Reklama

To miał być tylko jeden dzień dyspensy. Tłusty czwartek, narodowe święto obżarstwa, idealna wymówka dla kogoś takiego jak ja – mistrzyni w zamiataniu problemów pod dywan. Kiedy stałam w kolejce do najmodniejszej warszawskiej cukierni, czując na karku lodowaty oddech lutego, wmawiałam sobie, że to nagroda.

Chciałam zapomnieć

Była siódma trzydzieści rano. Normalni ludzie o tej porze piją pierwszą kawę albo klną pod nosem, skrobiąc szyby w samochodach. Ja stałam w ogonku po pączki za osiemnaście złotych sztuka, jakbym czekała na audiencję u papieża. Dlaczego tam byłam? Bo potrzebowałam dopaminy. Szybkiego strzału szczęścia bez recepty. Moje życie w tamtym momencie przypominało domek z kart postawiony na stole, w który ktoś właśnie kopie z całej siły. Ale na zewnątrz byłam urzędniczką, która zawsze przynosi do biura najlepsze ciasta i żartuje głośniej niż inni.

Kupiłam dziesięć pączków z konfiturą różaną, kremem pistacjowym i słonym karmelem. Pudełko wyglądało jak prezent, a nie jak narzędzie zbrodni. Kiedy płaciłam, moja karta zbliżeniowa piknęła z tym charakterystycznym opóźnieniem, które sprawia, że serce podchodzi do gardła. Zatwierdzono. Odetchnęłam. Limit na debecie był napięty jak guma w moich starych dresach, ale bank jeszcze nie odciął tlenu. Weszłam do biura z uśmiechem przyklejonym tak mocno, że aż bolały mnie policzki.

– Ooo, Klementyna! Ratujesz nam życie! – krzyknęła Paulina, nasza biurowa bogini fitnessu, która pączka zjada pewnie raz na dekadę, a i tak wygląda, jakby żywiła się światłem słonecznym i wodą z lodowca.

Ignorowałam telefony

Postawiłam pudełko w kuchni.

– Częstujcie się, kochani! Tradycja to tradycja! – zawołałam, po czym szybko zgarnęłam dwa pączki dla siebie i uciekłam do swojego boksu.

Siadłam przed komputerem. Otworzyłam pocztę. Trzydzieści nieprzeczytanych maili. Ale to nie one sprawiały, że trzęsły mi się ręce. To telefon leżący obok klawiatury. Ekran rozbłysł. Brak numeru dzwoniącego. Wiedziałam, kto to. To nie był tajemniczy wielbiciel ani ankieter pytający o proszki do prania. To była windykacja, bank. Odrzuciłam połączenie.

– Nie teraz – szepnęłam do siebie, odrywając kawałek puszystego ciasta.

Lukier skleił mi palce. Pierwszy kęs. Ekstaza. Słodka, lepka fala uderzyła w mózg, zagłuszając strach. Przez trzy sekundy nie miałam długów. Przez trzy sekundy byłam bezpieczna w objęciach cukru. O jedenastej miałam już za sobą cztery pączki i trzy odrzucone połączenia. Czułam się ociężała.

– Masz ten raport dla klienta od materacy? – Głos szefowej, przeciął powietrze jak bicz.

Była typem kobiety, która nigdy się nie poci i ma zawsze idealnie wyprasowaną koszulę. Patrzyła na mnie, a potem jej wzrok powędrował na okruszki na mojej bluzce.

– Już kończę. Daj mi piętnaście minut – skłamałam gładko. Nie zaczęłam nawet tego raportu.

– Pośpiesz się. Klient się niecierpliwi… – zawiesiła głos. – Wszystko okej? Wyglądasz na zmęczoną.

Myślałam o nim

W urzędniczym języku to eufemizm na „wyglądasz jak wrak, ogarnij się”.

– To przez pogodę. Ciśnienie leci w dół – rzuciłam, siląc się na luz.

Gdy tylko odeszła, mój telefon znowu zawibrował. Tym razem SMS z przypomnieniem o zaległej racie. Poczułam, jak żółć podchodzi mi do gardła. Na koncie zostało mi może trzysta złotych do pierwszego. Czynsz zapłacony, ale reszta?

Spojrzałam na pączka z adwokatem, który leżał na serwetce. Wyglądał niewinnie. Złocisty, pękaty, obiecujący zapomnienie. „Od piątku” – pomyślałam. – „Od piątku zacznę oszczędzać. Wezmę nadgodziny. Sprzedam ciuchy, których nie noszę. Ale dzisiaj muszę po prostu przetrwać”. Zjadłam go. Szybko, łapczywie, prawie nie gryząc.

O trzynastej uciekłam do łazienki. Musiałam pobyć sama. Zamknęłam się w kabinie i usiadłam na sedesie w ubraniu. Wyjęłam telefon. Instagram. Jacek wrzucił zdjęcie. Był w górach. Ośnieżone szczyty, błękitne niebo i ona. Nowa, szczupła, w sportowej kurtce, uśmiechnięta szeroko. Poczułam fizyczny ból w klatce piersiowej. Myślałam, że to zazdrość, ale to był żal i nienawiść do samej siebie.

Zapuściłam się

Kiedy byliśmy razem, Jacek prosił: „Chodźmy na spacer, zróbmy coś”. A ja wolałam zamówić pizzę i oglądać seriale, bo byłam zmęczona pracą. Zmęczona uciekaniem przed rzeczywistością. Odszedł pół roku temu. Zostawił mnie z niespłaconym kredytem na kanapę i z poczuciem, że jestem wybrakowanym towarem. Teraz on zdobywał szczyty, a ja siedziałam w korporacyjnym kiblu, ukrywając się przed bankiem. Nagle usłyszałam głos Pauliny przy umywalkach. Rozmawiała z kimś z HR-u.

– …no mówię ci, szkoda mi jej. Widziałaś, jak ona wygląda? I ta cera. To od tego jedzenia. Agnieszka mówi, że Klementyna się rozsypuje, terminy zawala… Chyba będą szukać kogoś na jej miejsce.

Oddech uwiązł mi w gardle. Zwolnienie? Teraz? To byłby gwóźdź do trumny. Jeśli stracę pracę, stracę mieszkanie. Stracę wszystko. Siedziałam tam cicho jak mysz, dopóki nie wyszły. Wtedy spojrzałam w lustro. Rozmazany tusz pod okiem, czerwone plamy na szyi. I ten wyraz oczu – przerażonego dziecka w ciele dorosłej kobiety.

Byłam w rozsypce

– Od piątku – szepnęłam do lustra. – Przysięgam, od piątku wszystko naprawię.

Wyszłam z łazienki i poszłam prosto do kuchni. Wzięłam kolejnego pączka. Tym razem z toffi. Nie czułam już smaku. Czułam tylko przymus. Musiałam czymś zatkać tę dziurę, ten lej po bombie, który miałam w środku.

Wyszłam z pracy o szesnastej. Raport wysłałam, był beznadziejny, zrobiony na odwal się, ale wyszedł. W drodze do domu wstąpiłam do dyskontu. Kupiłam czteropak pączków. Weszłam do mieszkania. Było ciemno i zimno – oszczędzałam na ogrzewaniu. Rzuciłam torebkę na podłogę. Usiadłam na kanapie, którą wciąż spłacałam. Wzięłam pączka z marketu. Był czerstwy. Lukier kruszył się na dywan. Zjadłam go. Potem drugiego. Jadłam i płakałam. Łzy kapały na pączka, mieszając słony smak ze słodkim. To był smak mojej porażki.

Czułam się, jakbym puchła. Jakby moja skóra była za ciasna dla tego całego wstydu, który w sobie nosiłam. Dlaczego to robię? Dlaczego nie odbiorę telefonu i nie powiem: „Nie mam, rozłóżcie mi to na raty”? Dlaczego nie powiem mamie: „Mamo, nie daję rady, pomóż mi”?

Nie wytrzymałam

Telefon zadzwonił znowu. Mama. Patrzyłam na ekran. Zdjęcie mamy, uśmiechniętej, w ogrodzie. Odbierz. Po prostu odbierz. Nie mogłam. Nie miałam siły kłamać, że u mnie wszystko super, a na prawdę nie byłam gotowa. Wyciszyłam dzwonek.

– Nie da się tego zagłodzić pączkami – powiedziałam głośno w pustym mieszkaniu. Mój głos brzmiał chrapliwie i obco. – Nie da się zapchać dziury po miłości jedzeniem. Nie da się spłacić długów, ignorując telefony.

Wstałam powoli i poszłam do łazienki. Umyłam twarz lodowatą wodą. Spojrzałam w lustro. Wyglądałam strasznie. Ale po raz pierwszy od miesięcy widziałam w tym odbiciu kogoś prawdziwego. Widziałam przerażoną, samotną kobietę, która wpakowała się w bagno. Wróciłam do pokoju. Na stole leżało puste opakowanie po pączkach i telefon. Wzięłam komórkę. 23 nieodebrane połączenia. Zadzwoniłam do mamy.

– Cześć mamo – powiedziałam, gdy odebrała po pierwszym sygnale.

– Martwiłam się! Czemu nie odbierasz?

Łzy znowu napłynęły mi do oczu, ale tym razem pozwoliłam im płynąć.

– Mamo… nie jest dobrze. Mam kłopoty. Duże kłopoty finansowe. I chyba potrzebuję pomocy.

Potrzebowałam pomocy

Po drugiej stronie zapadła cisza. Bałam się jej oceny. Bałam się słów "a nie mówiłam".

– Dziecko – powiedziała cicho mama. – Czemu nic nie mówiłaś? Przyjeżdżaj w weekend. Zrobimy rosół. I policzymy to wszystko. Tata już wyciąga kalkulator.

Rozpłakałam się na dobre. Głowa mnie bolała od cukrowego kaca, oczy miałam opuchnięte. W pracy Paulina patrzy na mnie z wyższością, a szefowa pewnie już szuka mojego następcy. Ale już nie boję się, że zadzwoni telefon.

Następnego dnia na śniadanie zjadłam owsiankę bez cukru. Smakowała jak tektura, ale to najuczciwszy posiłek, jaki zjadłam od dawna. Długi nie zniknęły. Wstyd też nie. Ale przynajmniej przestałam się łudzić, że lukier sklei moje pęknięte życie. Czasami trzeba upaść twarzą w talerz pełen pączków, żeby zrozumieć, że nie tędy droga.

Klementyna, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama