Reklama

Mijający rok był dla mnie jednym z najcięższych. Czułam się jak cień samej siebie. Mój mąż – niby obecny, ale zupełnie nieobecny. W naszym domu panowała cisza, której nie dało się już znieść. Przez wiele miesięcy tłumiłam w sobie frustrację i żal, przekonując się, że „jeszcze chwilę”, że „może się zmieni”. A potem nadszedł Sylwester. Wieczór, który miał przynieść odrobinę magii i nowej nadziei. Nie spodziewałam się jednak, że to właśnie tego dnia wszystko wybuchnie z taką siłą.

Poczułam, że coś we mnie gaśnie

Przez większość grudnia zachowywaliśmy się wobec siebie jak współlokatorzy. Wymienialiśmy krótkie komunikaty: „masz klucze?”, „kiedy wrócisz?”, „nie zapomnij mleka”. Żadnych spojrzeń, żadnych uśmiechów, żadnej bliskości. Nasze małżeństwo było jak pusta rama zdjęcia, która kiedyś zawierała coś cennego, a teraz tylko zbiera kurz. Wieczorami siedziałam przy kuchennym stole, udając, że czytam, ale tak naprawdę wsłuchiwałam się w ciszę. On oglądał telewizję, jakby próbował zagłuszyć to, czego oboje baliśmy się nazwać. Kiedyś byłam jego przyjaciółką, partnerką, kobietą, którą przytulał bez powodu. Teraz byłam kimś, kto tylko przypominał mu, że coś nie działa.

– Wiesz, że Sylwester już za trzy dni? – zapytałam kiedyś, próbując przełamać chłód.

– No – odpowiedział, nie odrywając wzroku od ekranu.

Nie zapytał, czy mamy jakieś plany. Nie zaproponował, byśmy gdzieś poszli. W tamtej chwili poczułam, że coś we mnie gaśnie. A może już dawno zgasło, tylko teraz wreszcie to zauważyłam? Kiedyś nie potrzebowaliśmy imprez ani fajerwerków. Sylwestry spędzane we dwoje w domu były dla nas wystarczające. Wystarczył toast, nasze spojrzenia, obietnica, że będzie lepiej. Teraz nie było żadnych obietnic. Zaczęłam się zastanawiać, ile jeszcze jestem w stanie znieść. Czy trzymam się tego małżeństwa z przyzwyczajenia, czy z lęku? Czy on też to czuje, czy tylko ja umieram od środka? Zbliżał się koniec roku, a ja wiedziałam, że coś musi się zmienić. Choć jeszcze nie wiedziałam co.

Nie mogłam już tego znieść

Dzień przed Sylwestrem wróciłam z pracy wcześniej. Nie chciałam być wśród ludzi, udawać, że wszystko gra. Po prostu usiadłam na kanapie i zapatrzyłam się w punkt na ścianie. Czasami miałam wrażenie, że robię to coraz częściej – gapię się w przestrzeń i próbuję przypomnieć sobie, kim byłam, zanim zaczęłam się tak tłumić. Mój mąż wrócił późno. Ściągnął buty w przedpokoju i bez słowa poszedł do sypialni. Nawet mnie nie zauważył.

– Hej – rzuciłam w końcu. – Możemy porozmawiać?

– Teraz? – westchnął. – Jestem padnięty.

– To kiedy? Ciągle jesteś zmęczony, zajęty, nieobecny. Mam czekać aż będzie „lepszy moment”? Bo nie wiem, czy się doczekam.

– Nie zaczynaj znowu – burknął, nie patrząc mi w oczy.

To „znowu” ugodziło mnie mocniej, niż chciałam się przyznać. Jakby moje emocje były tylko kolejnym problemem do uniknięcia. Odwrócił się do mnie plecami, jakby to miało zakończyć rozmowę. I może właśnie wtedy zrozumiałam, że jemu już nie zależy. Poszłam do łazienki i zamknęłam się na chwilę, żeby odetchnąć. Patrzyłam w lustro, próbując rozpoznać siebie. Czy naprawdę na to zasługuję? Czy jestem tak niewidzialna? Przez całą noc przewracałam się w łóżku. Obok mnie leżał człowiek, którego znałam od lat, a czułam się jak obok obcego. Zasnęłam nad ranem, wiedząc jedno – nie chcę wejść w nowy rok w takim stanie. Cokolwiek się miało wydarzyć, musiałam to przerwać. Dla siebie.

Wiedziałam już, że to powiem

W Sylwestra wstałam wcześniej niż zwykle. W kuchni parzyłam kawę, ale nie czułam jej zapachu. Patrzyłam na nasze zdjęcie na lodówce – ślubne, zrobione dziesięć lat temu. Uśmiechaliśmy się do siebie tak naturalnie, jakby świat należał do nas. Teraz te twarze wydawały się należeć do innych ludzi. Pamiętałam, jak się poznaliśmy. Przypadkiem, na przystanku autobusowym, w środku ulewy. Pamiętałam, jak śmialiśmy się bez końca, jak potrafił poprawić mi humor samym spojrzeniem. Nie byłam naiwna – wiedziałam, że życie nie jest bajką. Ale nie spodziewałam się, że nasze małżeństwo stanie się takie... martwe. Zabrałam się za przygotowywanie kolacji, chociaż nie miałam na to najmniejszej ochoty. Po prostu potrzebowałam czymś zająć ręce, zagłuszyć myśli. On wstał dopiero koło południa.

– Coś planujesz na wieczór? – zapytał, sięgając po kubek.

– Ja? – uniosłam brwi. – Właściwie tak. Mam plan.

Popatrzył na mnie zaskoczony, ale nic nie powiedział. Przez cały dzień krążyliśmy wokół siebie jak dwa ciała niebieskie, które kiedyś miały wspólną orbitę, a teraz tylko się mijają. Wieczorem założyłam prostą sukienkę. Nie dla niego – dla siebie. Spojrzał na mnie przez moment dłużej niż zwykle, jakby chciał coś powiedzieć, ale znów milczał. Wtedy już wiedziałam, że powiem to, co zbierałam w sobie miesiącami. Że dziś, właśnie dziś, pozwolę temu pęknąć. I nic nie mogło mnie zatrzymać.

Wszystko mu wygarnęłam

Zbliżała się północ. W telewizji odliczano czas do Nowego Roku, a w mojej głowie odliczałam kolejne argumenty, które ułożyłam jak na linii frontu. Siedzieliśmy przy stole, udając, że wszystko gra. Kieliszki z winem, zimna sałatka i rozmowa o niczym. Gdy zegar pokazał 23:58, wstałam.

– Muszę coś ci powiedzieć – zaczęłam spokojnie, choć wewnątrz serce biło mi jak oszalałe. – I chcę, żebyś mnie wysłuchał do końca.

Spojrzał na mnie zdziwiony, może nawet lekko przestraszony. Wstał powoli, jakby nagle zrobiło się poważnie.

– Mam dosyć – powiedziałam. – Mam dosyć tej ciszy, chłodu, obojętności. Mam dosyć udawania, że jesteśmy razem, skoro od miesięcy jesteśmy osobno. Nie chcę już tak żyć.

– Co ty wygadujesz? – zmarszczył brwi.

– Mówię, że odchodzę. Od jutra szukam mieszkania. Potrzebuję życia, w którym nie jestem sama, mimo że ten ktoś śpi jak mumia obok.

Przez chwilę patrzył na mnie, jakby próbował przetrawić każde słowo. Potem podszedł do szafki i wyjął coś z szuflady.

– A ja... miałem ci to dać o północy – powiedział cicho, wręczając mi małe pudełeczko.

Otworzyłam je, a w środku zobaczyłam kluczyk.

– To...?

– Kupiłem dla nas dom. Mały, za miastem. Chciałem ci powiedzieć, że... że też mam dosyć tego, co między nami. I że chcę zacząć od nowa.

Zamilkłam. Fajerwerki za oknem zaczęły strzelać, a ja stałam z kluczykiem w dłoni, nie wiedząc już, kto kogo bardziej zaskoczył.

Niczego sobie nie obiecaliśmy

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Stałam z tym kluczykiem w dłoni, jakbym trzymała coś, co ważyło tonę. Spojrzałam na niego i zobaczyłam w jego oczach coś, czego dawno nie widziałam – prawdziwe emocje. Strach, nadzieję, żal. Wszystko naraz.

– Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś wcześniej? – zapytałam, próbując opanować drżenie głosu.

– Bo się bałem – odpowiedział bez owijania. – Bałem się, że powiesz, że za późno. Że już nic się nie da uratować.

– A nie jest za późno?

– Nie wiem. Ale wolę spróbować i zawalczyć, niż patrzeć, jak wszystko się rozpada.

To on pierwszy mnie przytulił. Bez słowa, bez przymusu. Jakbyśmy oboje wiedzieli, że nie wystarczy jeden gest, żeby coś naprawić, ale że od czegoś trzeba zacząć. Przez chwilę staliśmy w tym uścisku, jakbyśmy wrócili do czegoś znajomego, ale już trochę zapomnianego.

– A jeśli nie potrafimy już być razem? – szepnęłam.

– To wtedy przynajmniej będziemy wiedzieli, że spróbowaliśmy wszystkiego.

W tej jednej nocy wydarzyło się więcej niż przez cały rok. Rozmawialiśmy do rana. O tym, co nas boli, co nas zniszczyło i co – jeśli jeszcze istnieje – może nas uratować. Niczego sobie nie obiecywaliśmy. Tylko tyle, że pojedziemy zobaczyć ten dom. Że damy sobie jeszcze jedną szansę, jeśli oboje tego naprawdę chcemy. Bo czasem największą niespodzianką nie jest to, co ktoś dla ciebie zrobi. Tylko to, że ktoś jeszcze chce.

Nowy początek czy koniec?

Pojechaliśmy zobaczyć ten dom tydzień później. Mały, z czerwoną dachówką, otoczony drzewami, z tarasem wychodzącym na niewielki ogródek. Nie był idealny. Ściany wymagały odmalowania, w kuchni śmierdziało stęchlizną, a schody skrzypiały przy każdym kroku. Ale było w nim coś prawdziwego. Może to ta cisza, zupełnie inna niż ta w naszym mieszkaniu – nieprzytłaczająca, tylko spokojna. Może to był znak. Nie zdecydowaliśmy się od razu. On chciał go zatrzymać, ja potrzebowałam czasu. Od Sylwestra minęły dwa miesiące, a my wciąż się uczymy na nowo rozmawiać. Zdarzają się dni, kiedy mam ochotę wyjść i nie wracać. Są też wieczory, gdy czuję się z nim bezpieczna, jak kiedyś. Wiem jedno – nie da się naprawić wszystkiego w jeden wieczór. Miłość nie wraca jak na zawołanie, z dnia na dzień.

Czasem myślę, że może to nie chodzi o to, by wszystko było jak dawniej. Może chodzi o to, żeby zbudować coś nowego – trochę mniej beztroskiego, ale bardziej świadomego. Może już nigdy nie będziemy tacy jak wcześniej. Może nie musimy. Nie wiem jeszcze, czy nasz związek przetrwa. Nie wiem, czy ten dom kiedyś będzie naprawdę nasz. Ale wiem, że tamtej nocy, kiedy stanęłam z kluczykiem w dłoni, coś się zmieniło. W nim, we mnie, między nami. Nie zdecydowałam się odejść. Nie dlatego, że się bałam. Tylko dlatego, że po raz pierwszy od dawna poczułam, że może jednak warto jeszcze raz spróbować.

Agnieszka, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama