„W Tatrach moje serce zamieniło się w bryłę lodu. Gdy mąż flirtował z koleżanką, ja byłam już na krawędzi wytrzymałości”
„Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Marek już ładował jej walizkę do bagażnika, żartując, że chyba zabrała kamienie. Usiadłam z tyłu. Czułam się jak dziecko wiezione przez rodziców na kolonie. Przez całą drogę rozmawiali o pracy. To nie była zdrada fizyczna, przynajmniej nie wprost, to było coś gorszego”.

- Redakcja
To miał być wyjazd, który uratuje nasze małżeństwo, a stał się jego ostatecznym gwoździem do trumny. Góry mają to do siebie, że obnażają ludzkie charaktery – tam nie da się ukryć słabości, egoizmu ani tchórzostwa. Kiedy pakowałam plecak na wyjazd do Zakopanego, myślałam, że będziemy walczyć z zadyszką i stromymi podejściami. Nie sądziłam, że będę musiała walczyć o choćby odrobinę uwagi mojego męża, który na tle majestatycznych szczytów zamienił się w prymitywnego nastolatka, próbującego zaimponować kobiecie, która wcale nie była jego żoną.
To miał być nasz czas
Pamiętam dokładnie moment, w którym Marek rzucił ten pomysł. Siedzieliśmy w kuchni, jedząc odgrzewaną pizzę, a między nami wisiała ta ciężka, lepka cisza, która gościła w naszym domu od miesięcy. Siedem lat po ślubie, a my zachowywaliśmy się jak dwoje obcych ludzi wynajmujących wspólne mieszkanie.
– Justyna, pojedźmy w Tatry – powiedział nagle, odkładając widelec. – Wrzesień to najlepsza pora. Puste szlaki, rześkie powietrze. Musimy się przewietrzyć.
Serce zabiło mi mocniej. Marek, który od roku wolał spędzać wieczory przed konsolą albo na „nadgodzinach” w firmie logistycznej, nagle wychodzi z inicjatywą. Pomyślałam, że to znak. Że on też czuje, że dryfujemy w stronę góry lodowej i chce chwycić za ster. Zgodziłam się natychmiast, wyobrażając sobie nas dwoje na pustej grani, trzymających się za ręce, z widokiem na Dolinę Pięciu Stawów. Moja radość trwała dokładnie trzy dni. Aż do momentu, gdy Marek wrócił z pracy z dziwnym błyskiem w oku i rzucił mimochodem:
– A, kochanie, jest sprawa. Kinga z działu sprzedaży też jedzie w tym terminie. Zgadaliśmy się przy ekspresie. Ona jest sama, uwielbia góry, pomyślałem, że głupio by było, gdybyśmy nie połączyli sił. Zawsze to raźniej w grupie, no i dorzucimy się do paliwa.
Zamarłam. Kinga. Ta Kinga. Wiedziałam o niej tylko tyle, ile Marek opowiadał – że jest „świetną babką”, ma niesamowite poczucie humoru i robi najlepsze wyniki w firmie. Raz widziałam ją na firmowej wigilii. Długie blond włosy i ten rodzaj uśmiechu, który mówi: „wiem, że na mnie patrzysz”.
– Marek, to miała być nasza rocznica… – zaczęłam cicho.
– No weź, nie bądź dzika – żachnął się, przewracając oczami. – Przecież nie będziemy się trzymać za rączki przez 24 godziny na dobę. Kinga to równa babka, polubisz ją. Nie rób z siebie zazdrośnicy, bo to ci nie pasuje.
I tak, zmanipulowana poczuciem winy, zgodziłam się. Nie chciałam wyjść na histeryczkę.
Byłam jak piąte koło u wozu
Podróż z Warszawy do Zakopanego trwa około pięciu, sześciu godzin. Dla mnie trwała wieczność. Kinga wsiadła do naszego samochodu w obcisłych legginsach i sportowym topie, który odsłaniał brzuch. Pachniała czymś słodkim i duszącym.
– Cześć Justynko! – zawołała, jakbyśmy były przyjaciółkami od serca, po czym bezceremonialnie zajęła miejsce pasażera z przodu. – Mam chorobę lokomocyjną, muszę patrzeć na drogę, nie masz nic przeciwko?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Marek już ładował jej walizkę (zaskakująco dużą jak na górski wypad) do bagażnika, żartując przy tym, że chyba zabrała kamienie. Usiadłam z tyłu. Czułam się jak dziecko wiezione przez rodziców na kolonie. Przez całą drogę rozmawiali o pracy. O jakichś targetach, o tym, co głupiego powiedział szef, o imprezie integracyjnej, na której mnie nie było. Śmiali się z żartów, których nie rozumiałam. Marek co chwilę zerkał na nią, odrywając wzrok od drogi częściej niż powinien.
– Ale masz biceps, Marek! Ty chyba pakujesz po nocach, co? – rzuciła w pewnym momencie Kinga, dotykając jego ramienia.
Mój mąż, który siłownię omijał szerokim łukiem od dwóch lat, wciągnął brzuch i napiął mięśnie.
– Coś tam się dźwiga, wiesz, męska rzecz – odpowiedział głosem o oktawę niższym niż zwykle.
Siedziałam z tyłu, zagryzając wargi i patrząc na mijane pola. Czułam narastającą gulę w gardle. To nie była zdrada fizyczna, przynajmniej nie wprost. To było coś gorszego. To było całkowite wykluczenie mnie z ich świata. Byłam przezroczysta.
Marek zamienił się w komandosa
Pierwszego dnia wybraliśmy się na „rozgrzewkę” – na Gęsią Szyję. Trasa niezbyt trudna, ale widokowa. Marek, który w domu narzekał na wyniesienie śmieci, tutaj zamienił się w komandosa. Narzucił tempo, które dla mnie – osoby pracującej biurowo – było zabójcze. Kinga, mimo że wyglądała na wysportowaną, przyjęła taktykę „bezradnej księżniczki”.
– Ojej, ten kamień jest taki śliski! – piszczała, zatrzymując się przed niewielkim głazem.
Marek natychmiast był przy niej.
– Dawaj rękę, Kinia. Trzymaj się mnie. Będę cię asekurował.
Obserwowałam to z odległości dziesięciu metrów. Sapałam ciężko, pot spływał mi po plecach, a moje nowe buty trekkingowe zaczynały obcierać mi pięty. Nikt nie zapytał, czy daję radę. Nikt nie podał mi ręki. Marek był zajęty byciem bohaterem dla kobiety, która prawdopodobnie wbiegłaby na ten szczyt szybciej niż on, gdyby tylko chciała. W pewnym momencie usiedliśmy na polanie, żeby odpocząć. Wyciągnęłam kanapki, które zrobiłam rano dla nas wszystkich.
– O, z serem? Nie jadam nabiału, mam po nim wzdęcia – skrzywiła się Kinga.
– Spokojnie! – Marek zerwał się na równe nogi. – W schronisku kupię ci szarlotkę, podobno mają wegańską. Justyna, dlaczego nie zapytałaś Kingi o dietę?
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
– Może dlatego, że to ty organizowałeś ten wyjazd i to ty powinieneś to wiedzieć? – odpowiedziałam ostro.
Zapadła cisza. Marek spojrzał na mnie z jawną niechęcią.
– Nie psuj atmosfery – syknął. – Jesteśmy na wakacjach.
Wtedy po raz pierwszy poczułam, że coś we mnie pęka. To nie była tylko złość. To było zażenowanie. Patrzyłam na mojego męża, który biegał wokół koleżanki jak piesek merdający ogonem, i nie widziałam mężczyzny, którego poślubiłam. Widziałam desperata.
Zobaczyłam jego prawdziwą twarz
Prawdziwy dramat rozegrał się trzeciego dnia. Marek uparł się na wyjście na Zawrat od strony Hali Gąsienicowej. To trudny szlak, miejscami eksponowany, wymagający użycia łańcuchów. Bałam się. Mam lęk przestrzeni, o czym Marek doskonale wiedział. Prosiłam, żebyśmy wybrali coś łagodniejszego, na przykład Czerwone Wierchy.
– Justyna, nie marudź. Kinga chce zobaczyć prawdziwe góry. Nie będziemy dreptać po dolinkach dla emerytów – uciął dyskusję.
Szliśmy w górę. Im wyżej, tym bardziej paraliżował mnie strach. Kiedy dotarliśmy do pierwszych łańcuchów, moje nogi zamieniły się w watę. Serce waliło mi tak mocno, że słyszałam je w uszach. Marek i Kinga byli daleko z przodu. Słyszałam ich śmiech. On pokazywał jej szczyty, opowiadał jakieś niestworzone historie o swoich rzekomych wyprawach z czasów studenckich, które w większości zmyślał na poczekaniu. W pewnym momencie szlak zrobił się naprawdę stromy. Stanęłam przed pionową ścianą skalną, trzymając się kurczowo zimnego łańcucha. Nie mogłam zrobić kroku. Spojrzałam w dół i zakręciło mi się w głowie.
– Marek! – krzyknęłam. Mój głos drżał. – Marek, poczekaj! Boję się!
Odwrócił się niechętnie. Byli jakieś dwadzieścia metrów wyżej. Kinga stała obok niego, wyglądając na znudzoną, poprawiając idealnie ułożone włosy.
– No co tam znowu? – krzyknął w dół. – Po prostu stawiaj nogi i idź! Tu nie ma żadnej filozofii!
– Nie mogę! Zablokowało mnie! Pomóż mi! – błagałam, czując łzy napływające do oczu. Wstyd mieszał się z paniką.
Widziałam, jak waha się przez chwilę. Spojrzał na mnie, potem na Kingę.
– Słuchaj, Justyna, Kinga marznie jak tak stoimy! – wrzasnął, a jego głos odbił się echem od skał. – Musimy iść, żeby zdążyć przed zmrokiem. Poradzisz sobie, jesteś dorosła! Spotkamy się na przełęczy!
I poszedł. Odwrócił się plecami do żony, która wisiała na łańcuchu, sparaliżowana strachem, żeby dalej adorować obcą kobietę. Zostawił mnie samą w miejscu, gdzie jeden błąd mógł kosztować życie lub zdrowie. To był ten moment. Ta sekunda, w której miłość ostatecznie wyparowała. Została zastąpiona przez lodowatą pustkę. Zrozumiałam, że dla tego człowieka nie jestem partnerką. Jestem balastem. Przeszkodą w jego fantazji o byciu zdobywcą szczytów i serc niewieścich. Jakiś obcy turysta, starszy pan z brodą, pomógł mi przejść najtrudniejszy fragment. Mówił do mnie spokojnie, wskazywał stopnie.
– Mąż panią zostawił? – zapytał, gdy byliśmy już w bezpieczniejszym miejscu.
– Nie – odpowiedziałam sucho, ocierając łzy. – To nie jest już mój mąż.
Niech go sobie bierze, bez żalu
Dotarłam na przełęcz pół godziny po nich. Siedzieli na kamieniu, jedząc czekoladę. Byli tak zajęci robieniem sobie selfie z panoramą Tatr w tle, że nawet nie zauważyli, kiedy podeszłam.
– O, jesteś wreszcie! – Marek wyszczerzył zęby, jakby nic się nie stało. – Ale widoki, co? Mówiłem, że dasz radę. Trzeba tylko chcieć. Kinga mówiła, że świetnie wyszliśmy na zdjęciach, musisz nam też cyknąć jedno.
Nie odezwałam się słowem. Nie zrobiłam awantury. Nie krzyczałam. Po prostu na niego patrzyłam. I po raz pierwszy widziałam go w pełnej krasie. Nie był przystojnym, zaradnym facetem. Był żałosnym, łysiejącym narcyzem w za ciasnej kurtce, który karmił swoje ego kosztem bezpieczeństwa i uczuć najbliższej osoby. Kinga? Ona była tylko tłem. Mogłaby to być jakakolwiek inna kobieta, która połechtałaby jego próżność. Zeszliśmy do Doliny Pięciu Stawów w milczeniu. Marek próbował zagadywać, ale zbywałam go półsłówkami. Kinga wyczuła zmianę atmosfery i nagle przestała chichotać, zajmując się swoim telefonem. Wieczorem w schronisku, gdy Marek poszedł pod prysznic, Kinga usiadła naprzeciwko mnie przy drewnianym stole.
– Słuchaj, chyba jest trochę kwas, co? – zapytała, mieszając herbatę. – Nie chciałam wchodzić wam w drogę. Marek jest… specyficzny. Ale bardzo pomocny.
Spojrzałam na nią zmęczonym wzrokiem.
– Bierz go sobie – powiedziałam spokojnie.
– Co?
– Bierz go. Jeśli ci się podoba taki facet, który zostawia żonę na łańcuchach, żeby imponować koleżance, to proszę bardzo. Jest twój. Ale ostrzegam, on nie jest pomocny. On jest po prostu łasy na komplementy. Dziś ty jesteś publicznością, jutro będzie ktoś inny.
Kinga zamilkła. Chyba nie spodziewała się takiej szczerości.
Mogłam zrobić tylko jedno
Reszta wyjazdu była formalnością. Marek udawał, że wszystko jest w porządku, choć wyczuwał mój chłód. Próbował mnie udobruchać, kupując mi oscypka na Krupówkach, jakby kawałek wędzonego sera mógł naprawić fakt, że emocjonalnie porzucił mnie na skale. W samochodzie w drodze powrotnej Kinga siedziała cicho z tyłu. Magia prysła. Marek próbował żartować, ale jego dowcipy trafiały w próżnię. Czuł się nieswojo, pozbawiony atencji, do której tak lgnął przez ostatnie dni. Kiedy wysadziliśmy Kingę pod jej blokiem, Marek odetchnął z ulgą.
– No, fajnie było, ale dobrze, że wracamy do siebie, co? Trochę męcząca ta twoja zazdrość, ale wybaczam ci – powiedział, kładąc mi rękę na kolanie.
Zabrałam jego rękę.
– Marek, ja się wyprowadzam – powiedziałam, patrząc prosto na drogę.
Zaczął się śmiać, myśląc, że to żart, ale kiedy zobaczył moją twarz, uśmiech zniknął.
– O co ci chodzi? O to, że pomogłem jej wejść na górę? Przesadzasz, Justyna! To tylko koleżanka!
– Nie chodzi o nią – przerwałam mu. – Chodzi o ciebie. O to, kim się stałeś, gdy tylko pojawiła się inna kobieta. O to, że wolałeś, żebym się bała i cierpiała, niż żeby ona przez chwilę poczuła dyskomfort. Nie szanuję cię już. A nie mogę być z kimś, kogo nie szanuję.
Wyprowadzka zajęła mi dwa tygodnie. Góry miały rację – zweryfikowały wszystko. Czasami myślę, że powinnam podziękować Kindze. Gdyby nie ona i ten wyjazd, może zmarnowałabym kolejne lata na życie u boku człowieka, dla którego byłam tylko tłem. A tak? Tak stoję twardo na ziemi, choć wtedy na Zawracie myślałam, że spadnę. I wiecie co? Widok z dołu, bez niego zasłaniającego słońce, jest o wiele piękniejszy.
Justyna, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłem zły na siostrę, że muszę sam opiekować się starszą mamą. Stać ją było tylko na dobre słowo na odległość”
- „Mój syn bał się chodzić do szkoły przez jedną osobę. Jego nauczycielka matematyki powinna brać korepetycje z empatii”
- „W dniu ślubu myślałem, że jestem szczęściarzem. Teraz nasz dom wygląda jak magazyn pełen drogich torebek i perfum żony”