„W Tatrach znów poczułam się kobietą. Tajemniczy wielbiciel przypomniał mi, że wciąż zasługuję na szczęście”
„Uśmiechnęłam się blado. Dla mnie sanatorium oznaczało borowinę o ósmej rano i prądy o dziesiątej. Jadzia opowiadała o dancingach, o kawiarniach, o tym, że w sanatorium czas płynie inaczej. Słuchałam jej z niedowierzaniem. Czy ona nie widziała, ile mamy lat?”.

- Redakcja
Kiedy pakowałam walizkę, czułam jedynie ciężar obowiązku i zmęczenie. Byłam przekonana, że jadę tam tylko po serię zabiegów i nudne wieczory z książką, podczas których będę tęsknić za wnukami. Nie miałam pojęcia, że te trzy tygodnie wywrócą mój poukładany, szary świat do góry nogami. Wystarczyło jedno spojrzenie i kilka ciepłych słów.
Bałam się ciszy
Przez ostatnie pięć lat, od śmierci mojego męża, moje życie przypominało jazdę na autopilocie. Dni zlewały się w jedno, a rytm wyznaczały wizyty u lekarzy, zakupy w dyskoncie i dyżury przy wnukach. Moja córka, Ania, to wspaniała kobieta, ale w swoim zabieganiu i walce o karierę jakoś naturalnie przyjęła, że moja dyspozycyjność jest nieograniczona. Przestałam być kobietą, a stałam się funkcją. Kiedy patrzyłam w lustro, widziałam tylko siwe odrosty, które trzeba zafarbować, i zmarszczki, których przybywało z każdym miesiącem. Nie widziałam w swoich oczach błysku. Zgasł on w dniu pogrzebu Mietka i byłam pewna, że już nigdy nie wróci.
Skierowanie do sanatorium traktowałam jako konieczność, a nie przyjemność. Ania pomogła mi się spakować, ale jej myśli błądziły gdzieś indziej, pewnie przy kolejnym projekcie w firmie.
— Mamo, pamiętaj o witaminach. I dzwoń codziennie wieczorem, żeby dzieci wiedziały, że wszystko u ciebie w porządku — rzuciła, zamykając moją walizkę.
Nawet nie zapytała, czy się cieszę, czy się denerwuję. Wsiadłam do pociągu z mieszaniną ulgi i dziwnego lęku. Bałam się ciszy. W domu zawsze grał telewizor, krzyczały dzieci, dzwonił telefon. Cisza oznaczała konfrontację z własnymi myślami, a tego unikałam jak ognia.
Słuchałam jej z niedowierzaniem
Moja współlokatorka, Jadzia, była moim całkowitym przeciwieństwem. Kobieta wulkan. Zaledwie godzinę po przyjeździe jej część szafy eksplodowała kolorami. Sukienki w kwiaty, jaskrawe apaszki, buty na niewielkim obcasie. Powiesiłam swoje beżowe swetry i granatowe spodnie, czując się przy niej jak szara mysz.
—A co ty taka smutna jesteś? — zapytała Jadzia pierwszego wieczoru, malując paznokcie na krwistą czerwień. — Przyjechałyśmy tu żyć, a nie umierać!
Uśmiechnęłam się blado. Dla mnie sanatorium oznaczało borowinę o ósmej rano i prądy o dziesiątej. Jadzia opowiadała o dancingach, o kawiarniach, o tym, że w sanatorium czas płynie inaczej. Słuchałam jej z niedowierzaniem. Czy ona nie widziała, ile mamy lat? Czy nie czuła tego bólu w stawach przy każdej zmianie pogody?
Pierwsze trzy dni minęły mi na błądzeniu po korytarzach i nauce topografii budynku. Czułam się samotna w tłumie kuracjuszy. W stołówce panował gwar, stukot sztućców mieszał się z rozmowami o chorobach, o tym, komu co dolega i jakie leki bierze. To była ta przygnębiająca strona starości, której tak bardzo nie chciałam akceptować, a której stałam się częścią. Siedziałam przy stoliku z małżeństwem, które rzadko się do siebie odzywało, i Jadzią, która trajkotała za nas wszystkich. Wtedy, w czwartkowy poranek, wszystko się zmieniło. Szłam przez park z kubkiem wody leczniczej, patrząc pod nogi, by nie potknąć się na nierównym chodniku. Nagle ktoś zastąpił mi drogę.
— Przepraszam najmocniej, czy ta ławeczka jest wolna, czy pani ją rezerwuje dla kogoś wyjątkowego? — usłyszałam głęboki, męski głos.
Podniosłam wzrok. Przede mną stał wysoki mężczyzna, na oko w moim wieku, może nieco starszy. Miał siwe, gęste włosy i oczy tak błękitne, że aż nienaturalne na tle jego opalonej twarzy. Uśmiechał się łagodnie, trzymając w ręku gazetę.
— Jest wolna — bąknęłam, zaskoczona. — Proszę siadać.
— Jan jestem. Dla przyjaciół Janek — przedstawił się, siadając obok, ale zachowując uprzejmy dystans. — A pani ma na imię...?
— Teresa — odpowiedziałam, poprawiając odruchowo włosy, które pewnie potargał wiatr.
— Piękne imię. Takie... dostojne, a jednocześnie ciepłe. Pasuje do pani.
Zamurowało mnie. Od lat nikt nie powiedział mi niczego podobnego. Komplementy, które słyszałam, dotyczyły zazwyczaj moich pierogów albo tego, jak dobrze wyprasowałam koszule zięciowi. Siedzieliśmy tak przez chwilę w milczeniu, ale nie była to ta krępująca cisza, której się bałam. To było coś kojącego. Janek zaczął mówić o drzewach w parku, o historii uzdrowiska, o tym, jak wiewiórki kradną orzechy. Mówił ciekawie, z pasją, bez narzekania na zdrowie czy politykę.
— A pani, pani Teresko? Co pani lubi robić w wolnym czasie? — zapytał nagle.
To pytanie uderzyło we mnie z siłą pioruna. Co ja lubię? Czy ja w ogóle jeszcze coś lubię?
— Ja... — zawahałam się. — Kiedyś dużo czytałam. I lubiłam spacerować po lesie. Jednak teraz głównie zajmuję się wnukami.
— Wnuki to skarb, to prawda — pokiwał głową. — Ale wnuki rosną, a las wciąż szumi. Może wybierzemy się jutro na spacer? Pokażę pani miejsce, gdzie rosną najpiękniejsze rododendrony. Oczywiście, jeśli to nie będzie kłopot.
Zgodziłam się. Sama nie wiem dlaczego, ale serce zabiło mi mocniej.
Zarumieniłam się jak nastolatka
Następnego dnia, szykując się na ten spacer, stałam przed lustrem dłużej niż zwykle. Jadzia, leżąc na łóżku z maseczką na twarzy, obserwowała mnie z ukosa.
— No proszę, proszę. Czyżby ta szara myszka zmieniała futerko? — zachichotała. — Ten sweter cię postarza. Weź moją apaszkę. Tą turkusową. Podbije kolor twoich oczu.
Z oporami, ale wzięłam apaszkę. I faktycznie, w lustrze zobaczyłam kogoś innego. Kobieta, która na mnie patrzyła, miała w sobie odrobinę blasku. Spotkanie z Jankiem było jak haust świeżego powietrza. Okazało się, że jest emerytowanym inżynierem, wdowcem od siedmiu lat. Miał swoje pasje, fotografował przyrodę, uczył się języka włoskiego, bo marzył o podróży do Toskanii.
— Wielu ludzi w naszym wieku myśli, że to już koniec. Że teraz to tylko czekanie na to, co nieuniknione — powiedział, gdy siedzieliśmy w małej kawiarni po długim spacerze. — A ja uważam, że teraz wreszcie mamy czas na to, co zawsze odkładaliśmy na później.
Słuchałam go jak zaczarowana. Janek nie traktował mnie jak starszej pani. Traktował mnie jak partnerkę do rozmowy. Jak kobietę. Pytał o moje zdanie. Śmiał się z moich żartów. Z każdym dniem nasza znajomość się zacieśniała. Spotykaliśmy się po zabiegach, chodziliśmy na długie spacery, podczas których Janek z wielką delikatnością podawał mi ramię, gdy szliśmy po nierównym terenie. Jego dotyk był elektryzujący, choć całkowicie niewinny. To było ciepło drugiego człowieka, którego tak bardzo mi brakowało. Nie fizyczności w sensie erotycznym, ale bliskości. Świadomości, że ktoś idzie obok i troszczy się o to, bym się nie potknęła. Zaczęłam zauważać zmiany w sobie. Mój chód stał się bardziej sprężysty. Ból pleców, choć nadal obecny, przestał być centrum mojego wszechświata. Zaczęłam się uśmiechać do ludzi na korytarzu. Jadzia była zachwycona moją metamorfozą.
— Mówiłam ci! — triumfowała. — Facet to najlepszy kosmetyk. A ten twój Janek o prawdziwy dżentelmen. Widziałam, jak na ciebie patrzy. Jakbyś była jedyną kobietą w tym sanatorium.
Zarumieniłam się jak nastolatka.
— Daj spokój, Jadziu. To tylko przyjaźń. Jesteśmy za starzy na romanse.
— Na miłość nigdy nie jest się za starym, kochana. To dusza kocha, a dusza nie ma zmarszczek — odparła Jadzia tonem filozofa, malując rzęsy.
Postawiłam granicę
Sielankę przerwał telefon od córki. Było późne popołudnie, siedziałam z Jankiem na ławce, jedząc lody. Telefon w torebce dzwonił natarczywie.
— Odbierz, to może być coś ważnego — powiedział Janek z troską.
Wyjęłam aparat.
— Cześć, Aniu. Co się stało?
— Mamo! Dzwonię już trzeci raz! Gdzie ty jesteś? — głos córki był pełen pretensji. — Dlaczego nie było cię w pokoju? Dzwoniłam do ośrodka.
— Jestem na spacerze. W parku — odpowiedziałam spokojnie.
— Na spacerze? O tej porze? Jest prawie dziewiętnasta. Myślałam, że coś ci się stało. Słuchaj, mamo, bo jest sprawa. Tomek ma zawody w przyszły weekend, zaraz po twoim powrocie. Potrzebuję, żebyś przyjechała dzień wcześniej, w piątek wieczorem, a nie w sobotę rano. Zrobisz pranie, ugotujesz obiad na weekend, bo ja będę w delegacji...
Słowa córki, wypowiadane z taką oczywistością, nagle zazgrzytały mi w uszach. Jeszcze dwa tygodnie temu zgodziłabym się bez wahania, przepraszając, że w ogóle wyszłam na spacer. Jednak teraz, siedząc obok Janka, czując smak lodów waniliowych i ciepło zachodzącego słońca, poczułam bunt.
— Aniu — przerwałam jej potok słów.
— Co? Słuchasz mnie w ogóle?
— Słucham. I nie wrócę w piątek. Mam wykupiony turnus do soboty rano. W piątek wieczorem jest pożegnalny wieczorek, na który chcę iść.
W słuchawce zapadła cisza.
— Co ty mówisz? Jaki wieczorek? Mamo, chyba żartujesz. Dzieci są ważniejsze niż jakieś tańce dla emerytów. Przecież to tylko jeden wieczór.
Spojrzałam na Janka. Patrzył na mnie z uwagą, nie oceniając, ale dając nieme wsparcie.
— Dla mnie to aż jeden wieczór, Aniu — powiedziałam głosem, którego sama nie poznawałam. Był stanowczy. — Jestem tutaj, żeby odpocząć. Wrócę w sobotę, zgodnie z planem. Poradzicie sobie. Zawsze sobie radzicie.
Rozłączyłam się, zanim zdążyła odpowiedzieć. Serce mi waliło. Nigdy wcześniej nie postawiłam się córce w taki sposób.
— Wszystko w porządku? — zapytał cicho Janek, kładąc swoją dużą dłoń na mojej.
— Tak — odetchnęłam głęboko, czując, jak opada ze mnie napięcie. — Chyba po raz pierwszy od dawna wszystko jest w porządku. Właśnie przypomniałam sobie, że mam prawo do własnego czasu.
Poczułam się jak królowa
Punktem kulminacyjnym mojego pobytu był właśnie ten piątkowy wieczorek zapoznawczo-pożegnalny. Jadzia przeszła samą siebie. Wypożyczyła mi jedną ze swoich sukienek – granatową, z delikatnym dekoltem i koronkowymi rękawami. Zrobiła mi makijaż, upięła włosy. Patrząc w lustro, zobaczyłam kobietę elegancką, zadbaną, atrakcyjną. Nie babcię, nie wdowę, ale kobietę. Kiedy weszłam na salę, gdzie grał zespół na żywo, poczułam tremę. Janek już na mnie czekał. Miał na sobie jasną marynarkę i koszulę. Jego oczy rozbłysły na mój widok.
— Wyglądasz zjawiskowo — powiedział cicho, całując mnie w rękę.
Ten staroświecki gest, tak rzadki w dzisiejszych czasach, sprawił, że poczułam się jak królowa. Gdy zespół zaczął grać walca, Janek skłonił się nisko.
— Czy uczynisz mi ten zaszczyt?
Weszliśmy na parkiet. Bałam się, że będę deptać mu po palcach, że zapomniałam kroków. Jednak Janek prowadził pewnie i delikatnie. Jego ramię obejmowało mnie w talii, dając poczucie bezpieczeństwa. W tamtej chwili świat przestał istnieć. Nie było chorób, nie było roszczeniowych dzieci, nie było samotnych wieczorów przed telewizorem. Byliśmy tylko my dwoje, wirujący w rytm muzyki. Czułam jego zapach. Patrzył mi głęboko w oczy, a ja nie uciekałam wzrokiem.
— Dziękuję ci — szepnęłam w trakcie tańca.
— Za co? — zdziwił się.
— Za to, że mnie zobaczyłeś. Że sprawiłeś, iż znów czuję się kobietą.
Janek przyciągnął mnie odrobinę bliżej.
— To ty pozwoliłaś się zobaczyć. Jesteś wspaniałą, ciepłą i mądrą osobą. I zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Nie pozwól nikomu, nawet własnej rodzinie, wmówić sobie, że twój czas minął.
To był wieczór pełen śmiechu, tańca i rozmów. Czułam się lekka, jakby ubyło mi dwadzieścia lat. Kiedy odprowadzał mnie pod drzwi pokoju, serce biło mi mocno. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Czy to koniec? Stanęliśmy przed drzwiami.
— Nie chcę, żeby to się dzisiaj skończyło — powiedział poważnie. — Mieszkamy tylko sto kilometrów od siebie. To dwie godziny pociągiem. Czy... czy pozwolisz mi się odwiedzić? A może ty odwiedzisz mnie? Pokażę ci ten mój ogród, o którym tyle opowiadałem.
Poczułam łzy wzruszenia pod powiekami.
— Bardzo bym tego chciała.
Odzyskałam siebie
Powrót do domu był jak zderzenie z murem. Córka przywitała mnie chłodno, wciąż obrażona za moją odmowę wcześniejszego przyjazdu. W domu panował bałagan, wnuki biegały, pies szczekał.
— No wreszcie jesteś — rzuciła Ania zamiast powitania. — W lodówce pusto, trzeba zrobić zakupy.
Odstawiłam walizkę, wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na nią spokojnie.
— Zrobię zakupy jutro, Aniu. Dzisiaj jestem zmęczona podróżą. I chciałabym ci coś powiedzieć.
Córka stanęła jak wryta, zaskoczona moim tonem.
— Kocham was nad życie — kontynuowałam. — I zawsze będę wam pomagać. Jednak na moich zasadach. Nie jestem darmową siłą roboczą. Mam swoje życie, swoje potrzeby i swoje plany. Od dziś w środy i piątki popołudniami jestem zajęta. Zapisuję się na uniwersytet trzeciego wieku. I czasem będę wyjeżdżać na weekendy.
— Wyjeżdżać? Gdzie? Z kim? — Ania patrzyła na mnie, jakby widziała ducha.
— Do przyjaciół. Do siebie — uśmiechnęłam się tajemniczo.
Wieczorem, gdy w domu wreszcie zapadła cisza, usiadłam w fotelu z kubkiem herbaty. Telefon zawibrował. To była wiadomość od Janka:
„Dojechałem bezpiecznie. Już tęsknię za naszymi spacerami. Pamiętaj, jesteś wyjątkowa. Dobrej nocy, Teresko”.
Uśmiechnęłam się do ekranu, czując ciepło rozlewające się w sercu. Dziś wiem, że życie po sześćdziesiątce to nie jest poczekalnia. To nowy rozdział i tylko ode mnie zależy, co w nim napiszę. W przyszły weekend jadę do Janka. Kupiłam nową sukienkę, czerwoną. I wiecie co? Wyglądam w niej bosko.
Teresa, 63 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Liczyłam na to, że 14 lutego ukochany wręczy mi wielki diament. Teraz zamiast walentynek, świętuję Dzień Singla”
- „W ferie jestem na każde zawołanie teściowej. Ona żyje jak pączek w maśle, bo ja piorę, gotuję i sprzątam”
- „Teściowie zapisali nam połowę domu po dziadkach. Wydaliśmy 120 tysięcy na remont, a oni chcieli wejść na gotowe”