Reklama

Tego dnia liczyłam kalorie, zmartwienia i minuty do końca pracy, będąc przekonaną, że moje życie uczuciowe to pasmo niekończących się porażek. Tłusty czwartek w naszej korporacji to był zawsze ten jeden dzień w roku, kiedy sztywne zasady dress code i biurowej etykiety ustępowały miejsca czemuś pierwotnemu – niepohamowanej żądzy cukru.

Chciałam się schować

Od samego rana w kuchni na trzecim piętrze piętrzyły się stosy kartonów z pobliskiej cukierni, a powietrze, zazwyczaj pachnące ozonem z kserokopiarki i płynem do podłóg, wypełniał słodki, mdły aromat smażonego ciasta i lukru.

Siedziałam przy swoim biurku, starając się stać niewidzialną. To była moja strategia przetrwania. Po koszmarze, jaki zafundował mi mój były, Tomek – człowiek, który potrafił sprawić, że czułam się winna nawet za to, że oddycham zbyt głośno – postanowiłam wycofać się z rynku matrymonialnego na czas nieokreślony. Zostałam obserwatorem. Szarą myszką w beżowym swetrze, która robi swoje tabelki w Excelu i wraca do pustego mieszkania, gdzie czeka tylko kot i niedokończony serial.

Ale był jeden wyjątek w mojej strategii bycia niewidzialną. Michał. Siedział trzy rzędy dalej, w dziale analiz. Wysoki, z nonszalancko rozpiętą koszulą pod szyją i włosami, które zawsze wyglądały, jakby czesał je wiatr, a nie grzebień. Nie był typowym przystojniakiem z okładki. Miał w sobie coś surowego.

Od roku wymienialiśmy tylko zdawkowe „cześć” przy ekspresie do kawy, a jednak za każdym razem czułam między nami napięcie. Albo przynajmniej ja tak czułam, bo on pewnie nawet nie wiedział, że istnieję poza kontekstem koleżanki, która pożycza zszywacz.

Byłam niewidzialna

Tego dnia byłam szczególnie przybita. Klaudia, samozwańcza królowa biura, biegała od biurka do biurka z tacą pączków, głośno komentując, kto ile zjadł i jak to wpłynie na nasze letnie sylwetki.

– Ula, ty nie bierzesz? – zapytała z troską, zawieszając nad moim monitorem ociekającego lukrem pączka. – W sumie racja, po co dokładać sobie roboty na siłowni, prawda?

– Dziękuję, może później – mruknęłam, nie odrywając wzroku od ekranu.

Kiedy odeszła, stukając obcasami, poczułam, jak łzy pieką mnie pod powiekami. Czułam się gorsza, brzydsza, mniej ważna. Krótko po dwunastej kolejny cień padł na moje biurko. Nie musiałam podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto to. Michał. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe.

– Cześć – powiedział.

Podniosłam wzrok. Stał nade mną, trzymając w rękach małe, eleganckie, białe pudełeczko przewiązane czerwoną wstążką. Nie wyglądało jak te hurtowe kartony, które roznosiła Klaudia. Wyglądało jak prezent. Jak coś osobistego.

– Cześć – wydukałam, czując, jak czerwień zalewa moją twarz. – Potrzebujesz raportu z sprzedaży?

Uśmiechnął się.

– Nie. Przyszedłem, bo pomyślałem, że w ten szalony dzień należy ci się coś lepszego niż te gnioty, które roznosi HR.

Zaskoczył mnie

Postawił pudełeczko na moim biurku.

– To z tej małej rzemieślniczej pączkarni. Podobno mają najlepszą konfiturę różaną w mieście – dodał, patrząc mi prosto w oczy.

Zamurowało mnie. Michał przyniósł mi pączka? Specjalnie dla mnie?

– Dziękuję… nie musiałeś – szepnęłam, kompletnie zbita z tropu.

– Chciałem – odpowiedział krótko. – Smacznego.

I odszedł. Po prostu się odwrócił i wrócił do swojego biurka, nie oglądając się za siebie. Zostawił mnie z tym małym pudełkiem, które nagle wydawało się być centrum wszechświata. Dookoła panował gwar, telefony dzwoniły, Klaudia śmiała się głośno w kuchni, ale ja byłam w bańce ciszy. Drżącymi rękami pociągnęłam za wstążkę. W środku spoczywał złocisty pączek, hojnie polany lukrem i posypany skórką pomarańczową. Ale to nie on przykuł moją uwagę. Pod pączkiem, na serwetce, leżała złożona na pół karteczka.

Nie mogłam uwierzyć

Rozejrzałam się nerwowo. Czy ktoś patrzy? Czy to jakiś żart? Czy Klaudia zaraz wyskoczy zza filara, krzycząc „Mamy cię!”? Ale nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wyjęłam karteczkę. Przeczytałam raz, potem drugi, a potem trzeci, bo litery zaczęły mi tańczyć przed oczami.

„Od miesięcy patrzę, jak chowasz się za monitorem i zastanawiam się, jak sprawić, żebyś uśmiechnęła się do mnie tak szczerze, jak czasem uśmiechasz się do swoich myśli, gdy myślisz, że nikt nie widzi. Ten pączek jest słodki, ale kolacja ze mną może być jeszcze słodsza. Dziś, 19. Jeśli przyjdziesz, będę najszczęśliwszym facetem w Warszawie. Jeśli nie – zrozumiem. Michał”.

To nie była zwykła karteczka „chodźmy na lunch”. To było wyznanie. I to jakie! „Od miesięcy patrzę”… Więc nie byłam dla niego niewidzialna? Wręcz przeciwnie – byłam obserwowana, i to w sposób, o jakim marzy każda kobieta.

W głowie miałam chaos. Pierwszą myślą, typową dla mnie po traumie z Tomkiem, była panika. „To niemożliwe. Coś tu jest nie tak. On jest za fajny, za przystojny. Dlaczego ja?”. Ale potem spojrzałam w stronę działu analiz. Michał siedział przy swoim biurku, ale nie pracował. Patrzył w okno, bawiąc się długopisem. Wyglądał na… spiętego? Czyżby ten pewny siebie facet denerwował się moją reakcją?

Zgodziłam się

To był ten moment przełomowy. Zrozumiałam, że mogę albo schować karteczkę do torebki, zjeść pączka w samotności i wrócić do swojego bezpiecznego, smutnego kokonu, albo zaryzykować. Reszta dnia minęła mi jak w transie. Nie mogłam się skupić na pracy. Każdy dźwięk przychodzącego maila sprawiał, że podskakiwałam.

Unikałam wzroku Michała, bojąc się, że jeśli na niego spojrzę, spalę się ze wstydu albo – co gorsza – pobiegnę tam i rzucę mu się na szyję przy wszystkich. O 16:30 poszłam do łazienki, żeby poprawić makijaż. I wtedy weszła Klaudia. Zlustrowała mnie od stóp do głów swoim rentgenowskim spojrzeniem.

– Słyszałam, że Michał przyniósł ci coś specjalnego – zagadnęła, poprawiając szminkę przed lustrem. – Co to za okazja?

– Po prostu miły gest – odpowiedziałam.

– Uważaj na niego – prychnęła, mrużąc oczy. – Tacy faceci jak on nie interesują się szarymi myszkami bez powodu. Pewnie założył się z kumplami. Albo potrzebuje kogoś, kto zrobi za niego prezentację na poniedziałek.

Jej słowa były jak szpilka wbita prosto w moją nowo nabytą nadzieję. Stałam tak chwilę, patrząc w lustro na swoje odbicie. Czy ona ma rację? Czy jestem tylko obiektem żartu?

Nie słuchałam docinków

Ale wtedy przypomniałam sobie treść listu. O tym, jak się uśmiecham do swoich myśli. Tego nie wymyśla się do zakładu. To zauważa się tylko wtedy, gdy się kogoś naprawdę widzi.

– Wiesz co? – odwróciłam się do niej. – Może masz rację. A może po prostu zazdrościsz, że to nie ty dostałaś pączka od faceta.

Zostawiłam ją z otwartymi ustami i wyszłam. To było moje małe zwycięstwo. Pierwsze z wielu tego dnia.

Restauracja, którą wybrał Michał, była kameralna. Przyszłam pięć minut spóźniona, celowo, żeby złapać oddech. Michał już czekał. Siedział przy stoliku w rogu, z dala od wejścia. Kiedy mnie zobaczył, wstał.

– Wyglądasz… – zawiesił głos, jakby szukał odpowiedniego słowa. – Wyglądasz tak, że zapomniałem, co chciałem powiedzieć.

Uśmiechnęłam się, czując, jak rumieniec znów mnie zdradza.

– Mam nadzieję, że nie zapomniałeś zamówić wina – zażartowałam, by rozładować napięcie.

Kolacja była inna niż wszystkie randki, na których byłam. Nie było tej sztucznej gry, pytań o ulubiony kolor czy plany na pięć lat. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy znali się od lat, a jednocześnie odkrywali się na nowo. Michał opowiedział mi o swojej pasji do starego kina, o tym, że nienawidzi korporacyjnych gierek i że pączek był jego sposobem na przełamanie bariery, której sam się bał.

– Bałeś się? Ty? – zapytałam, kręcąc kieliszkiem wina. – Przecież ty rządzisz w tym biurze.

Nie znałam go

Michał spoważniał.

– W biurze gram rolę. Wszyscy tam gramy. Ale kiedy na ciebie patrzyłem, widziałem kogoś prawdziwego. Widziałem, jak pomagasz stażystom, kiedy inni ich olewają. Widziałem, jak parzysz kawę z zabawnym skupieniem na twarzy. Bałem się, że jeśli do ciebie podejdę, okaże się, że jestem dla ciebie tylko kolejnym korporacyjnym szczurem.

Jego szczerość była rozbrajająca. W tym momencie, przy blasku świec, poczułam, że moje mury obronne kruszą się jak stary tynk. Opowiedziałam mu o Tomku. O tym, jak zniszczył moją pewność siebie, dlaczego noszę beżowe swetry. Mówiłam rzeczy, których nie mówiłam nikomu, a on słuchał.

Nie przerywał, nie dawał dobrych rad, po prostu trzymał mnie za rękę. Ten prosty gest był bardziej intymny niż cokolwiek, co przeżyłam wcześniej. Czułam, że ta rozmowa to gra o najwyższą stawkę – o moje serce.

Kiedy wyszliśmy z restauracji, padał mokry śnieg. Było zimno, ale ja płonęłam. Michał zaproponował, że odwiezie mnie do domu taksówką. W samochodzie panowała cisza, ale nie ta krępująca. To była cisza pełna oczekiwania, która pojawia się, gdy dwoje ludzi chce tego samego, ale boi się zrobić pierwszy krok.

Wpadłam po uszy

Pod moim blokiem wysiadł razem ze mną i odprowadził mnie pod klatkę. W półmroku latarni jego oczy błyszczały.

– Dziękuję, że przyszłaś – powiedział cicho. – Naprawdę bałem się, że wyśmiejesz tego pączka.

– To był najlepszy pączek w moim życiu – odpowiedziałam. – I najlepszy wieczór.

Zbliżył się. Chciałam, żeby ten moment trwał wiecznie. Kiedy jego usta dotknęły moich, świat przestał istnieć. Wszystkie te miesiące ukradkowych spojrzeń, stłumionych emocji, niezrealizowanych pragnień – wszystko to eksplodowało w tym jednym momencie.

– Czy mogę wejść na górę? – zapytał, a w jego głosie nie było presji, tylko prośba.

Zawahałam się tylko na ułamek sekundy. Moje „rozsądne ja” krzyczało: „Za szybko! To dopiero pierwsza randka!”. Ale moje serce, moje ciało i intuicja mówiły coś innego. Mówiły: „To jest ten właściwy. Nie czekaj”.

– Tylko jeśli obiecasz, że rano nie znikniesz jak Kopciuszek – szepnęłam.

Uśmiechnął się, całując mnie w czubek nosa.

– Dopiero zacząłem cię zdobywać. Nigdzie się nie wybieram.

Tamta noc była przełomem. Zapomniałam o wszystkich kompleksach. Michał sprawił, że czułam się piękna, pożądana i ważna.

Wszystko się ułożyło

Ale najważniejsze wydarzyło się rano. Kiedy obudziłam się wymięta, bez makijażu, z włosami w nieładzie, on już nie spał. Leżał na boku, podpierając głowę na ręce i po prostu na mnie patrzył.

– Co? – mruknęłam, zasłaniając się kołdrą. – Nie patrz, straszę z rana.

– Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem od… właściwie to w ogóle – powiedział całkiem poważnie. – I wiesz co? Następnym razem ja robię śniadanie. Pączków już nie mam, ale jajecznicę robię mistrzowską.

Następne tygodnie w biurze były… interesujące. Klaudia prawie dławiła się własnym jadem, widząc, jak Michał przynosi mi rano kawę i całuje mnie w policzek na oczach całego działu. Przestaliśmy się ukrywać. Moja pewność siebie poszybowała w górę. Zaczęłam nosić sukienki, zaczęłam głośno wyrażać swoje zdanie na zebraniach. Miłość, ta prawdziwa, dodaje skrzydeł – wiem, że to brzmi jak frazes, ale to najświętsza prawda.

Minęły dwa lata od tamtego Tłustego Czwartku. Dziś patrzę na pierścionek zaręczynowy na moim palcu. Nie jest z diamentem. Małe oczko to różowy szafir – w kolorze konfitury z tamtego pączka. Czasem największe zmiany w życiu przychodzą zapakowane w niepozorne pudełko. I czasem warto zaryzykować i dać szansę facetowi. Ja zaryzykowałam. I to była najsłodsza decyzja w moim życiu.

Urszula, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama