Reklama

Przyjechałam tam z jedną torbą i głową pełną cudzych oczekiwań. W domu zostały niedopowiedziane pretensje, ciche dni i zmęczenie, którego nikt nie chciał zauważyć. Sanatorium miało być chwilą oddechu, miejscem, gdzie ktoś w końcu zapyta, jak się czuję. Nie przypuszczałam, że wśród zabiegów i obcych twarzy zacznę słuchać samej siebie.

Zostawiłam za sobą żale i obowiązki

Pierwszego poranka obudził mnie stukot wózka na korytarzu i zapach kawy, który wślizgnął się do pokoju przez uchylone drzwi. Przez chwilę leżałam bez ruchu, wsłuchując się w ten obcy rytm. Nikt nie wołał mnie z kuchni, nikt nie wzdychał z pretensją, że znów za długo śpię. Ta cisza była dziwna, niemal podejrzana.

W jadalni panował gwar. Talerze brzęczały, ktoś śmiał się za głośno, ktoś inny nerwowo mieszał herbatę. Usiadłam przy wolnym stoliku, próbując nie rzucać się w oczy. Po chwili naprzeciwko mnie stanęła kobieta z krótkimi, siwiejącymi włosami.

– Wolne? – zapytała, wskazując krzesło.

– Tak, proszę – odpowiedziałam odruchowo.

Przedstawiła się jako Teresa. Mówiła szybko, jakby bała się, że ktoś jej przerwie. O zabiegach, o tym, że przyjeżdża tu co roku, o mężu, który „w końcu zrozumiał, że ona też musi mieć swoje miejsce”. Słuchałam, kiwając głową, a w środku coś mnie ścisnęło.

Po śniadaniu poszłam na pierwszy zabieg. Rehabilitant, młody chłopak z poważną miną, wyjaśniał zasady, a ja myślałam tylko o tym, że nikt ode mnie niczego nie chce. Nie musiałam się tłumaczyć, przepraszać ani udawać, że wszystko jest w porządku.

– Proszę się rozluźnić – powiedział, zauważając moje spięte ramiona.

– Staram się – mruknęłam, sama słysząc, jak to zabrzmiało.

Po południu wyszłam do parku. Ławki były jeszcze puste, drzewa szumiały cicho, jakby specjalnie dla mnie. Usiadłam i pozwoliłam myślom płynąć. W domu zawsze brakowało na to miejsca. Tam każda chwila ciszy była zapowiedzią kolejnej rozmowy, kolejnego żalu. Wieczorem Teresa zapukała do mojego pokoju.

– Idziemy na herbatę? Sama nie lubię – rzuciła, jakbyśmy znały się od lat.

Zawahałam się, ale po chwili wstałam.

– Dobrze. Czemu nie.

Wracając później korytarzem, uświadomiłam sobie coś prostego i jednocześnie trudnego: przez cały dzień ani razu nie pomyślałam o tym, co powinnam. Myślałam tylko o tym, co czuję. To było nowe. I trochę przerażające.

Rodzina mnie męczyła

Drugiej nocy długo nie mogłam zasnąć. Cisza, która w dzień koiła, po zmroku zaczęła wypuszczać na powierzchnię wszystko to, co skrzętnie chowałam. Przewracałam się z boku na bok, a w głowie odtwarzały się znajome zdania, wypowiadane kiedyś z wyrzutem. „Zawsze robisz z siebie ofiarę” – słyszałam głos córki. „Przesadzasz, inni mają gorzej” – dorzucał syn, nawet nie patrząc mi w oczy. „Po co rozdrapywać stare sprawy” – ucinał mąż, gdy próbowałam powiedzieć, że coś mnie boli.

Usiadłam na łóżku i zapaliłam małą lampkę. Spojrzałam na swoje dłonie. Były spokojne, nie drżały, tylko serce biło za szybko. Wstałam, nalałam sobie wody i przez chwilę stałam przy oknie. W oddali ktoś cicho kaszlnął, gdzieś trzasnęły drzwi. Nie byłam jedyna, która nie spała. Następnego dnia na gimnastyce prowadząca poprosiła, byśmy powiedzieli, z czym tu przyjechaliśmy. Zapadła niezręczna cisza. Ktoś mruknął o kręgosłupie, ktoś inny o stawach. Kiedy przyszła moja kolej, słowa same wymknęły się spod kontroli.

Jestem zmęczona – powiedziałam. – Tak po prostu.

Instruktorka spojrzała na mnie uważnie, ale nic nie skomentowała.

– To też ważny powód – odparła spokojnie.

Po zajęciach Teresa dogoniła mnie na korytarzu.

– Wiesz, dobrze, że to powiedziałaś – rzuciła. – Nie każdy ma odwagę.

Wzruszyłam ramionami, choć w środku poczułam ulgę. Jakby ktoś zdjął ze mnie obowiązek udawania kogoś, kim nie jestem. Po południu usiadłyśmy razem w kawiarni. Teresa opowiadała o latach podporządkowania, o tym, jak łatwo zgubić siebie między cudzymi potrzebami. Słuchałam i nagle zobaczyłam w jej słowach własne życie.

– A ty? – zapytała nagle. – Czego najbardziej się boisz?

Zamilkłam. To pytanie nikt dawno mi nie zadał.

Że wrócę taka sama – odpowiedziałam po chwili. – I znów będzie jak zawsze.

Wieczorem zapisałam te słowa w notesie, który kupiłam w sanatoryjnym kiosku. Pierwszy raz od dawna coś było tylko moje. Bez komentarzy, bez ocen. Zasnęłam szybciej niż poprzedniej nocy, z myślą, że może to miejsce nie jest tylko przystankiem, ale początkiem.

Zaczęłam stawiać granice

W połowie turnusu zaczęłam zauważać zmiany, drobne, a jednak wyraźne. Wstawałam wcześniej, nie dlatego, że musiałam, tylko że chciałam. Siadałam przy oknie z kubkiem ciepłej herbaty i patrzyłam, jak poranek rozciąga się leniwie nad parkiem. Nikt niczego ode mnie nie oczekiwał, a ja przestawałam się z tego tłumaczyć.

Tego dnia po zabiegach zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetliło się imię męża. Przez chwilę tylko patrzyłam, aż dźwięk ucichł. Oddzwoniłam po kilkunastu minutach, zaskoczona własnym spokojem.

– No wreszcie – usłyszałam zamiast powitania. – Myślałem, że coś się stało.

– Nic się nie stało – odpowiedziałam. – Byłam zajęta.

Zapadła cisza, inna niż zwykle.

– Zajęta? – powtórzył, jakby to słowo nie pasowało do mnie. – Dzwoniłem, bo dzieci pytają, kiedy wracasz.

Wtedy, kiedy planowałam – odparłam. – Jeszcze mam czas.

Usłyszałam westchnienie.

– Znowu robisz problem z niczego.

– Nie robię problemu – powiedziałam cicho. – Po prostu zostaję tu do końca.

Rozłączyłam się, zanim zdążył odpowiedzieć. Serce waliło mi jak oszalałe, dłonie drżały, ale pod spodem było coś nowego. Ulga. Jakby ktoś w końcu postawił niewidzialną linię. Po południu spotkałam Teresę na spacerze.

– Źle wyglądasz – rzuciła bez ogródek.

– Dobrze się czuję – zaprzeczyłam odruchowo, po czym parsknęłam śmiechem. – Chyba pierwszy raz nie wiem, co powiedzieć.

Usiadłyśmy na ławce. Opowiedziałam jej o rozmowie, o tym, jak zawsze ustępowałam, by było spokojnie.

– Spokój cudzym kosztem to nie spokój – skwitowała. – To tylko cisza przed kolejnym wybuchem.

Wieczorem była potańcówka. Normalnie znalazłabym wymówkę, ale tym razem poszłam. Muzyka była głośna, ludzie nieidealni, śmiech szczery. Ktoś zaprosił mnie do tańca, a ja nie analizowałam, czy wypada. Po prostu ruszyłam się z miejsca. Wracając do pokoju, spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Zobaczyłam kobietę zmęczoną, ale wyprostowaną. Taką, która zaczyna rozumieć, że ma prawo mówić „nie”, nawet jeśli głos jeszcze czasem jej drży.

Nie chciałam wracać do tego, co było

Kilka dni przed końcem turnusu przyszła wiadomość od córki. Krótka, rzeczowa, jak większość jej komunikatów. „Musimy pogadać. Jak wrócisz”. Przeczytałam ją kilka razy. Dawniej od razu poczułabym ciężar w żołądku, zaczęłabym układać w głowie odpowiedzi, tłumaczenia, usprawiedliwienia. Tym razem było inaczej. Odłożyłam telefon i poszłam na spacer. Park był mokry po porannym deszczu, ścieżki błyszczały, a powietrze pachniało świeżością.

Na jednej z ławek siedziała kobieta, której wcześniej nie znałam. Patrzyła w dal, jakby czegoś szukała. Usiadłam obok, bez słowa. Po chwili sama zaczęła mówić.

– Wie pani, pierwszy raz w życiu jestem sama. Bez dzieci, bez męża. I nie wiem, czy potrafię – przyznała cicho.

Zaskoczyło mnie, jak łatwo przyszło mi odpowiedzieć.

– Ja też się tego uczę – powiedziałam. – I to wcale nie jest proste.

Rozmawiałyśmy długo, o strachu przed powrotem, o tym, że w domu tak łatwo jest wejść w stare role. Kiedy się rozeszłyśmy, poczułam, że ta rozmowa zostawiła we mnie ślad. Jak potwierdzenie, że nie jestem sama z tym niepokojem. Wieczorem zadzwoniłam do córki. Nie czekałam do powrotu.

– Chciałaś porozmawiać – zaczęłam. – Słucham.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Nie spodziewałam się, że oddzwonisz tak od razu – przyznała. – Chodzi o to, że… my chyba za dużo od ciebie wymagamy.

To zdanie zabrzmiało nieporadnie, jakby było nowe także dla niej.

– Może – odpowiedziałam spokojnie. – A ja za mało mówiłam, kiedy było mi ciężko.

Nie było wielkich wyznań ani przeprosin. Była rozmowa, a ja po raz pierwszy nie udawałam silniejszej, niż byłam. Kiedy się rozłączyłyśmy, usiadłam na łóżku i poczułam wzruszenie, ale bez goryczy. Ostatniego dnia zabiegów rehabilitant uśmiechnął się do mnie.

– Wygląda pani inaczej niż na początku – zauważył.

Bo jestem trochę inna – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się zastanowić.

Pakując walizkę, zrozumiałam, że sanatorium nie rozwiązało moich problemów. Dało mi coś ważniejszego. Świadomość, że mogę je unieść po swojemu.

W sanatorium odzyskałam siebie

Wróciłam do domu w zwykłe, pochmurne popołudnie. Drzwi skrzypnęły tak samo jak zawsze, ale ja byłam inna. Walizkę postawiłam w przedpokoju i nie rzuciłam się od razu do obowiązków. Zdjęłam płaszcz, usiadłam i pozwoliłam sobie na chwilę ciszy.

– Już jesteś? – zapytał mąż z kuchni.

– Tak – odpowiedziałam. – I jestem zmęczona. Odpocznę chwilę.

Nie było sprzeciwu, tylko zdziwienie. Wieczorem usiedliśmy do kolacji. Powiedziałam spokojnie, co chcę zmienić i czego już nie uniosę. Głos czasem mi drżał, ale nie wycofałam się ani o krok. Dzieci słuchały. Może nie wszystko zrozumiały, ale po raz pierwszy zobaczyły we mnie człowieka. Kobietę, która nie udawała kogoś innego.

Dni nie stały się nagle łatwe. Były momenty, gdy stare schematy pukały do drzwi. Różnica polegała na tym, że teraz już potrafiłam je przełamać. Zaczęłam wychodzić na spacery, zapisywać myśli w notesie, mówić wprost, gdy coś mnie raniło. Sanatorium nie zabrało moich problemów. Zabrało coś innego. Przekonanie, że muszę zasłużyć na swoje miejsce. Odzyskałam siebie. I to wystarczyło, żeby reszta zaczęła się układać.

Judyta, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama