„W tłusty czwartek stałam 2 godziny w kolejce do cukierni. Opłaciło się, bo wróciłam z tuzinem pączków i gorącym sercem”
„Kiedy kupiłam swoje dwadzieścia sztuk dla biura, a on swoje pięć, wyszliśmy na zewnątrz. Deszcz przestał padać. Stałam tam z wielkim pudłem, czując dziwny żal, że to już koniec. Że zaraz pójdziemy w swoje strony i on stanie się tylko anegdotą”.

Była szósta trzydzieści rano. Warszawa o tej porze roku wygląda jak brudna ścierka – szara, mokra i ponura. Stałam pod cukiernią, przeklinając moment, w którym obiecałam dziewczynom z biura, że „oczywiście, ja to załatwię”. Moje buty poddały się po pierwszych dwudziestu minutach stania w kałuży, która podstępnie rozlewała się na chodniku. Było zimno.
Miałam zły dzień
Wokół mnie tłum ludzi w podobnym stanie desperacji. Wszyscy z tym samym tępym wzrokiem utkwionym w drzwiach piekarni, z których co jakiś czas buchał zapach drożdży i smażonego smalcu – zapach, który normalnie drażni, ale w ten jeden dzień w roku obiecuje raj. Próbowałam wbić nos w szalik, żeby ogrzać twarz, kiedy poczułam uderzenie w plecy.
– Hej! Uważaj! – krzyknęłam, odwracając się gwałtownie. Byłam gotowa zabić wzrokiem.
Za mną stał facet. Miał na głowie czapkę naciągniętą na uszy i trzymał telefon, w który wpatrywał się tak intensywnie, że wpadł na mnie, nie zauważając, że kolejka stanęła.
– Przepraszam – mruknął, nawet nie podnosząc wzroku.
– Przepraszam? – Moja frustracja znalazła ujście. – Tylko tyle? Stoimy tu jak bydło, jest zimno, mokro, a pan jeszcze postanawia używać moich pleców jako hamulca?
Wtedy podniósł głowę. Miał twarz kogoś, kto mało śpi i dużo myśli. Ale to, co mnie uderzyło, to sposób, w jaki na mnie spojrzał. Zamiast się oburzyć, uśmiechnął się krzywo, odsłaniając dołeczek w policzku.
– Kręgosłup moralny w kolejce po pączki jest towarem deficytowym – odpowiedział. – Ale ma pani rację. To było karygodne. W ramach zadośćuczynienia mogę panią zasłonić przed wiatrem. Mam szersze plecy.
Był zabawny
Parsknęłam śmiechem, mimo że nie chciałam.
– Edyta – powiedziałam, poprawiając torebkę. – I nie potrzebuję ochrony, potrzebuję cukru.
– Radek. – Wyciągnął dłoń w skórzanej rękawiczce. – I obawiam się, Edyto, że na cukier poczekamy jeszcze z godzinę. Widzisz tę starszą panią w berecie przy wejściu? Ona wygląda, jakby brała sto sztuk dla pułku wojska.
Tak to się zaczęło. Nie od fajerwerków, ale od narzekania na staruszki w beretach i warszawską pluchę. Przez następne dwie godziny staliśmy tam, przesuwając się o centymetr co kilka minut. I nagle zimno przestało mi przeszkadzać. Rozmowa płynęła tak naturalnie, jakbyśmy znali się od lat, a nie od kwadransa.
Okazało się, że Radek ma specyficzne, czarne poczucie humoru, które idealnie rezonowało z moim cynizmem. Dowiedziałam się, że jest stolarzem – nie takim, co składa meble z marketu, ale artystą, który spędza noce w warsztacie, wąchając trociny i lakier.
– A ty? – zapytał, kiedy byliśmy już w połowie drogi do drzwi. – Wyglądasz na kogoś, kto zarządza chaosem.
– Grafik. Mój chaos to warstwy w programie komputerowym, które nie chcą się scalać – odparłam.
– Czyli artystka.
– Rzemieślnik – poprawiłam go. – Tak jak ty.
Polubiłam go
Kiedy wreszcie dotarliśmy do lady, byliśmy już zgranym zespołem. Kiedy kupiłam swoje dwadzieścia sztuk dla biura, a on swoje pięć, wyszliśmy na zewnątrz. Deszcz przestał padać. Stałam tam z wielkim pudłem, czując dziwny żal, że to już koniec. Że zaraz pójdziemy w swoje strony i on stanie się tylko anegdotą.
– Więc… – zaczęłam niepewnie.
– Więc – przerwał mi Radek, wyciągając telefon. – Jeśli nie dasz mi swojego numeru, będę musiał stać tu codziennie, licząc, że znowu przyjdziesz po węglowodany. A nie stać mnie na tyle kalorii.
Podałam mu numer drżącymi palcami.
– Zadzwonię – obiecał. – Jak tylko zmyję z siebie zapach tego tłuszczu.
Wróciłam do biura jak na skrzydłach, ale euforia szybko ustąpiła miejsca staremu, dobremu lękowi. Mijały godziny. Pączki zostały pożarte przez moich współpracowników, a mój telefon milczał. „Oczywiście, że nie zadzwoni” – myślałam, gapiąc się w monitor. „To był tylko flirt kolejkowy. Zabijacz czasu. Jesteś naiwna”. Wieczorem, siedząc w domu, analizowałam każde słowo. Może byłam za głośna? Telefon zawibrował o 23:15. Prawie wylałam herbatę na dywan.
Nie mogłam się doczekać
Wiadomość z nieznanego numeru: „Mój pies zjadł kawałek pączka i teraz patrzy na mnie z wyrzutem, że nie dostał całego. Ja patrzę w telefon z wyrzutem, że jeszcze nie napisałem. Śpisz?”. Uśmiechnęłam się tak szeroko, że aż zabolały mnie policzki. „Nie śpię. Analizuję skład chemiczny lukru” – odpisałam. „To może przeanalizujemy go razem przy kawie? Jutro? Znam miejsce, gdzie nie trzeba stać trzech godzin”.
Pierwsza randka była elektryzująca. Radek wyglądał inaczej bez czapki – miał ciemne, lekko kręcone włosy w artystycznym nieładzie. Rozmawialiśmy o wszystkim. Czułam, jak mur, który budowałam wokół siebie przez ostatnie dwa lata, kruszeje cegła po cegle.
– Wiesz, co mnie w tobie zaintrygowało? – zapytał nagle, mieszając łyżeczką w filiżance.
– Że jestem głośna i marudna?
– Że jesteś prawdziwa – powiedział, patrząc mi prosto w oczy. – W tej kolejce wszyscy udawali, że jest okej, albo gapili się w telefony. Ty byłaś wściekła i nie bałaś się tego okazać. Lubię emocje.
Po kawie poszliśmy na spacer nad Wisłę. Było zimno, więc Radek objął mnie ramieniem. Ten prosty gest sprawił, że przestałam czuć chłód. Czułam tylko jego ciepło.
To był nowy start
Skończyliśmy u niego w mieszkaniu na Pradze. To było mieszkanie z duszą, taką samą jak on. Wiedziałam, że to nie skończy się na rozmowie. Tamtej nocy nie spaliśmy dużo. To było spotkanie dwóch dusz, które nagle zrozumiały, że pasują do siebie jak puzzle.
Kolejne trzy miesiące były jak z filmu. Wprowadziłam się do niego „nieoficjalnie” – moja szczoteczka do zębów i połowa szafy jakoś tam wyemigrowały. Radek był cudowny. Robił mi śniadania, zabierał na nocne przejażdżki po mieście, słuchał moich narzekań. Ale w tle zaczęło się dziać coś niepokojącego.
Zauważyłam, że Radek czasem „znika”. Nie fizycznie, ale mentalnie. Siedzieliśmy na kanapie, oglądając film, a on patrzył w jeden punkt, nieobecny. Kiedy pytałam, co się dzieje, zbywał mnie uśmiechem i całusem w czoło.
– Zmęczony jestem, dużo zleceń – mówił.
Wierzyłam mu. Miłość jest ślepa. Aż do tamtego wtorku.
Miał tajemnicę
Wróciłam do jego mieszkania wcześniej, bo klient odwołał spotkanie. Miałam klucze. Weszłam cicho, chcąc zrobić mu niespodziankę. Usłyszałam jego głos dobiegający z kuchni. Rozmawiał przez telefon. Ton jego głosu był inny – twardy, zimny, pełen złości.
– Mówiłem ci, żebyś tu nie przychodziła. To skończone… Nie obchodzi mnie to… Nie możesz jej w to mieszać.
Zamarłam w przedpokoju. Serce biło mi jak młot pneumatyczny. O kim mówił? O mnie? Radek zakończył rozmowę i walnął telefonem o blat. Weszłam do kuchni. Zobaczył mnie i pobladł.
– Edyta? Co tu robisz tak wcześnie?
– Kim ona jest? – zapytałam wprost, czując, jak w gardle rośnie mi gula.
Próbował kłamać. Widziałam to w jego oczach. Ten sam facet, który mówił, że ceni mnie za to, że jestem prawdziwa, teraz wił się jak piskorz.
– To tylko sprawy zawodowe, była klientka, która nie chce zapłacić i robi problemy…
– Nie kłam! – krzyknęłam. – Słyszałam ton twojego głosu. To nie była klientka. Kim ona jest? Masz żonę? Dzieci?
– Nie! – Podszedł do mnie, chcąc mnie objąć, ale odskoczyłam. – Edyta, posłuchaj… To skomplikowane.
– To mi wytłumacz. Teraz.
Usiadł na krześle i ukrył twarz w dłoniach. Wyglądał nagle na starszego o dziesięć lat.
– To moja była. Marta.
Zaskoczył mnie
Poczułam ukłucie zazdrości, ale to było coś więcej.
– Rozstaliśmy się rok temu. To był toksyczny związek. Ona… ma problemy. Hazard, alkohol. Zadłużyła się u złych ludzi. Kiedy byliśmy razem, próbowałem jej pomóc, wyciągałem ją z tego bagna, ale ona ciągnęła mnie na dno. Prawie straciłem warsztat przez jej długi, które podżyrowałem.
Słuchałam tego w osłupieniu.
– Więc o co chodzi teraz? – zapytałam cicho.
– Znalazła mnie. Wie, że mam kogoś, że jestem szczęśliwy. Chce pieniędzy. Szantażuje mnie, że jeśli jej nie pomogę, przyjdzie do ciebie i zrobi scenę. Że zniszczy to, co mamy. Nie chciałem cię w to mieszać, chciałem to załatwić sam. Chronić cię.
– Chronić mnie? – wybuchnęłam, a łzy napłynęły mi do oczu. – Okłamując mnie? Ukrywając przede mną takie ważne rzeczy? Myślałam, że budujemy coś na zaufaniu!
– Bałem się, że odejdziesz! – krzyknął, wstając. – Że pomyślisz, że jestem jakimś wykolejeńcem, który ma za sobą gangsterskie porachunki i walniętą eks! Edyta, ja cię kocham. Pierwszy raz od lat czuję, że żyję. Nie mogłem zaryzykować.
Czułam żal
Patrzyłam na niego i nie wiedziałam, co czuję. Z jednej strony byłam wściekła za brak szczerości. Z drugiej – widziałam jego desperację. Jego strach.
– Muszę wyjść – powiedziałam, biorąc torebkę.
– Edyta, proszę…
– Muszę pomyśleć.
Przez tydzień nie odzywałam się do niego. Wróciłam do swojego mieszkania, które nagle wydawało się puste i zimne. Ale nie mogłam przestać o nim myśleć. O tym, jak parzył kawę. Jak patrzył na mnie, kiedy myślał, że nie widzę. Czy ja sama byłam bez skazy? Mój bagaż emocjonalny też nie był lekki. Radek zaakceptował moje lęki. Czy ja nie powinnam zaakceptować jego walki?
Zrozumiałam, że miłość to nie tylko pączki. To branie całego pakietu. Nawet tego brudnego i poplątanego. Ale warunkiem była szczerość. Pojechałam do niego w kolejny czwartek. Kupiłam po drodze dwa pączki. Otworzył drzwi. Wyglądał jak cień człowieka. Nieogolony, wymięty t-shirt, podkrążone oczy. Kiedy mnie zobaczył, w jego oczach błysnęła nadzieja zmieszana z przerażeniem.
Wybaczyłam mu
– Możemy pogadać? – zapytałam, wyciągając pudełko z pączkami.
Siedzieliśmy przy tym samym stole, przy którym kiedyś piliśmy pierwszą kawę.
– Załatwiłem sprawę z Martą – powiedział cicho. – Sprzedałem motocykl. Spłaciłem jej ostatni dług u tych typów. Powiedziałem, że to koniec. Że jeśli zbliży się do mnie albo do ciebie, idę na policję, bez względu na konsekwencje. Wyjechała do siostry do Gdańska.
– Sprzedałeś motocykl?
– Motocykl to rzecz. Ty jesteś… wszystkim. Przepraszam, że ci nie powiedziałem. Bałem się. Byłem tchórzem.
Wzięłam go za rękę. Jego dłoń była zimna.
– Jesteś idiotą – powiedziałam, ale w moim głosie nie było już złości. – Ale moim idiotą. Nigdy więcej tajemnic. Rozumiesz? Nawet tych najgorszych. Jesteśmy w tym razem, albo wcale.
– Razem – szepnął, ściskając moją dłoń tak mocno, że aż zabolało. – Obiecuję.
Wtedy, w tamtej kuchni, zrozumieliśmy, że ten kryzys był nam potrzebny. Zburzył iluzję idealnego związku, ale pozwolił zbudować coś prawdziwego na gruzach.
Wciąż jesteśmy razem
Minął rok. Znów był Tłusty Czwartek. Staliśmy w tej samej kolejce, pod tą samą cukiernią. Padał deszcz, było zimno, ludzie narzekali. Radek objął mnie, chroniąc przed wiatrem. Czułam jego oddech na szyi.
– Wiesz – szepnął mi do ucha – mógłbym zrobić te pączki w domu. Wychodzą mi całkiem niezłe.
– Wiem – odpowiedziałam, opierając się o niego. – Ale wtedy ominęłaby nas ta cała magia narzekania. Poza tym muszę sprawdzić, czy znowu nie depczesz komuś po piętach.
Zaśmiał się cicho, a wibracja jego śmiechu przeszła przez moje plecy prosto do serca. Marta nigdy więcej się nie odezwała. Czasem, gdy Radek ma gorszy dzień, widzę cień tamtego strachu w jego oczach. Ale wtedy po prostu jestem. Robię herbatę, biorę go za rękę i przypominam, że jesteśmy zespołem.
Edyta, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki zrobiłam coś, czego wciąż żałuję. Wyrzuty sumienia za tamten wieczór gryzą bardziej niż wełniany sweter”
- „W walentynki postanowiłem przedstawić ojcu swoją ukochaną. Nie przypuszczałem, że aż tak mu się spodoba”
- „Na stare lata zrozumiałam, że mój mąż to cicha woda. Drań myśli, że nie widzę, jak wodzi wzrokiem za innymi kobietami”