Reklama

Nigdy nie sądziłam, że w moim wieku serce może jeszcze tak mocno bić, a potem tak cicho pęknąć pod ciężarem codzienności. Uzdrowisko zimą wyglądała jak kraina z baśni, a Tadeusz wydawał się księciem, na którego czekałam całe życie, choć nawet o tym nie wiedziałam. To miał być piękny, jesienny rozdział mojego życia, pełen ciepła i wspólnych planów. Jednak kiedy śnieg stopniał, a my wróciliśmy do swoich czterech ścian, okazało się, że kilkaset kilometrów to przepaść, której nie zasypią nawet najczulsze słowa, a moje stare kapcie są wygodniejsze niż szpilki, które dla niego zakładałam.

Nie planowałam miłości

Kiedy listonosz przyniósł skierowanie do sanatorium, moja pierwsza myśl była taka, by podrzeć papier i wyrzucić go do kosza. Nie lubiłam zmian. Moje życie w Poznaniu było poukładane jak rzędowe nasadzenia na działce, którą pielęgnowałam od śmierci męża. Wstawałam o siódmej, piłam kawę w ulubionym kubku w maki, potem szłam na zakupy do tego samego warzywniaka, a popołudnia spędzałam z książką lub krzyżówką. Czasami wpadała córka z wnukami, wprowadzając radosny chaos, ale potem wszystko wracało do normy. Do ciszy, którą oswoiłam i polubiłam. Córka jednak nie dała za wygraną.

– Mamo, musisz jechać – przekonywała, pakując moje walizki niemal na siłę. – Masz problemy z plecami, a poza tym siedzisz w tym domu jak pustelnik. Potrzebujesz ludzi, świeżego powietrza, zmiany klimatu.

– Mam ludzi w sklepie i w kościele – broniłam się słabo. – A powietrze na balkonie też jest świeże.

Ostatecznie uległam. Zapakowałam najwygodniejsze dresy, kilka książek i nastawienie, że po prostu "odbębnię" te trzy tygodnie zabiegów, unikając towarzyskich spędów. Nie planowałam żadnych znajomości, a już na pewno nie planowałam miłości. Byłam przekonana, że ten etap mam już dawno za sobą, zamknięty w szufladzie z pamiątkami po mężu. Droga do sanatorium była długa i męcząca. Kiedy dotarłam na miejsce, miasto przywitało mnie gęstym śniegiem i mrozem, który szczypał w policzki. Ośrodek był ogromny, pachniał obiadem i środkami czyszczącymi, co przypomniało mi dawne kolonie. Dostałam pokój z widokiem na ośnieżone świerki i współlokatorkę, Dankę, która od progu zaczęła opowiadać o swoich trzech rozwodach i planach na znalezienie czwartego męża właśnie tutaj.

– Ela, tutaj powietrze jest naładowane feromonami – mrugnęła do mnie, wieszając w szafie jaskrawe sukienki. – Zobaczysz, jeszcze będziesz tańczyć do białego rana.

Uśmiechnęłam się pod nosem z politowaniem. Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo się myliłam i jak szybko moje poukładane życie zostanie wywrócone do góry nogami przez jednego człowieka w szarym swetrze.

Czułam, jakbyśmy znali się od lat

Pierwszy tydzień minął mi na walce z grafikiem zabiegów. Kąpiele perełkowe, masaże, gimnastyka grupowa – wszystko to sprawiało, że wieczorami padałam na łóżko zmęczona, ale zadowolona. Unikałam wieczorków zapoznawczych, o których głośno było na korytarzach. Wolałam czytać w świetlicy, gdzie zazwyczaj było pusto, bo większość kuracjuszy okupowała parkiet w kawiarni. To właśnie w świetlicy, w połowie drugiego tygodnia, poznałam Tadeusza. Siedziałam w głębokim fotelu, zatopiona w kryminale, kiedy usłyszałam ciche chrząknięcie. Podniosłam wzrok. Stał nade mną wysoki mężczyzna o siwych, gęstych włosach i oczach tak niebieskich, że aż nienaturalnych.

– Przepraszam, że przeszkadzam w śledztwie – powiedział, wskazując na książkę. – Ale czy to miejsce obok jest wolne? Wszędzie indziej jest za głośno, a ja szukam chwili spokoju.

– Proszę bardzo – odparłam, przesuwając swoją torebkę.

Usiadł i przez chwilę milczeliśmy. To nie była jednak krępująca cisza. Czułam od niego zapach wody kolońskiej, takiej starej daty, ale przyjemnej, i delikatny aromat tytoniu fajkowego, choć w środku nie palił.

– Tadeusz – przedstawił się nagle, wyciągając rękę.

– Elżbieta.

Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Tadeusz jest wdowcem od pięciu lat i, podobnie jak ja, przyjechał tu bardziej z rozsądku niż z chęci. Opowiadał o swoim ogrodzie, o psie, którego zostawił pod opieką sąsiadki, i o tym, jak trudno jest gotować dla jednej osoby. Każde jego słowo rezonowało we mnie. Czułam, jakbyśmy znali się od lat. Rozumiał, czym jest samotność w pustym domu, rozumiał, jak to jest, gdy dzieci dzwonią tylko w biegu, między pracą a odwożeniem wnuków na zajęcia. Tego wieczoru nie przeczytałam już ani jednej strony.

Jesteś wyjątkową kobietą

Od tamtego wieczoru staliśmy się nierozłączni. Danka patrzyła na mnie znacząco, kiedy rano staranniej układałam włosy, a wieczorem wracałam z wypiekami na twarzy.

– Mówiłam ci, Ela! Sanatorium czyni cuda – chichotała, smarując twarz kremem.

Ale to nie było takie proste. To nie był szalony romans, o jakim pisały kolorowe pisma. To było powolne, ostrożne zbliżanie się dwóch poturbowanych przez życie dusz. Tadeusz był szarmancki w taki staroświecki sposób, który uwielbiałam. Otwierał przede mną drzwi, podawał płaszcz, a na stołówce zawsze czekał, aż zacznę jeść pierwsza. Pamiętam jeden spacer. Było mroźno, śnieg skrzypiał pod butami, a słońce przebijało się przez korony drzew, tworząc na śniegu złote plamy. Szliśmy powoli, trzymając się pod ramię – oficjalnie, żeby się nie poślizgnąć, ale oboje wiedzieliśmy, że chodzi o bliskość.

– Wiesz, Elu – powiedział w pewnym momencie, zatrzymując się przy barierce. – Myślałem, że na starość czeka mnie już tylko fotel i telewizor. Że emocje są dla młodych.

– Ja też tak myślałam – przyznałam cicho, patrząc na panoramę miasta.

– Ale przy tobie czuję się, jakbym znów miał trzydzieści lat. Jakbym mógł góry przenosić, chociaż kręgosłup mówi co innego – zaśmiał się ciepło, a potem, zupełnie niespodziewanie, zdjął rękawiczkę i dotknął moim policzkiem swojej dłoni. Była ciepła i szorstka. – Jesteś wyjątkową kobietą.

Serce zatrzepotało mi tak mocno, że bałam się, iż usłyszy to przez gruby wełniany płaszcz. W tamtej chwili, w scenerii jak z filmu, uwierzyłam, że wszystko jest możliwe. Że odległość jaka nas dzieli w codziennym życiu to tylko liczba na mapie, że nasze przyzwyczajenia można nagiąć, że miłość w jesieni życia może być tak samo intensywna jak ta wiosenna.

Nie chcę wracać do pustego domu

Nasz turnus kończył się dwa dni po walentynkach. To święto, które zazwyczaj ignorowałam, traktując je jako komercyjny wymysł dla nastolatków, nagle nabrało znaczenia. W sanatorium organizowano wielki bal walentynkowy. Tadeusz poprosił mnie o towarzystwo z taką powagą, jakby prosił o rękę. Kupiłam sukienkę. Nie miałam w walizce nic odpowiedniego, więc poszłam do butiku w pijalni wód i wybrałam granatową, z delikatną koronką. Kiedy stanęłam przed lustrem, nie poznałam samej siebie. Oczy mi błyszczały, policzki były różowe. Wyglądałam na szczęśliwą. Wieczór był magiczny. Sala balowa udekorowana sercami, muzyka na żywo, pary wirujące na parkiecie. Tadeusz tańczył świetnie, prowadził pewnie i lekko. Czułam się przy nim bezpieczna i kobieca.

– Chciałbym, żeby ten wieczór nigdy się nie skończył – szepnął mi do ucha podczas wolnego kawałka. – Nie chcę wracać do pustego domu, Elu. Nie teraz, kiedy wiem, jak to jest mieć kogoś bliskiego.

– Ja też nie, Tadziu – odpowiedziałam, wtulając się w jego marynarkę.

Wtedy padły pierwsze deklaracje. Że będziemy do siebie dzwonić codziennie. Że będziemy się odwiedzać. Że nasze miasta mają dobre połączenia kolejowe. Że może kiedyś, kto wie, zamieszkamy razem. W blasku dyskotekowych świateł i pod wpływem endorfin, te plany wydawały się nie tylko realne, ale wręcz łatwe do zrealizowania. Byliśmy dwojgiem dorosłych ludzi, niezależnych, wolnych. Co mogło pójść nie tak?

Sanatoryjna miłość to co innego niż życie

Powrót do domu był bolesny. Cisza w moim mieszkaniu, która kiedyś była kojąca, teraz dzwoniła w uszach. Pierwsze dni spędziliśmy na telefonie. Dzwoniliśmy do siebie rano, w południe i wieczorem. Opowiadaliśmy sobie o wszystkim – co zjedliśmy na śniadanie, co leciało w telewizji, jaka jest pogoda. Córka zauważyła zmianę.

– Mamo, ty promieniejesz! – wołała, patrząc na mnie podejrzliwie. – Kto to jest? Opowiadaj!

Opowiedziałam jej o Tadeuszu. Cieszyła się, choć w jej oczach widziałam cień troski.

– Tylko pamiętaj, mamo, że sanatoryjna miłość to co innego niż życie – rzuciła ostrożnie.

Zbyłam to machnięciem ręki. Co ona mogła wiedzieć? Przecież my byliśmy inni. Pierwszy zgrzyt pojawił się po dwóch tygodniach. Rachunki za telefon zaczęły mnie martwić, a ciągłe wiszenie na słuchawce zaczęło kolidować z moim rytmem dnia. Lubiłam oglądać swój serial o 17:00 w skupieniu. Tadeusz miał zwyczaj dzwonić akurat wtedy, żeby opowiedzieć mi jakiś dowcip albo poskarżyć się na sąsiada. Początkowo wyciszałam telewizor, ale z czasem zaczęło mnie to drażnić.

– Tadziu, leci mój serial, oddzwonię później – powiedziałam raz, starając się brzmieć miło.

– Oj, Elunia, serial nie ucieknie, a ja się stęskniłem – odpowiedział, a w jego głosie usłyszałam nutę pretensji.

Potem przyszła kwestia wizyty. Umówiliśmy się, że Tadeusz przyjedzie do mnie na Wielkanoc. Szykowałam się tydzień. Sprzątałam, gotowałam, piekłam. Chciałam, żeby wszystko było idealnie. Żeby zobaczył, jak dobrze gospodaruję. Kiedy przyjechał, był zmęczony podróżą. Pociąg miał opóźnienie, bolały go plecy.

– Strasznie daleko mieszkasz, Elu – westchnął, wchodząc do przedpokoju z wielką walizką.

Jego obecność w moim małym, uporządkowanym świecie była jak wpuszczenie słonia do składu porcelany. Tadeusz był głośny. Mówił głośno, śmiał się głośno, nawet herbatę siorbał głośno. W sanatorium, w gwarze stołówki, tego nie zauważałam. Tutaj, w mojej kuchni, każdy dźwięk był spotęgowany. Okazało się, że mamy zupełnie inne nawyki. Ja wstawałam rano i lubiłam ciszę przy kawie. On od razu włączał radio na cały regulator, bo musiał słuchać wiadomości. Ja dbałam o porządek – każda rzecz miała swoje miejsce. On zostawiał gazetę na stole, okulary na szafce z butami, a sweter rzucał na oparcie fotela.

– Tadziu, czy mógłbyś chować rzeczy do szafy? – prosiłam delikatnie.

– Daj spokój, Elu, jesteśmy w domu, a nie w muzeum – odpowiadał, machając ręką.

Te drobiazgi. Te małe, irytujące drobiazgi zaczęły się nawarstwiać. Drażniło mnie, że używa za dużo soli. Że chrapie w nocy tak, że musiałam uciekać na kanapę do salonu. Że ciągle chce gdzieś wychodzić, coś zwiedzać, podczas gdy ja po przygotowaniach do świąt marzyłam tylko o odpoczynku.

Jesteś jakaś nieobecna

Wizyta Tadeusza skończyła się chłodnym pożegnaniem na dworcu. Obiecaliśmy sobie, że teraz moja kolej. Że pojadę do Rzeszowa w maju. Że może u niego będzie inaczej. Przez ten miesiąc nasze rozmowy telefoniczne stały się rzadsze i krótsze. Tematy się wyczerpały. Ile można rozmawiać o pogodzie i o tym, co u dzieci? Brakowało wspólnej codzienności, która spaja związki, a ta namiastka, którą mieliśmy podczas świąt, raczej nas podzieliła, niż połączyła. Mimo wątpliwości pojechałam. Dom Tadeusza był duży, z ogrodem, o którym tyle opowiadał. Ale ten dom był… męski. Wszędzie było pełno kurzu, w kuchni panował artystyczny nieład, a pies, o którym mówił z taką czułością, okazał się wielkim, kudłatym zwierzęciem, które brudziło mi spodnie przy każdym powitaniu.

Tadeusz próbował się starać, widziałam to. Kupił kwiaty, zabierał mnie na spacery. Ale ja czułam się tam obco. Tęskniłam za swoją łazienką, za swoim łóżkiem, za swoim widokiem z okna. Kiedy Tadeusz zaproponował, żebym została na dłużej, może nawet spróbowała się przeprowadzić, poczułam panikę. Wyobraziłam sobie, że muszę spakować całe swoje życie. Zostawić córkę, wnuki, groby bliskich, moją działkę, moje przyzwyczajenia. I zamieszkać tutaj, w tym obcym mieście, w domu, który wymagał kobiecej ręki, na co wcale nie miałam ochoty i siły.

– Elu, co się dzieje? – zapytał pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy na tarasie. – Jesteś jakaś nieobecna.

Spojrzałam na niego. Wciąż miał te same, błękitne oczy, wciąż był dobrym człowiekiem. Ale magia z uzdrowiska zniknęła. Zdmuchnął ją wiatr codzienności i odległości.

– Tadziu… – zaczęłam, szukając odpowiednich słów. – Myślę, że jesteśmy za starzy na rewolucje.

– O czym ty mówisz? Przecież jest nam dobrze.

– Jest nam dobrze tam, gdzie nie ma problemów – powiedziałam smutno. – W sanatorium, na wakacjach. Ale życie to nie wakacje. Ja mam swoje korzenie w innym miejscu . Nie przesadzimy starych drzew bez uszkodzenia korzeni.

Milczał przez długą chwilę, pykając swoją nieodłączną fajkę, której zapach teraz mnie drażnił, zamiast intrygować.

Więc to koniec? – zapytał wreszcie. – Bo nie chcę skarpetek na podłodze?

– Nie chodzi o skarpetki, Tadziu. Chodzi o to, że ja lubię swoje życie takim, jakie jest. Samotnym, ale moim. I ty też lubisz swoje. Próbowaliśmy to połączyć, ale… chyba po prostu wygodniej nam osobno.

To była najtrudniejsza rozmowa w moim życiu od czasu śmierci męża. Widziałam w jego oczach zawód, może nawet ból. Czułam się winna, że to ja jestem tą, która mówi "nie", tą pragmatyczną, tą bez serca. Ale wiedziałam, że jeśli będziemy to ciągnąć, znienawidzimy się nawzajem.

Czułam, że to jest właściwe miejsce

Wróciłam do domu wcześniej, niż planowałam. Kiedy przekręciłam klucz w zamku i weszłam do mojego cichego, pachnącego lawendą mieszkania, poczułam ulgę tak wielką, że aż zakręciło mi się w głowie. Zrobiłam sobie herbatę, usiadłam w fotelu i włączyłam telewizor. Nikt nie gadał, nikt nie siorbał, nikt nie przełączał kanałów. Byłam sama. I po raz pierwszy od miesięcy czułam, że to jest właściwe miejsce.

Z Tadeuszem dzwonimy do siebie od czasu do czasu. Z czasem rozmowy stały się rzadsze – na święta, na imieniny. Ostatnio powiedział mi, że poznał kogoś ze swoich okolic. Panią, która też ma ogród. Poczułam ukłucie zazdrości, ale trwało ono tylko sekundę. Zaraz potem przyszła myśl: "Dobrze. Niech będzie szczęśliwy".

Walentynki w uzdrowisku były piękne. Były potrzebne, żeby przypomnieć mi, że wciąż jestem kobietą, że wciąż mogę się podobać. Ale miłość na odległość w naszym wieku to wyzwanie ponad siły. Emocje są ważne, ale wygoda, spokój i przyzwyczajenia budowane przez dekady są jak betonowe fundamenty. Nie da się ich przesunąć siłą woli. Czasem wyciągam z szafy tę granatową sukienkę. Gładzę koronkę i uśmiecham się do wspomnień. To była piękna przygoda. Ale prawdziwe życie jest tutaj, w moich kapciach, z moim kubkiem kawy i ciszą, której nie oddam już nikomu.

Elżbieta, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama