Reklama

Zawsze uważałem, że życie jest po to, by z niego korzystać. Mam 63 lata, ale nie czuję się jak typowy emeryt. Inni siedzą w kapciach, z gazetą w ręku i narzekają na reumatyzm, a ja co roku pakuję walizkę i ruszam do sanatorium. Niby dla zdrowia, ale prawda jest taka, że nie jadę tam po ziołowe kąpiele czy okłady z borowiny. Jadę tam po kobiety. W sanatorium nuda szybko się przeradza we flirt, a flirt – w coś więcej. Wystarczy trochę uwagi, kilka czułych słów, a panie same lecą. A czasem zostawiają więcej niż tylko numer telefonu.

Było w tym coś kuszącego

To był impuls. Siedziałem kiedyś w przychodni, czekając na wizytę u ortopedy, kiedy starszy facet obok zagaił rozmowę. Zaczął opowiadać, jak co roku jeździ do sanatorium i „żyć mu się chce”. Zainteresowało mnie to. Wyciągnął telefon, pokazał zdjęcia – tańce, spacery, grilla z jakąś kobietą przytuloną do jego ramienia. Było w tym coś kuszącego. Jeszcze tego samego dnia w domu złożyłem wniosek o skierowanie. Nie liczyłem na cuda, ale po dwóch miesiącach przyszła decyzja. Sanatorium w Inowrocławiu, trzy tygodnie, pokój jednoosobowy.

Pierwszego dnia przyjechałem wcześniej, żeby się zainstalować i rozejrzeć. Już w recepcji zauważyłem grupkę kobiet, które śmiały się głośno, popijały kawę i przyglądały się każdemu facetowi, który przechodził. Poczułem się jak na targu mięsnym. Winda zacięła się przy trzecim piętrze, więc szedłem schodami – i wtedy ją spotkałem. Stała pod drzwiami, szarpiąc się z walizką.

– Pomóc pani? – zapytałem z uśmiechem.

– Oj, jakby pan mógł... te walizki to zawsze takie ciężkie – odpowiedziała, zerkając na mnie spod okularów w grubych oprawkach.

Zaniosłem jej bagaż do pokoju. Powiedziała, że ma na imię Halina, jest z Łodzi i przyjechała „odpocząć od wnuków”. Zaczęliśmy rozmawiać. Była wdową, ale pełną energii i z poczuciem humoru. Wieczorem sama mnie zaprosiła na kawę do kawiarni w ośrodku. Tam już usłyszałem więcej – o jej trudnym małżeństwie, o samotności. Kiwałem głową, patrzyłem jej w oczy i wiedziałem jedno, że wrócę tu jeszcze nieraz.

Nocne tańce i poranne śniadania

W sanatorium dni są długie, ale wieczory jeszcze dłuższe. Już drugiego dnia wiedziałem, że najważniejsze rzeczy dzieją się po kolacji. O 19:00 zaczynała się potańcówka w sali z pianinem. Niby nikt nie mówił wprost, że to miejsce łapania towarzystwa, ale spojrzenia, sukienki i fryzury pań mówiły same za siebie. Halina przyszła w czerwonej sukience, która mocno podkreślała jej figurę. Nie była typem cichej myszki – tańczyła, śmiała się, szukała kontaktu wzrokowego. Byłem jej „partnerem z pierwszego dnia” i to zobowiązywało.

– Niech pan uważa – szepnęła mi w ucho podczas walca. – Te panie tutaj to jak rekiny. Jak jedna wypatrzy faceta, to pozamiatane.

– A pani co? Delfin? – odparłem z uśmiechem.

– Ja? Ja jestem starą foką. Wiem, kiedy podpłynąć, a kiedy udawać, że mnie nie ma.

Była bezpośrednia, ale nie nachalna. Lubiłem jej żarty. Pod koniec wieczoru zapytała, czy nie wpadnę rano na wspólne śniadanie. Niby luźno, niby bez zobowiązań, ale już wiedziałem, że nie chodzi tylko o jajecznicę. W kuchni miała ekspres do kawy i mnóstwo ciastek. Rozmawialiśmy o wszystkim – od polityki, przez dzieci, po jej ulubiony serial. Zrobiło się swojsko, może nawet za bardzo. Czułem, że zbyt łatwo wchodzi w coś poważnego, a ja przecież nie po to tu przyjechałem. Kiedy wyszedłem, zatrzymała mnie jeszcze w drzwiach.

– Zostawiłby pan, chociaż ten uśmiech na później, bo od rana mi pan siedzi w głowie.

Uśmiechnąłem się tylko. Wiedziałem, że to dopiero początek.

Gdy jedna odchodzi, druga już czeka

Z Haliną było miło, ale nie zamierzałem się przywiązywać. Po tygodniu już znałem rytm ośrodka. Wiedziałem, która pani chodzi na borowinę o ósmej, a która przychodzi na gimnastykę dziesięć minut wcześniej, żeby zająć miejsce w pierwszym rzędzie i przyciągnąć uwagę rehabilitanta. Zacząłem się rozglądać. Halina zaczęła się robić zaborcza. Potrafiła usiąść obok mnie przy obiedzie i zerknąć groźnie na każdą, która zbliżała się do naszego stolika.

– Widzę, że jesteś tu całkiem popularny – powiedziała pewnego dnia, podając mi solniczkę.

– Staram się być miły – odpowiedziałem wymijająco.

– Miłym to można być raz. Ty jesteś miły dla wszystkich.

Nie odpowiedziałem. Pocałowałem ją w dłoń, ale myślami byłem już gdzie indziej. Tego samego dnia poznałem Wandę. Miała 58 lat, świeżo po rozwodzie, ale wyglądała, jakby jej całe życie dopiero się zaczynało. Wysoka, zadbana, pachniała drogimi perfumami. Spotkaliśmy się przypadkiem na spacerze po parku. Zaczęliśmy rozmawiać o muzyce – niby banał, ale między nami od razu iskrzyło.

– Lubi pan jazz? – zapytała.

– Uwielbiam – skłamałem bez mrugnięcia okiem.

– To dobrze, bo dziś wieczorem grają na żywo w tej kawiarence za rogiem. Może się tam spotkamy?

Halinie powiedziałem, że muszę zostać w pokoju, bo coś mnie w krzyżu łupie. Wanda czekała już przy stoliku, w zielonej apaszce, z dwoma kieliszkami czerwonego wina. Ta noc była inna. Ona była inna. Ale jedna rzecz się nie zmieniała – kobiety w sanatorium chciały czuć się wyjątkowe. A ja wiedziałem dokładnie, jak to osiągnąć.

Portfele otwierały się same

Z Wandą spotykaliśmy się regularnie. Nie musiałem wiele robić – komplement, delikatne muśnięcie dłoni, odprowadzanie pod drzwi. Robiło całą robotę. Po trzecim wieczorze, gdy przyniosłem jej drobny kwiatek zerwany z parku, spojrzała na mnie ciepło i powiedziała:

– Wiesz, takich gestów już nikt nie robi. Ty jesteś... inny.

Udawałem zakłopotanie. Siedzieliśmy u niej w pokoju, muzyka grała cicho z radia. Opowiadała o swoim eksmężu, który ją zostawił dla młodszej. Potakiwałem, podsuwałem chusteczkę, a ona nagle wyciągnęła z torebki portfel.

– Wiem, że to głupie, ale czuję, że muszę ci coś dać. Chcę. Może nie masz zbyt wiele, a ja i tak nikomu już nie muszę się z tego tłumaczyć.

Podała mi banknot złożony na pół. Odmówiłem, ale niezbyt stanowczo. Ostatecznie pozwoliła mi „pożyczyć” – bez konieczności oddania. Z Wandą powtórzyło się to jeszcze kilka razy. Wystarczyło ją przytulić, powiedzieć, że zasługuje na więcej. Miała serce na dłoni i portfel też. Nie była jedyna. Kobiety w tym wieku często były głodne uwagi, a ja dawałem im jej tyle, że same chciały się odwdzięczyć. Raz dostałem nowy zegarek, innym razem kopertę „na paliwo, bo przecież daleko wracasz”. Nigdy nie prosiłem wprost. One same proponowały, a ja tylko przyjmowałem z uśmiechem wdzięczności. Czułem się jak aktor grający rolę życia. Wychodziło mi to cholernie dobrze. Może aż za dobrze.

Zbyt łatwo, żeby zrezygnować

Kiedy kończył się turnus, miałem już swoje stałe trasy po korytarzach. Mijałem kobiety, które uśmiechały się do mnie z sentymentem, inne spuszczały wzrok, a jeszcze inne liczyły, że to je zaproszę na wieczorny spacer. Z Wandą kontakt się rozluźnił – zaczęła za dużo oczekiwać. Chciała wiedzieć, co dalej, czy do siebie zadzwonimy, czy może ją odwiedzę. W takich sytuacjach zawsze mówiłem to samo:

– Nie wiem, co przyniesie życie. Ale nie zamykam się na nic.

Wystarczyło. W sanatorium łatwo stworzyć bańkę. Czas płynie wolniej, ludzie wydają się bliżsi, emocje szybciej rosną. A kiedy ktoś mówi ci codziennie, że jesteś wyjątkowy – zaczynasz w to wierzyć. A przynajmniej udajesz, że wierzysz. W ostatnim tygodniu poznałem Danutę. Spokojna, elegancka, miała coś z klasy starego kina. Sama mnie zagadnęła przy biblioteczce, pytając, czy lubię biografie. Od słowa do słowa – znów kawa, znów wieczorny spacer, znów spojrzenia, które coś obiecywały. I znów to samo zdanie:

– Tyle lat żyłam tylko dla innych. Może teraz wreszcie czas na mnie?

Była czuła, delikatna, a kiedy się żegnaliśmy, wręczyła mi paczkę z nalewką domowej roboty i kartką z numerem telefonu. Po drodze do pokoju dostałem SMS-a od Haliny: „Pamiętasz jeszcze o mnie?”. I wtedy poczułem, że to wszystko zaczęło mnie przerastać. A może nie przerastać – może po prostu nudzić. Bo jeśli wszystko przychodzi za łatwo, traci swój smak. Ale jednocześnie… z czego miałbym zrezygnować? Z poczucia bycia kimś ważnym, z prezentów, z uwagi. Nie. Na pewno nie jeszcze.

Czy to tylko gra, czy już samotność?

Wróciłem do domu z walizką pełną prezentów, kilkoma numerami telefonów i głową pełną wspomnień. Na stole zostawiłem koperty, drobiazgi, karteczki z „zadzwoń koniecznie”. Usiadłem w kuchni, zrobiłem herbatę i przez chwilę nie wiedziałem, co dalej. Telefon milczał, ale to była cisza tymczasowa – wiedziałem, że wkrótce któraś z pań się odezwie. Zrobi to z troską, może z niecierpliwością, może z nutą rozczarowania, że nie zadzwoniłem pierwszy. W lustrze zobaczyłem twarz, którą znałem, ale jakby mniej swoją. Trochę zmęczoną, trochę znudzoną. Czy naprawdę tak mnie to bawiło? Czy naprawdę chodziło tylko o kasę i adorację? Kiedyś tak. Teraz… sam nie wiedziałem.

Nie jestem złym człowiekiem. Nie zmuszam, nie obiecuję niczego wprost, nie wyciągam ręki po pieniądze. Ale wiem, co robię. Wiem, jak patrzeć, jak mówić, jak dotknąć ramienia, by kobieta poczuła, że znów jest kimś. A potem – wszystko idzie samo. Zadzwoniła Danuta. Nie odebrałem. Położyłem się na kanapie i wsłuchałem się w ciszę mieszkania. Ciepłe światło z kuchni, zapach herbaty, daleki szum miasta. Nikt nie czekał w pokoju obok, nikt nie pytał, czy przyjdę na kolację, nikt nie chował mi liściku pod drzwiami. I nagle poczułem, że to wszystko było może i wygodne, ale puste. Bo jeśli każda historia kończy się w ten sam sposób – z walizką i milczeniem – to może gra przestaje mieć sens? Nie wiem. Może jeszcze raz pojadę. A może nie. Ale póki co... herbatę wypiłem sam.

Zbigniew, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama