„W tłusty czwartek podzieliłam się pączkiem z potrzebującym. Ta drobna pomoc zmieniła życie jego i moje”
„Patrzyłam na idealnego pączka z różą i nagle poczułam wstyd za siebie. Za to, że zjem go w cieple, podczas gdy tamten człowiek siedzi na zimnym betonie. Decyzja zapadła w ułamku sekundy”.

- Redakcja
To miał być zwykły czwartek, tyle że słodszy od innych dni w roku. Stałam w kolejce po pączki, myśląc o kaloriach, deadline'ach i o tym, czy mój szef w ogóle zauważy, że staram się integrować zespół. Nie miałam pojęcia, że ten dzień, ociekający lukrem i zapachem smażonego ciasta, stanie się punktem zwrotnym nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla człowieka, którego mijałam codziennie, nie zaszczycając go nawet jednym spojrzeniem.
Zapach lukru i ludzkiej obojętności
Luty w tym roku był wyjątkowo paskudny. Szare niebo wisiało nisko nad miastem, jakby chciało przygnieść nas wszystkich do chodników pokrytych brunatną breją pośniegową. Tłusty czwartek to w mojej firmie świętość. Niepisana zasada głosiła: ten, kto przyniesie najlepsze pączki, kupuje sobie przychylność biura na co najmniej tydzień. Dlatego wstałam o piątej trzydzieści. Musiałam zdążyć do tej małej, rzemieślniczej piekarni na rogu, zanim ustawi się tam kolejka sięgająca sąsiedniej dzielnicy.
Stojąc w ogonku, otulona wełnianym szalikiem, obserwowałam ludzi. Wszyscy byli tacy sami – zniecierpliwieni, wlepieni w ekrany telefonów, przestępujący z nogi na nogę. W powietrzu unosił się ten specyficzny, ciężki zapach drożdży i gorącego smalcu, który mieszał się z wonią spalin. Kiedy wreszcie dotarłam do lady, poprosiłam o dwa tuziny pączków. Pani w białym fartuchu pakowała je do wielkich, kartonowych pudeł, a ja czułam dziwną satysfakcję. „Z różą, z adwokatem, z powidłami śliwkowymi” – wyliczałam w myślach, wyobrażając sobie uśmiechy koleżanek z działu marketingu.
Wyszłam z cukierni objuczona pudełkami, balansując na krawędzi chodnika, żeby nie wejść w kałużę. I wtedy go zobaczyłam. Siedział na swoim stałym miejscu, przy wejściu do bramy, która prowadziła na zaplecze banku. Mijałam go codziennie w drodze do biurowca. Ten mężczyzna był niemal elementem krajobrazu. Nigdy nie patrzyłam mu w oczy. Bałam się tego kontaktu, bałam się, że zobaczę tam coś, co zburzy mój poukładany świat.
Tym razem jednak, może przez ten zapach pączków, który ciągnął się za mną jak ogon komety, podniósł głowę. Nie prosił o pieniądze. Nie wyciągał ręki. Po prostu pociągnął nosem, a jego oczy – zaskakująco błękitne w tej szarej, zmęczonej twarzy – zabłyszczały.
– Pięknie pachnie, szanowna pani – powiedział cicho. Jego głos był zachrypnięty, ale zadziwiająco uprzejmy. Bez bełkotu, bez agresji.
Zatrzymałam się. Serce zabiło mi mocniej. To był moment zawieszenia. Mogłam przyspieszyć kroku, udając, że nie słyszę, jak robi to 99% ludzi, ale coś w tonie jego głosu mnie zatrzymało. To nie była prośba żebraka, to był komentarz konesera, który wspomina dawne czasy.
Decyzja zapadła w ułamku sekundy
W biurze powitano mnie owacjami. No, może przesadzam z tymi owacjami, ale było głośno.
– O, Aneta, uratowałaś nam życie! – krzyknęła Kaśka z HR-u, porywając pączka z adwokatem, zanim zdążyłam zdjąć płaszcz.
– Z tej dobrej piekarni? Super, bo te z marketu to sama chemia – dodał Marek, nasz team leader, biorąc dwa naraz.
Rozstawiłam pudełka w kuchni. Ludzie wchodzili, brali, wychodzili. Ktoś rzucił „dzięki”, ktoś inny narzekał, że lukier się kruszy. Po godzinie zostały tylko okruchy i puste kartony. Siedziałam przy swoim biurku, patrząc na raporty sprzedażowe, i czułam narastającą pustkę. Wydałam na te pączki małą fortunę, stałam godzinę na mrozie, a efekt był taki, jak zawsze. Byłam tylko dostawcą kalorii. Narzędziem.
Nikt nie zapytał, jak mi minął ranek. Nikt nie zauważył, że mam nowe buty. W tym biurowym ulu wszyscy byliśmy tylko pszczołami robotnicami, a ja właśnie nakarmiłam królową – zbiorowe ego korporacji. Wtedy przypomniałam sobie tamtego mężczyznę pod bramą. „Pięknie pachnie, szanowna pani”. W tym jednym zdaniu było więcej człowieczeństwa niż we wszystkich e-mailach, które dziś wysłałam. Został mi jeden pączek. Ten, którego schowałam dla siebie. Klasyczny, z konfiturą różaną i skórką pomarańczową. Najlepszy. Leżał w małej, papierowej torebce w mojej szufladzie.
Patrzyłam na niego i nagle poczułam wstyd za siebie. Za to, że zjem go w cieple, podczas gdy tamten człowiek siedzi na zimnym betonie. Decyzja zapadła w ułamku sekundy.
Spotkanie, które zburzyło mój mur
Wyszłam z pracy wcześniej. Powiedziałam, że muszę załatwić coś na mieście. Biegłam prawie, ściskając papierową torebkę w dłoni, modląc się w duchu, żeby on wciąż tam był. Mróz zelżał, ale zaczął padać gęsty, mokry śnieg. Był. Siedział na rozłożonym kartonie, oparty plecami o zimny mur kamienicy. Czytał książkę. Tak, dobrze widzicie.
Podeszłam do niego, a on drgnął, jakby spodziewał się uderzenia albo przegonienia.
– Dzień dobry – powiedziałam, starając się, żeby mój głos nie drżał. – Został mi jeden. Najlepszy. Z różą.
Wyciągnęłam rękę z torebką. Mężczyzna aż zamarł. Odłożył książkę na bok (zauważyłam, że to jakiś stary kryminał Agathy Christie) i powoli, z namaszczeniem, wziął ode mnie pakunek.
– Prawdziwa róża – szepnął, a po jego policzku, brudnym i zarośniętym siwą szczeciną, spłynęła jedna, samotna łza. – Moja żona takie robiła. Trzydzieści lat temu.
Usiadłam obok niego. Tak po prostu, w moim wełnianym płaszczu z sieciówki, kucnęłam na mokrym chodniku.
– Jestem Aneta – powiedziałam.
– Stanisław – odpowiedział, patrząc na pączka jak na relikwię. – Ale wołają na mnie po prostu „Stach”. Albo gorzej.
– Smacznego, panie Stanisławie.
Jadł powoli, delektując się każdym kęsem. Nie połykał, on smakował. Wokół nas pędził tłum, ludzie wracali z pracy, samochody trąbiły, a my trwaliśmy w tej dziwnej bańce ciszy. Kiedy skończył, starannie wytarł usta wierzchem dłoni.
– Dziękuję, pani Aneto. Nie za pączka. To znaczy, za pączka też, był wyśmienity. Ale dziękuję, że pani się zatrzymała.
Tak potoczyło się jego życie
Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Stanisław nie zawsze mieszkał na ulicy. Historia stara jak świat, ale za każdym razem tak samo bolesna. Był stolarzem. Miał mały zakład na Pradze, robił meble na wymiar. „Solidna, dębowa robota, nie te dzisiejsze wióry” – mówił z dumą w głosie. Potem pech za pechem.
Żona zmarła pięć lat temu. Stanisław został sam z długami i gigantyczną pustką w sercu. Stracił zlecenia, bo nie odbierał telefonów. Potem komornik zajął mieszkanie. Wylądował w noclegowni, tam go okradli. Uciekł na ulicę.
– Próbuję wrócić. Tylko wie pani... Jak się wygląda tak jak ja, to nikt nie chce dać szansy. Nawet na budowę mnie nie chcą, a ja mam fach w ręku. Ja drewno czuję, ono do mnie mówi.
Spojrzałam na jego dłonie. Były zniszczone, brudne, z popękaną skórą, ale palce miał długie i silne. To nie były ręce kogoś, kto się poddał. To były ręce, które po prostu nie miały co robić.
– Czego pan potrzebuje, panie Stanisławie? – zapytałam impulsywnie.
– Godności, pani Aneto. I może... może możliwości umycia się i ogolenia. Tak porządnie. Bo jak idę pytać o pracę, to czują mnie, zanim wejdę.
Nie mogłam tak tego zostawić
Wróciłam do domu z głową pełną myśli. Nie mogłam tak tego zostawić. Ten pączek otworzył jakieś drzwi, których nie dało się już zamknąć. Zadzwoniłam do mojego szwagra, który prowadził małą firmę remontową.
– Piotrek, słuchaj, potrzebujesz kogoś do pomocy?
– Aneta, wiesz jak jest. Potrzebuję fachowców, a nie ludzi z łapanki. Mam termin na wykończenie apartamentowca.
– On jest stolarzem. Starej daty. Robił meble z dębu. Ręczę za niego.
Piotrek westchnął.
– Dam mu dzień próbny. Stawka minimalna na start.
Następnego dnia rano nie poszłam prosto do pracy. Wzięłam dzień urlopu na żądanie. Czułam, że to, co robię, jest ważniejsze niż tabelki. Znalazłam Stanisława w tym samym miejscu.
– Panie Stanisławie, ma pan plany na dzisiaj? – zapytałam.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
– Oprócz przetrwania, raczej niewiele.
Zabrałam go do łaźni miejskiej, o której istnieniu dowiedziałam się z internetu poprzedniego wieczora. Kupiłam mu w pobliskim dyskoncie maszynki do golenia, mydło, szampon i najtańszy, ale czysty zestaw ubrań: dżinsy, flanelową koszulę i ciepłą kurtkę. Nie były to markowe ciuchy, ale były nowe i pachniały sklepem, a nie wilgocią i brudem.
Czekałam na niego przed wejściem prawie godzinę. Kiedy wyszedł, nie poznałam go. Zniknął zgarbiony bezdomny, a pojawił się starszy, zmęczony życiem, ale schludny mężczyzna. Ogolona twarz odsłoniła mocną szczękę i te same, bystre oczy.
– Wygląda pan... elegancko – uśmiechnęłam się.
– Czuję się jak nowo narodzony – odpowiedział, gładząc się po policzku. – Dawno nie widziałem swojej twarzy w lustrze bez tego zarostu. Starzejemy się, pani Aneto.
Wsadziłam go w taksówkę (kierowca trochę kręcił nosem, ale zapłaciłam z góry) i wysłałam pod adres firmy szwagra. Dałam mu też trochę gotówki na jedzenie i bilet miesięczny.
– To pożyczka – zastrzegłam surowo, choć w duchu spisałam te pieniądze na straty. – Odda pan, jak pan zarobi.
– Oddam. Co do grosza. I zrobię pani taki stół, że sąsiedzi zzielenieją z zazdrości.
Ryzyko i niepewność
Przez kolejne tygodnie żyłam w napięciu. Bałam się zadzwonić do Piotrka. Bałam się, że usłyszę: „Aneta, ten twój menel ukradł wiertarkę i zniknął”. W biurze wszystko toczyło się starym torem, ale ja czułam się inaczej. Jakbym miała tajemnicę. Jakbym uczestniczyła w czymś wielkim.
W końcu Piotrek zadzwonił sam.
– Słuchaj... ten twój pan Staszek.
Serce podeszło mi do gardła.
– Tak? Coś się stało?
– Gdzieś ty go znalazła? – głos szwagra był dziwny. – Facet jest niesamowity. Dałem mu do renowacji stare drzwi w kamienicy, bo nikt nie chciał się z tym babrać. Zrobił to tak, że konserwator zabytków przybił mu piątkę. On nie pracuje, on czaruje w drewnie. Chłopaki na budowie najpierw się śmiali, że dziadka przywlekłem, ale teraz chodzą do niego po rady.
Odetchnęłam z taką ulgą, że aż zakręciło mi się w głowie.
– Czyli zostaje?
– Zostaje. Dostał pierwszą wypłatę. Wiesz, co zrobił? Poprosił o zaliczkę na wynajęcie pokoju. Nie chce już spać w schronisku. Aneta, ten facet naprawdę chce żyć.
Pączek, który smakował zwycięstwem
Minął rok. Znów nadszedł tłusty czwartek. Znów stałam w kolejce do tej samej cukierni. Tym razem jednak nie kupowałam pączków dla biura, żeby się przypodobać. Kupiłam tylko cztery. Dla siebie, dla męża i dwa ekstra. Pojechałam na Pragę, pod adres, który dostałam od szwagra. Mały warsztat stolarski na tyłach starej fabryki. Piotrek wydzielił Stanisławowi kawałek przestrzeni, żeby ten mógł robić swoje projekty po godzinach.
Weszłam do środka. Pachniało tam najpiękniej na świecie – świeżym drewnem, bejcą i wiórami. Stanisław stał przy stole warsztatowym, pochylony nad rzeźbioną nogą od krzesła. Wyglądał zdrowo. Przytył, miał rumieńce, a jego dłonie poruszały się pewnie i szybko.
– Dzień dobry, panie Stanisławie – powiedziałam głośno, żeby przekrzyczeć szum wentylatora.
Odwrócił się błyskawicznie. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
– Pani Aneta! A ja właśnie kończę ten obiecany stolik kawowy. Jeszcze tylko lakierowanie!
Podeszłam do niego i położyłam na stole pudełko z cukierni.
– Z różą. Najlepsze.
Stanisław otworzył pudełko. Jego oczy znów się zaszkliły, tak jak rok temu na mrozie.
– Pamięta pani... – wzruszył się.
– Nigdy nie zapomnę.
Wyciągnął szufladę ze swojego stołu i podał mi kopertę.
– To ta pożyczka. Z odsetkami. I proszę nie protestować, bo się obrażę.
Nie wzięłam pieniędzy. Poprosiłam, żeby wpłacił je na fundację pomagającą ludziom wychodzącym z bezdomności. Zgodził się bez wahania.
Siedzieliśmy w tym warsztacie, jedząc pączki i pijąc kawę z termosu. Stanisław opowiadał mi o swoich planach – chce zatrudnić pomocnika, młodego chłopaka z poprawczaka, żeby nauczyć go fachu. Chce oddać to dobro, które dostał.
Mój mały gest nie zmienił świata, ale...
Patrząc na niego, zrozumiałam coś ważnego. Często myślimy, że pomoc wymaga wielkich nakładów, milionów na koncie, systemowych rozwiązań. Oczywiście, to też jest ważne. Ale czasem wszystko zaczyna się od zauważenia drugiego człowieka. Od zatrzymania się w biegu. Od podzielenia się czymś tak banalnym, jak pączek.
Tamtego dnia w biurze nie dostałam awansu, szef znów mnie pominął przy premii, a koleżanki obgadały moje nowe buty. Ale to nie miało znaczenia. Bo wiedziałam, że gdzieś na Pradze, w małym warsztacie, ktoś właśnie odzyskuje swoje życie. I że ja miałam w tym swój maleńki udział.
Mój mały gest nie zmienił świata. Ale zmienił świat dla jednej osoby. A to, jak się okazuje, wystarczy, żeby poczuć się naprawdę sytym – nie pączkami, ale sensem życia.
Magda, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na walentynkowym balu dla seniorów znalazłam ukochanego. Razem wirowaliśmy na parkiecie niczym płatki śniegu za oknem”
- „Teściowa codziennie przynosiła nam dostawę świeżych pączków. Gdy ich nie przyjąłem, słono za to zapłaciłem”
- „Teściowa rozstawiała nas po kątach i robiła inspekcje czystości. Gdy zaczęła ustawiać anioły, wyrzuciłam diablicę za drzwi”