rytmicznie uderzały o zaśnieżoną drogę. Koce pachniały dymem i mrozem. Pan Henryk nakrył nasze kolana jednym z nich”.

Nie chciałam jechać do żadnego sanatorium. Dzieci mnie namówiły. Mówiły, że dobrze mi zrobi zmiana klimatu, ruch, towarzystwo, a ja tylko przytakiwałam. Co miałam im powiedzieć? Że nie chcę, bo po prostu nie mam siły poznawać nowych ludzi, że boję się zbłaźnić?
Zgodziłam się
Pojechałam do Kudowy, kiedy śnieg leżał na dachach jak bita śmietana, a powietrze było tak czyste, że aż chciało się oddychać pełną piersią. Sanatorium nie najgorsze, nawet przytulne. Pokój dzieliłam z Danusią – kobietą o ciętym języku, po dwóch rozwodach i z paznokciami pomalowanymi zawsze na czerwono. Gadatliwa, czasem za bardzo, ale ciepła. Polubiłam ją, może przez tę jej bezczelność.
Po kilku dniach próbowała mnie namówić na kulig, który miał się odbyć w sobotę. Zignorowałam to. Udawałam, że nie słyszę. Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że się rozmyśli i przestanie mnie wyciągać siłą z pokoju jak dziecko do przedszkola, ale kiedy nadszedł sobotni wieczór, Danusia wstała, złapała mój płaszcz i podała mi go bez słowa.
– Ubieraj się – powiedziała. – Zapisałam cię na kulig.
– Ty chyba żartujesz.
– Ani trochę. Zrobisz, jak uważasz, ale jak wrócę i cię tu zastanę, to masz przegwizdane. Od tygodnia siedzimy w tym pokoju i gadasz tylko o tym, czego już nie ma. A życie dalej się toczy, Basiu.
Poszłam na kulig
Wyszła, zostawiając mnie z ciężkim milczeniem w pokoju. Nie miałam siły się z nią kłócić. Włożyłam ciepłe buty, wełnianą czapkę i zeszłam na dół. Na zewnątrz śnieg padał tak gęsto, że oświetlony przez latarnie wyglądał jak powolny deszcz piór. Ludzie gromadzili się przy saniach stojących przy wejściu. Część się znała, ktoś kogoś przedstawiał, ktoś inny żartował. Ja stałam z boku, jak ktoś, kto zapomniał, czemu w ogóle tu przyszedł. Podszedł do mnie mężczyzna w grubym kożuchu.
– Zostało jedno miejsce, obok pana Henryka, jeśli się pani nie boi – powiedział.
Sanie były drewniane, przystrojone świerkami i lampkami, a na siedzeniach leżały grube koce. Usiadłam obok starszego mężczyzny w ciemnym płaszczu, który od razu wyciągnął do mnie dłoń.
– Henryk. Wieczór idealny na kulig, nie?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo sanie ruszyły. Śnieg wirował w powietrzu, końskie kopyta rytmicznie uderzały o zaśnieżoną drogę. Koce pachniały dymem i mrozem. Pan Henryk nakrył nasze kolana jednym z nich.
– Zimno?
– Jeszcze nie.
Nie patrzyliśmy na siebie
Przez pierwsze minuty milczałam, wsłuchana w dźwięki kuligu. Potem pan Henryk rzucił jakiś żart, nieco absurdalny, ale zabawny. Roześmiałam się mimo woli i on to zauważył.
– No, nareszcie. Już myślałem, że cały kulig spędzę obok królowej śniegu.
– A może to pan jest tym, który ją obudził? – Odpowiedziałam bez zastanowienia.
Spojrzał na mnie uważnie.
– Mam wrażenie, że znamy się z jakiegoś innego życia – powiedział.
– A może to to samo życie, tylko trochę później?
Danusia już była w łóżku, kiedy wróciłam. Udawała, że śpi, ale jak tylko zamknęłam drzwi, od razu się poruszyła.
– No i? – zapytała bez otwierania oczu. – Jaki ten pan Henryk?
Zrzuciłam płaszcz i buty, usiadłam na brzegu łóżka. Dłonie miałam jeszcze lekko zziębnięte, policzki piekły od mrozu, ale wewnątrz byłam podekscytowana.
– Miły, ale to tylko kulig.
– Tylko? – Danusia przekręciła się na bok i spojrzała na mnie z ukosa. – Ty się uśmiechasz.
– Nie śmiej się ze mnie – mruknęłam. – To nie ten wiek na głupoty.
– A może właśnie tak?
Myślałam o nim
Wsunęłam się pod kołdrę i zapatrzyłam się w sufit. Henryk miał pogodny głos, mówił prosto, ale nie głupio. Nie silił się na nic, nie zadawał zbyt wielu pytań. Po prostu był. Czasem to wystarcza. Nie pytał o mojego męża, nie opowiadał od razu swojej historii i właśnie dlatego chciałam spotkać go znowu.
Zamknęłam oczy, ale sen nie przychodził. Obok Danusia pochrapywała już cicho, a ja nadal czułam pod kolanami ciepło tamtego koca. Obraz z kuligu wracał w urywkach: śnieg osiadający na jego ramieniu, jego dłonie układające materiał, jego głos mówiący: „Mam wrażenie, że znamy się z jakiegoś innego życia”.
To był wieczór, który minął zbyt szybko, ale niczego nie żałowałam. Choć wciąż czułam się nieco winna. Janek był dobrym mężem. Nie idealnym – nikt nie jest – ale dobrym. Był przy mnie przez tyle lat, a teraz go nie było. Czy mogłam pozwolić sobie na śmiech, na rozmowę z obcym mężczyzną, na ułamek ciepła, który nie należał do przeszłości?
Odnalazł mnie
Następnego dnia przy śniadaniu było gwarno. Danusia opowiadała przy stole o jakiejś znajomej z Gdyni, która naświetlała sobie kolano lampą z lat osiemdziesiątych.
– Barbaro – usłyszałam z boku. Odwróciłam się. Obok mnie stał Henryk z tacą w ręku. – A może dziś zamienimy kulig na spacer?
– Tylko jeśli pan zabierze ten sam koc – powiedziałam, a on się roześmiał cicho.
– Mam go w pokoju. Jest niezawodny.
Po śniadaniu poszliśmy powoli parkową alejką, mijając starsze panie z kijkami i małżeństwa w puchowych kurtkach. Opowiedział mi o swojej żonie – nie w tonie żalu, raczej spokojnej pamięci. Ja też wspomniałam Janka. Nie rywalizowaliśmy wspomnieniami, po prostu dzieliliśmy się ciszą. Taką, jakiej oboje chyba potrzebowaliśmy. Spacer doprowadził nas do kawiarni przy deptaku. Śnieg znów zaczął sypać, tym razem drobno. Weszliśmy do środka, zdjęliśmy czapki, kurtki.
– Co pani zamówi? – zapytał.
Wybrałam herbatę z maliną i coś słodkiego. Patrzyłam na jego dłonie obejmujące filiżankę, na siwe włosy przy skroniach, na oczy, które nie uciekały, tylko czekały.
– Wiesz – zaczęłam, nie wiedząc, jak właściwie to powiedzieć. – Po śmierci Janka długo czułam, że nie mam już nic.
Wyznałam mu wszystko
Henryk nie przerywał. Pozwolił mi mówić.
– A wczoraj… z tobą poczułam się, jakbym znowu była kobietą.
Zamilkłam, zawstydzona, że powiedziałam za dużo.
– Wystarczy, że posiedzimy razem w ciszy – dodałam.
– Albo pod tym samym kocem – odpowiedział.
Kiedy odprowadził mnie pod drzwi pokoju, pocałował mnie w policzek i powiedział:
– Do jutra, Basiu.
A ja odpowiedziałam:
– Do jutra, Henryku.
Danusia już chrapała, gdy wróciłam do pokoju. Zdjęłam płaszcz i powiesiłam go na krześle. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na telefon. Jedna nowa wiadomość: „Dobranoc, Basiu. Jutro herbatka na deptaku o 11? Przyniosę koc”.
Uśmiechnęłam się. Henryk nie był żadną iluzją. Był mężczyzną, który patrzył na mnie z uwagą i ciepłem. Nie zastępował Janka, był po prostu sobą, a ja byłam sobą przy nim. Nie planowaliśmy niczego, ale w ostatni dzień mojego pobytu zaprosił mnie na kolację. Potem zadzwonił, gdy tylko dotarłam do domu. A miesiąc później odwiedził mnie w moim domu. Byliśmy późnym początkiem. I nigdzie się nie spieszyliśmy.
Barbara, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuczka nie złożyła mi życzeń na Dzień Babci. Smarkula może zapomnieć o dodatkowym kieszonkowym”
- „Tego Dnia Babci nigdy nie zapomnę. Gdy wnuk wykrzyczał mi w twarz to 1 zdanie, szczęka opadła mi do samej ziemi”
- „Wykupiłam tanio ferie w Białce Tatrzańskiej i myślałam, że jestem królową okazji. Niestety dałam się zrobić w balona”