„W sanatorium poznałam wdowca, który słuchał mnie uważniej niż dzieci. Wtedy przypomniałam sobie, jak smakuje szczęście”
„Uśmiechnął się ciepło. Rozmawialiśmy o pogodzie, o zabiegach, o tym, kto skąd przyjechał. Nic wielkiego. A jednak, gdy mówiłam, nie przerywał. Nie zerkał w telefon. Nie poprawiał mnie. Patrzył prosto w oczy”.

- Redakcja
Sanatorium kojarzyło mi się kiedyś z miejscem dla ludzi zmęczonych życiem, którzy liczą dni do powrotu do swoich czterech ścian. Pojechałam tam bardziej z obowiązku niż z potrzeby serca. Dzieci uznały, że „dobrze mi to zrobi”. Nie przypuszczałam, że właśnie tam ktoś spojrzy na mnie tak, jak od lat nikt nie patrzył – z uwagą, cierpliwością i prawdziwym zainteresowaniem.
Zobaczyłam, że mogę inaczej
Do sanatorium przyjechałam wczesnym popołudniem. Walizkę niosłam sama, choć syn zapewniał przez telefon, że „na pewno ktoś pomoże”. Nikt nie pomógł. Zresztą przywykłam do tego, że w praktyce radziłam sobie sama. Pokój był niewielki, ale jasny. Usiadłam na łóżku i przez chwilę patrzyłam w okno. W domu też często tak siedziałam. Pierwszego dnia zeszłam na kolację niechętnie. Stołówka pełna była rozmów i stukotu sztućców. Ledwie usiadłam przy wolnym stoliku, gdy usłyszałam za sobą spokojny głos.
– Czy mogę się przysiąść? – zapytał mężczyzna w jasnym swetrze, wskazując krzesło naprzeciwko mnie.
Skinęłam głową.
– Oczywiście.
– Adam – przedstawił się, wyciągając rękę.
– Teresa.
Uśmiechnął się ciepło, jakby moje imię coś dla niego znaczyło. Rozmawialiśmy o pogodzie, o zabiegach, o tym, kto skąd przyjechał. Nic wielkiego. A jednak, gdy mówiłam, nie przerywał. Nie zerkał w telefon. Nie poprawiał mnie. Patrzył prosto w oczy.
– A pani dzieci? – zapytał po chwili.
Westchnęłam lekko.
– Mają swoje życia. Dobrze sobie radzą.
– To dobrze – odpowiedział, ale w jego głosie było coś więcej, jakby wyczuwał to, czego nie dopowiedziałam.
Następnego dnia spotkaliśmy się przypadkiem w parku przy sanatorium. Siedział na ławce z książką.
– Znowu się spotykamy – powiedział z uśmiechem.
– Wygląda na to, że tak.
Usiadłam obok niego. Opowiedział, że jest wdowcem od pięciu lat. Mówił o żonie z czułością, bez patosu. Słuchałam, czując, jak w gardle rośnie mi gula. Nie z zazdrości, ale z tęsknoty za kimś, kto kiedyś też patrzył na mnie w ten sposób.
– A pani? – zapytał łagodnie.
Nie wiem, dlaczego wtedy powiedziałam więcej, niż powinnam.
– Czasem mam wrażenie, że w moim domu jestem tylko dodatkiem. Opiekunką wnuków, osobą do załatwiania spraw. Kiedy próbuję powiedzieć, że czegoś mi brakuje, słyszę: „Mamo, przesadzasz”.
Adam milczał przez chwilę.
– To musi boleć.
Proste zdanie. Bez rad, bez pouczeń. Poczułam, jak pod powiekami zaczynają zbierać się łzy.
– Najgorsze jest to, że sama zaczęłam w to wierzyć – przyznałam szeptem. – Że może rzeczywiście przesadzam.
– Nie przesadza pani – powiedział stanowczo. – Każdy człowiek chce być wysłuchany.
Te słowa brzmiały we mnie długo po powrocie do pokoju. Po raz pierwszy od lat ktoś nie zbył moich uczuć. Ktoś nie uznał ich za niewygodne. Zaczęliśmy spotykać się codziennie. Spacerowaliśmy, piliśmy herbatę w kawiarence, śmialiśmy się z drobiazgów. Odkryłam, że potrafię jeszcze żartować. Że mam swoje zdanie. Że mogę mówić bez obawy, że ktoś przewróci oczami. Pewnego wieczoru zadzwoniła córka.
– Jak tam? Tylko nie siedź w pokoju, dobrze? – rzuciła szybko.
– Właśnie wracam ze spaceru – odpowiedziałam.
– O, to dobrze. Słuchaj, czy mogłabyś po powrocie zająć się dziećmi w przyszły weekend? Mamy wyjazd.
Zawahałam się. Zwykle mówiłam „oczywiście”. Tym razem jednak spojrzałam przez okno na ławkę, na której siedział Adam.
– Muszę się zastanowić – powiedziałam cicho.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Zastanowić? Mamo, przecież zawsze możesz.
Serce biło mi szybciej.
– Tym razem nie wiem, czy mogę.
Odłożyłam słuchawkę z drżącymi dłońmi. Bałam się, że przesadziłam. Że znów usłyszę wyrzuty. Adam zauważył moje napięcie.
– Coś się stało?
– Chyba po raz pierwszy powiedziałam „nie wiem” zamiast „tak”.
Uśmiechnął się.
– To początek odzyskiwania siebie.
Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo miał rację.
Chcieli mnie kontrolować
Następnego dnia obudziłam się z niepokojem. W nocy kilkakrotnie sprawdzałam telefon, jakbym spodziewała się wiadomości pełnej pretensji. Rano rzeczywiście czekał na mnie SMS od córki:
„Mamo, nie rozumiem, czemu robisz problem. Porozmawiamy wieczorem”.
Zrobiło mi się ciężko na sercu. Zawsze starałam się być dostępna, pomocna, niezawodna. A jednak coś we mnie pękło. Nie z buntu, raczej z potrzeby oddychania. Na śniadaniu Adam od razu zauważył, że jestem zamyślona.
– Widzę, że myślami jest pani daleko stąd – powiedział spokojnie.
– Córka jest rozczarowana – przyznałam. – Chyba uważa, że stałam się niewdzięczna.
– A pani jak się czuje?
To pytanie znów mnie zaskoczyło. Jak się czuję? Nikt dawno o to nie pytał.
– Przestraszona, ale też… trochę dumna.
Adam skinął głową.
– Strach często idzie w parze z odwagą.
Tego dnia mieliśmy wspólne ćwiczenia w sali gimnastycznej. Śmialiśmy się, gdy instruktor kazał nam balansować na jednej nodze. W pewnym momencie straciłam równowagę i złapałam Adama za rękę.
– Uratował mnie pan – zażartowałam.
– Czasem wystarczy czyjaś dłoń – odpowiedział ciszej.
Zrobiło mi się ciepło. Nie było w tym nic nachalnego, raczej delikatność, do której nie byłam przyzwyczajona. Wieczorem zadzwoniła córka. Odebrałam, zanim zdążyłam się rozmyślić.
– Mamo, o co chodzi? – zaczęła bez wstępu. – Zawsze byłaś chętna do pomocy.
– I nadal chcę pomagać – odpowiedziałam spokojnie. – Ale chciałabym też mieć coś swojego.
– Co masz na myśli?
Zebrałam w sobie odwagę.
– Przez lata dostosowywałam się do waszych planów. Teraz chciałabym czasem zdecydować inaczej. Bez poczucia winy.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Czy ktoś ci coś nagadał? – zapytała podejrzliwie.
Poczułam ukłucie.
– Nie. Po prostu zaczęłam myśleć o sobie.
Rozmowa nie była łatwa. Córka broniła swojego punktu widzenia, ja swojego. W pewnym momencie usłyszałam w jej głosie łagodniejszy ton.
– Nie wiedziałam, że czujesz się… odsunięta – powiedziała ciszej.
– Bo nigdy nie było czasu, żeby o tym porozmawiać.
Kiedy się rozłączyłyśmy, czułam zmęczenie, ale i ulgę. Nie pokłóciłyśmy się. Nie trzasnęłam słuchawką. Po prostu powiedziałam, co czuję. Po kolacji wyszłam na spacer. Adam czekał przy fontannie.
– I jak? – zapytał.
– Powiedziałam prawdę.
– To dużo.
Usiedliśmy na ławce. Przez chwilę milczeliśmy, słuchając szumu wody.
– Wie pani – zaczął po chwili – kiedy zmarła moja żona, dzieci przejęły kontrolę nad wszystkim. Chciały dobrze, ale czułem się jak mebel, który trzeba przestawić w bezpieczne miejsce.
Spojrzałam na niego uważnie.
– Co pan zrobił?
– Wyjechałem sam na miesiąc w góry. Były w szoku. Jednak wróciłem spokojniejszy. Zrozumieli, że wciąż jestem człowiekiem, nie tylko ojcem.
Te słowa dodały mi odwagi. Może moje dzieci też potrzebowały czasu, by zobaczyć mnie inaczej. Kilka dni później w sanatorium zorganizowano wieczorek z muzyką. Zwykle unikałam takich wydarzeń, czułam się niezręcznie. Tym razem Adam wyciągnął do mnie rękę.
– Zatańczy pani?
– Dawno nie tańczyłam – odpowiedziałam.
– To dobry moment, żeby zacząć.
Muzyka była spokojna. Początkowo sztywno trzymałam się w jego ramionach, jakbym bała się zrobić krok nie w tę stronę. Z czasem napięcie puściło. Śmialiśmy się, gdy pomyliliśmy rytm. W pewnym momencie zauważyłam znajomą twarz przy wejściu do sali. To był mój syn. Serce podskoczyło mi do gardła. Nie zapowiadał wizyty. Zatrzymałam się nagle.
– Co się stało? – zapytał Adam.
– To mój syn.
Syn patrzył na nas z wyraźnym zaskoczeniem. Podeszłam do niego niepewnie.
– Mamo, co tu się dzieje? – zapytał półgłosem.
– Tańczę – odpowiedziałam, czując, jak drżą mi dłonie.
– Z kim?
Adam podszedł bliżej.
– Dobry wieczór. Adam – przedstawił się uprzejmie.
Syn zmierzył go wzrokiem, po czym spojrzał na mnie.
– Możemy porozmawiać?
W jego tonie nie było złości, raczej niepokój. Wiedziałam, że nadchodzi chwila próby. Czy znów się wycofam, żeby nikogo nie urazić? Czy stanę po swojej stronie? Spojrzałam na Adama, potem na syna.
– Tak. Porozmawiajmy – powiedziałam, czując, że to rozmowa, która może zmienić wszystko.
Uratował mnie przed samotnością
Wyszliśmy z sali do pustego korytarza. Muzyka przycichła za zamkniętymi drzwiami, a ja czułam się jak uczennica wezwana na rozmowę.
– Mamo, dlaczego nic mi nie powiedziałaś, że… – zawahał się – że kogoś poznałaś?
– Bo sama jeszcze nie wiedziałam, czym to jest – odpowiedziałam szczerze. – Przyjaźnią. Może czymś więcej. Na razie to po prostu rozmowa.
Syn westchnął.
– Martwiłem się. Ostatnio byłaś jakaś inna przez telefon.
– Inna, czyli jaka? – zapytałam spokojnie.
Spojrzał na mnie uważnie, jakby widział mnie po raz pierwszy od dawna.
– Bardziej stanowcza. Jakbyś… przestała się zgadzać na wszystko.
Uśmiechnęłam się lekko.
– Bo przestałam.
Przez chwilę milczeliśmy. W końcu usiadłam na ławce pod ścianą.
– Wiesz, kiedy ostatnio zapytałeś mnie, czy jestem szczęśliwa? – zapytałam.
Zmieszał się.
– Myślałem, że jesteś. Zawsze mówiłaś, że najważniejsze są dzieci.
– Bo były – odparłam łagodnie. – Ale ja nie jestem tylko matką. Jestem też kobietą.
To zdanie długo we mnie dojrzewało. Teraz wypowiedziałam je bez drżenia głosu. Syn przysiadł obok.
– Nie chciałem, żebyś czuła się pomijana – powiedział ciszej. – Po prostu… przyzwyczailiśmy się, że zawsze jesteś.
– Właśnie o to chodzi – odpowiedziałam. – Zawsze byłam. A teraz chciałabym czasem wybrać inaczej.
Widziałam, że to w nim pracuje. Nie był zachwycony, ale nie był też zły. Raczej zdezorientowany.
– A ten pan… Adam? – zapytał po chwili.
– Jest wdowcem. Rozmawiamy, spacerujemy. Słucha mnie.
Syn uniósł brwi.
– My nie słuchamy?
Spojrzałam mu w oczy.
– Często słyszycie, ale nie słuchacie.
Nie zaprzeczył. To było nowe. Zwykle od razu się bronił. Po chwili wstał.
– Chciałem zrobić ci niespodziankę. Przyjechałem zobaczyć, czy wszystko w porządku.
– I co myślisz? – zapytałam.
Rozejrzał się po korytarzu, potem na drzwi sali, zza których dobiegała muzyka.
– Myślę, że… chyba jest w porządku. Dawno nie widziałem, żebyś się tak uśmiechała.
Te słowa zabolały i jednocześnie ogrzały serce. Wróciliśmy do sali. Adam stał przy stoliku, wyraźnie spięty. Podeszłam do niego.
– Wszystko dobrze? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałam. – Mój syn chciał mnie tylko zobaczyć.
Syn podszedł bliżej.
– Miło pana poznać – powiedział, wyciągając rękę. – Dziękuję, że dotrzymuje pan mamie towarzystwa.
Adam uścisnął jego dłoń.
– To przyjemność.
Nie było w tym fałszu. Czułam, jak napięcie powoli opada. Następnego dnia syn wyjechał. Przy pożegnaniu przytulił mnie mocniej niż zwykle.
– Mamo… jeśli będziesz chciała kiedyś kogoś nam przedstawić, nie musisz się bać – powiedział.
– Nie boję się – odparłam z uśmiechem. – Uczę się tylko żyć po swojemu.
Po zakończeniu turnusu nie wróciłam do dawnej rutyny. Zaczęłam od małych rzeczy. Zapisałam się na zajęcia plastyczne w domu kultury. Kiedy córka poprosiła o opiekę nad wnukami, sprawdziłam kalendarz i powiedziałam:
– W sobotę mam swoje plany. Mogę w niedzielę.
Nie było już oburzenia. Było zdziwienie, a potem akceptacja. Adam odwiedził mnie miesiąc później. Spacerowaliśmy po moim osiedlu, piliśmy herbatę w kuchni, która nagle przestała wydawać mi się ciasna. Dzieci poznały go oficjalnie przy niedzielnym obiedzie. Było trochę skrępowania, ale i śmiechu. Któregoś wieczoru, gdy odprowadzałam go na przystanek, zatrzymał się i spojrzał na mnie poważnie.
– Wiesz, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? – zapytał.
– Co?
– To, że sama odzyskałaś siebie. Ja tylko byłem obok.
Zrozumiałam wtedy, że miał rację. Adam nie uratował mnie przed samotnością. On tylko przypomniał mi, że mam prawo mówić, czuć i wybierać. A ja wreszcie zaczęłam korzystać z tego prawa.
Teresa, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na walentynki dostałam 100 zł w kopercie, żebym sama sobie coś kupiła. Zemsta na tym draniu była słodka jak pączek”
- „Od 5 rano stałem w kolejce po pączki, ale dla mnie zabrakło. Dałem się wyrolować jak ostatni naiwniak pięknej blondynie”
- „W naszym związku obowiązuje zasada 50/50. Ale to przesada, że narzeczony nawet w walentynki podzielił koszty na pół”