„W tłusty czwartek pączki z różą stały się powodem rozwodu. Nie dam się dłużej traktować jak śmieć we własnym domu”
„Poczułam ukłucie w sercu, ale też narastającą wściekłość. To nie było o pączkach. To było o lojalności. Teresa przesunęła moją miskę na koniec blatu, niemal zrzucając ją do zlewu. Na środku wyspy kuchennej rozłożyła swoje rzeczy. Zaczęła wyrabiać swoje ciasto, głośno komentując każdy mój ruch”.

- Redakcja
To miał być zwykły wtorek, a właściwie czwartek – ten jeden dzień w roku, kiedy kalorie nie istnieją, a dom powinien pachnieć drożdżami i konfiturą różaną. Zamiast tego pachniał toksyczną atmosferą i starym olejem, który moja teściowa przywiozła ze sobą w słoiku, bo „ten sklepowy to sama chemia”. Patrzyłam na mojego męża, który z błogim uśmiechem oblizywał lukier z palców, i nagle dotarło do mnie, że to nie jest tylko kwestia ciasta. To była metafora całego naszego pięcioletniego małżeństwa. Kiedy ostatni kęs pączka zniknął w jego ustach, a on nawet nie spojrzał na półmisek, nad którym pracowałam od czwartej rano, coś we mnie pękło. Tak głośno, że dziwię się, że szyby w kuchni nie wyleciały z ram.
Tłusty czwartek miał być wyjątkowy
Nigdy nie sądziłam, że mąka pszenna typu 450 może stać się bronią masowego rażenia. Uwielbiam gotować. Kuchnia zawsze była moim azylem, miejscem, gdzie po stresującej pracy w korporacji odzyskiwałam kontrolę nad życiem. Siekanie, mieszanie, wyrabianie ciasta – to była moja medytacja. W tym roku tłusty czwartek miał być wyjątkowy. Wzięłam urlop na żądanie, żeby wszystko przygotować idealnie. Znalazłam stary przepiśnik mojej prababci, kupiłam prawdziwą wanilię, konfiturę z płatków róży damasceńskiej i wiejskie jajka od sprawdzonego gospodarza. Chciałam, żeby Tomek, mój mąż, poczuł ten smak. Smak domu, który tworzymy my, a nie echa przeszłości, w której wciąż tkwił.
Tomek zawsze był „synusiem mamusi”. Wiedziałam o tym, wychodząc za niego. Wszyscy mówili: „To dobrze świadczy o facecie, jak szanuje matkę”. Bzdura. Jest cienka granica między szacunkiem a emocjonalnym uwiązaniem. U nas ta granica została zatarta gdzieś pomiędzy wyborem kafelków do łazienki (które ostatecznie wybrała Teresa, bo „mają lepszy odcień beżu”), a naszymi wakacjami, na które dziwnym trafem zawsze jeździliśmy tam, gdzie ona akurat miała sanatorium. Ale kuchnia? Kuchnia miała być moja. Była dziesiąta rano, kiedy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. Zamarłam z rękami w mące. Tomek był w pracy. Tylko jedna osoba miała zapasowy komplet kluczy „na wszelki wypadek”. Drzwi otworzyły się z impetem, a do przedpokoju wparowała Teresa. W jednej ręce trzymała wielką torbę z dyskontu, w drugiej – co gorsza – własną stolnicę.
– Ewuniu! – zawołała tym swoim przesłodzonym tonem, od którego cierpły mi zęby. – Tomek dzwonił, że wzięłaś wolne, żeby piec. Pomyślałam: „Biedna dziewczyna, sama się zamęczy”. No więc jestem!
Nie zdążyłam nawet zaprotestować. Weszła do mojej kuchni jak generał na podbite terytorium. Zlustrowała wzrokiem moje idealnie wyrośnięte ciasto drożdżowe przykryte lnianą ściereczką i skrzywiła się z politowaniem.
– Oj, kochanie. Za mało żółtek. Widzę po kolorze. Bladzizna. – Pokręciła głową, wyciągając z torby swoje składniki. – Ale nie martw się, mamusia wszystko naprawi.
Bitwa na stolnice i ukryte intencje
Próbowałam być asertywna. Naprawdę próbowałam.
– Tereso, dziękuję, ale mam wszystko pod kontrolą. To miał być mój prezent dla Tomka – powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał stanowczo, ale uprzejmie.
Spojrzała na mnie znad okularów, jakby patrzyła na niesforne dziecko, które uparło się, że samo zawiąże buty, choć wciąż robi supełki.
– Prezent? Prezentem dla mężczyzny jest pełny żołądek, a nie twoje eksperymenty, złotko. Tomek lubi tradycyjne pączki. Takie, jak robiła jego babcia. Ty dodajesz za dużo skórki pomarańczowej, to zabija smak ciasta. Tomek mi się ostatnio skarżył, że twoje wypieki są za suche.
Zamarłam. Tomek się skarżył? Mój mąż, który wczoraj wieczorem tulił mnie do snu, omawiał jakość moich wypieków ze swoją matką? Poczułam ukłucie w sercu, ale też narastającą wściekłość. To nie było o pączkach. To było o lojalności. Teresa przesunęła moją miskę na sam koniec blatu, niemal zrzucając ją do zlewu. Na środku mojej wyspy kuchennej rozłożyła swój majdan. Zaczęła wyrabiać swoje ciasto, głośno komentując każdy mój ruch.
– Spirytus? Do ciasta? Kto to widział, żeby lać tyle alkoholu. Ocet jest lepszy, mniej pije tłuszczu. Ale ty jesteś młoda, co ty tam wiesz – gderała, rozsypując mąkę po mojej świeżo umytej podłodze.
Przez następne cztery godziny czułam się jak intruz we własnym domu. Moje pączki, te pieczołowicie przygotowane według przepisu prababci, smażyłam na małym palniku w rogu, podczas gdy Teresa zajęła całą kuchenkę. Jej pączki były wielkie, ciemne i ociekające lukrem. Moje – zgrabne, złociste, oprószone cukrem pudrem. W głowie miałam gonitwę myśli. Przypomniałam sobie nasze wesele. Chcieliśmy nowoczesne przyjęcie, lekkie menu. Skończyło się na schabowym i rosole, bo Teresa zrobiła awanturę, że „goście wyjdą głodni” i przekabaciła Tomka, płacząc mu do słuchawki, że nie szanujemy tradycji. Przypomniałam sobie moment, gdy kupowaliśmy samochód. Chciałam małe, miejskie auto. Kupiliśmy wielkie kombi, bo „jak mama będzie chciała z nami jechać na działkę, to musi mieć wygodnie”. Zawsze była ta trzecia osoba w naszym związku. Niewidzialna, a jednak obecna w każdym kącie, w każdej decyzji. Ale dziś, w oparach smażonego smalcu, zobaczyłam to wyraźniej niż kiedykolwiek.
Powrót pana i władcy
Tomek wrócił o szesnastej. Od progu jego twarz rozjaśnił uśmiech, gdy poczuł zapach.
– Ooo, czuję, że moje dwie ulubione kobiety zaszalały! – zawołał, wchodząc do kuchni.
Pocałował mamusię w policzek, a mnie klepnął w ramię. Tak, klepnął. Jak kumpla z boiska. Teresa natychmiast podsunęła mu pod nos półmisek ze swoimi ociekającymi tłuszczem pączkami.
– Jedz, syneczku, póki gorące. Zrobiłam z tym adwokatem, co tak lubisz. Ewa chciała robić z różą, ale powiedziałam jej, że mężczyzna potrzebuje konkretu.
Tomek chwycił pączka Teresy, ugryzł potężny kawał i przymknął oczy z rozkoszy.
– Mamo... Jesteś mistrzynią. Niebo w gębie. Tego mi było trzeba po całym dniu użerania się z klientami.
Stałam obok z moim talerzem. Moje pączki wyglądały jak dzieła sztuki. Idealnie okrągłe, z jasną obwódką świadczącą o doskonałym wyrośnięciu.
– Kochanie, spróbuj też mojego – powiedziałam cicho, wysuwając talerz w jego stronę. – Wstałam o czwartej rano, żeby zdążyć przed przyjściem twojej mamy.
Tomek spojrzał na moje pączki, potem na mnie, a potem znowu na pączka swojej matki.
– Ewuś, no wyglądają super, naprawdę – mruknął z pełnymi ustami. – Ale wiesz, że ja za różą nie przepadam. Zjem później, jak mi się miejsce zrobi. Te od mamy to jednak klasyk, co? Smak dzieciństwa.
Teresa uśmiechnęła się triumfalnie. To był uśmiech, który mówił: „Widzisz? Możesz się starać, możesz stawać na rzęsach, a i tak zawsze będziesz tą drugą”.
– Ewa się starała, Tomusiu – powiedziała fałszywie słodkim głosem teściowa. – Tylko ciasto jej trochę nie wyrosło, chyba drożdże miała stare. Mówiłam jej, żeby brała świeże z targu, a nie te z marketu.
To było kłamstwo. Moje ciasto wyrosło idealnie. Moje drożdże były świeże. Ona po prostu kłamała mu w żywe oczy, żeby mnie umniejszyć. Czekałam. Czekałam, aż Tomek powie: „Mamo, przestań, Ewa świetnie gotuje”. Czekałam, aż weźmie mojego pączka i powie, że jest pyszny, żeby zrobić mi przyjemność. Zamiast tego sięgnął po drugiego pączka Teresy.
– No, Ewa musi się jeszcze trochę od ciebie poduczyć, mamo. Ale ma potencjał – zaśmiał się.
Cisza przed burzą
Wyszłam z kuchni. Po prostu się odwróciłam i poszłam do sypialni. Usiadłam na łóżku, trzęsąc się z nerwów. Przez otwarte drzwi słyszałam ich rozmowę.
– Coś się stało? – zapytał Tomek.
– Ach, wiesz jaka ona jest drażliwa – westchnęła Teresa. – Zamiast się cieszyć, że jej pomogłam, to się obraża. Dzisiejsze kobiety takie są, Tomusiu. Zero pokory. Myślała, że jak weźmie wolne, to od razu zostanie mistrzynią pączkó. A tu trzeba lat praktyki.
– No tak, Ewa ostatnio jakaś nerwowa jest. Może to przez pracę – usprawiedliwiał mnie, a raczej bagatelizował moje uczucia, mój mąż.
Nie wytrzymałam. To nie był impuls. To była krystaliczna jasność umysłu. Zrozumiałam, że jeśli teraz czegoś nie zrobię, spędzę resztę życia w cieniu Teresy, jedząc resztki z pańskiego stołu, podczas gdy mój mąż będzie klaskał brawo swojej mamusi.
Wróciłam do kuchni. Byli zajęci parzeniem kawy. Teresa wyciągała z szafki moją najlepszą porcelanę – tę, której używałam tylko na wielkie okazje.
– Wyjdź – powiedziałam spokojnie, patrząc na teściową.
Zapadła cisza. Tomek upuścił łyżeczkę.
– Słucham? – Teresa uniosła brwi.
– Wyjdź z mojego domu. Zabierz swoje pączki, swoją stolnicę, swój słoik ze śmierdzącym olejem i wyjdź. Teraz.
Tomek doskoczył do mnie, łapiąc mnie za ramię.
– Ewa, co ty wygadujesz? Oszalałaś? Mama przyjechała nam pomóc!
Strząsnęłam jego rękę. Czułam, jak adrenalina pulsuje mi w skroniach.
– Pomóc? Tomek, rozejrzyj się! Ona nie przyjechała pomóc. Ona przyjechała zaznaczyć teren. Przyjechała pokazać mi, że w moim własnym domu jestem nikim. Że nieważne, co zrobię, i tak będę gorsza. A ty? Ty stoisz i jej przytakujesz. Naśmiewasz się ze mnie razem z nią.
– Przesadzasz, histeryzujesz – prychnął Tomek, a w jego oczach widziałam strach. Strach małego chłopca, który musi wybrać między kolegą a mamą. – To są tylko pączki!
– To nie są tylko pączki! – krzyknęłam. – To jest nasze życie! To jest to, że wybrała nam meble, to jest to, że ma klucze do naszego mieszkania i wchodzi tu jak do siebie, to jest to, że krytykuje moją pracę, moją wagę i moje jedzenie, a ty nigdy, ani razu nie stanąłeś w mojej obronie!
Teresa zaczęła ostentacyjnie szlochać.
– Ja chciałam tylko dobrze... Serce sobie wypruwam dla was... A tu taka niewdzięczność. Tomusiu, słyszysz to? Wyrzuca twoją matkę z domu!
– Ewa, przeproś mamę natychmiast – głos Tomka stał się lodowaty. – Przesadziłaś. Masz jakiś gorszy dzień, okres czy co, ale nie pozwolę, żebyś tak traktowała moją matkę.
Spojrzałam na niego i zobaczyłam obcego człowieka. Człowieka bez kręgosłupa, przyczepionego pępowiną do kobiety, która właśnie udawała atak serca, opierając się o blat.
– Nie przeproszę – powiedziałam powoli, ważąc każde słowo. – I mam dla ciebie propozycję, Tomek. A właściwie ultimatum.
Wybór, który zmienił wszystko
W kuchni zrobiło się tak cicho, że słyszałam bzyczenie lodówki. Zapach pączków, który wcześniej wydawał mi się drażniący, teraz stał się mdły, wręcz nudzący.
– Jakie ultimatum? – zapytał Tomek, mrużąc oczy.
– Albo ona teraz wychodzi i oddaje klucze, a my idziemy na terapię i ustalamy granice, których twoja matka nigdy więcej nie przekroczy... albo wychodzisz razem z nią.
Teresa przestała płakać. Wyprostowała się, a w jej oczach pojawił się chłód, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałam. Wiedziała, że to decydujące starcie.
– Synku, nie będziesz chyba słuchał tych bzdur? Ona każe ci wybierać między żoną a matką? Matkę ma się tylko jedną! Żon można mieć wiele!
To zdanie zawisło w powietrzu. Czekałam na reakcję Tomka. Czekałam, aż powie: „Mamo, nie mów tak o Ewie”. Czekałam na cokolwiek. Tomek popatrzył na mnie, potem na matkę, potem na talerz z pączkami. Wyglądał na zagubionego, ale przede wszystkim – na zirytowanego tym, że zmuszam go do konfrontacji.
– Ewa, nie będę brał udziału w tym cyrku. Mama zostaje na kawie. A ty idź się przewietrzyć, bo ci odbiło. Porozmawiamy, jak wrócisz do normalności.
To był ten moment. Moment, w którym serce nie pęka, ale zamarza. Podeszłam do wieszaka w przedpokoju. Zdjęłam z niego płaszcz.
– Nie, Tomek. Ja nie idę się przewietrzyć. Ja się wyprowadzam.
– Co ty chrzanisz? Gdzie pójdziesz? Do hotelu? – zaśmiał się nerwowo.
– Do siostry. A jutro przyjadę po rzeczy, kiedy ciebie nie będzie.
Złapałam torebkę. Spojrzałam jeszcze raz na moją kuchnię. Na mąkę rozsypaną przez Teresę. Na moje idealne pączki, które stygły nietknięte na boku. Podeszłam do blatu, wzięłam jednego mojego pączka.
– Wiesz co jest najśmieszniejsze? – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Moje są z różą, bo to twoja ulubiona konfitura. Mówiłeś mi o tym na pierwszej randce. Ale zapomniałeś o tym, tak samo jak zapomniałeś, że jesteś moim mężem, a nie tylko jej synem. Twoja matka wmówiła ci nawet to, co lubisz jeść.
Ugryzłam pączka. Był idealny. Puszysty, delikatny, z aromatycznym nadzieniem. Najlepszy, jakiego kiedykolwiek upiekłam. Smakował wolnością.
Czasem myślę o nim z litością
Wyszłam, nie oglądając się za siebie. Słyszałam jeszcze, jak Teresa mówi: „Daj spokój, wróci z podkulonym ogonem, jak jej się pieniądze skończą”. Nie wróciłam. Rozwód orzeczono pół roku później. Tomek do końca walczył – nie o mnie, ale o to, żeby wyszło na jego. Twierdził, że porzuciłam rodzinę bez powodu. Na sali sądowej towarzyszyła mu Teresa, która siedziała w ławce dla publiczności i kręciła głową za każdym razem, gdy zabierałam głos.
Dziś, w kolejny tłusty czwartek, siedzę we własnym mieszkaniu. Jest małe, kuchnia to tylko aneks, ale jest moja. Nikt nie przestawia mi przypraw. Nikt nie mówi, że używam złej mąki. Upiekłam faworki. Są chrupiące, delikatne i cholernie smaczne. Wiem, że Tomek mieszka teraz z matką. Podobno ona gotuje mu codziennie obiadki. Czasem myślę o nim z litością. Wybrał pączki z adwokatem i życie pod dyktando kobiety, która nigdy nie pozwoli mu dorosnąć. Ja wybrałam siebie. I choć czasem brakuje mi kogoś do przytulenia, to smak pączka z różą, zjedzonego w spokoju i ciszy, jest słodszy niż jakikolwiek kompromis, na który musiałabym pójść. Czasem „niewinne” ciastko może uratować życie. Mnie uratowało przed zmarnowaniem kolejnych lat u boku faceta, który nie potrafił odciąć pępowiny.
Ewa, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki to dla innych radosny czas, a dla mnie najgorszy dzień w roku. Zapalam wtedy znicz na grobie mojej miłości”
- „Bal karnawałowy z moim mężem zamienił się w koszmar. Gdy pojęłam, ile ma brudu za uszami, czułam, że muszę się zemścić”
- „Na walentynki dostałam najgorszy prezent w życiu. Najdroższa mojemu sercu osoba, potraktowała mnie jak śmiecia”