„W tłusty czwartek synowa przyniosła wytrawne pączki z twarogiem. Nie mogę patrzeć, jak młodzi niszczą piękną tradycję”
„Zamarłam. Wędzony twaróg? Szczypiorek? W tłusty czwartek? Spojrzałam na moje lśniące, słodkie kule wypełnione różą i poczułam, jakby ktoś właśnie napluł mi do herbaty. Usiadłam ciężko na krześle”.

Kuchnia była moim królestwem, a tłusty czwartek jego najważniejszym świętem. Nie uznawałam półśrodków. Żadnych gotowców z marketu, które smakują jak napompowana gąbka, żadnych mrożonek odgrzewanych w piecach wielkich sieciówek. Pączek musi mieć duszę. A dusza bierze się z ciepła rąk, które go wyrabiają, i z cierpliwości.
Kochałam to
Moja babcia mawiała, że drożdże są jak małe dzieci – nie lubią przeciągów, hałasu i pośpiechu. Na blacie leżała pożółkła kartka z zeszytu z przepisami, poplamiona tłuszczem jeszcze w latach osiemdziesiątych. To była moja biblia. Mąka przesiana dwukrotnie, żeby napowietrzyć ciasto. Żółtka ubite z cukrem na biały puch. Spirytus, dodany w aptekarskiej ilości, żeby pączki nie piły tłuszczu. Każdy ruch był wyreżyserowany przez lata praktyki.
Kiedy wrzuciłam pierwszą partię na rozgrzany tłuszcz, poczułam to specyficzne ukłucie w sercu. Brakowało mi Staszka. Mój mąż kochał ten dzień. Zawsze podkradał pierwszego, jeszcze parzącego pączka, przekładał go z ręki do ręki, sycząc z gorąca, a potem mruczał z zadowolenia, gdy konfitura z róży wypływała na brodę.
Minęły trzy lata, odkąd go nie ma, ale tradycja trzymała mnie w pionie. Robiłam to teraz dla Pawła, naszego jedynego syna. Chciałam, żeby czuł, że dom wciąż jest domem, mimo że on sam od dawna mieszkał na nowym, strzeżonym osiedlu w centrum.
Mieszanie konfitury było dla mnie niemal medytacją. Prawdziwa róża, nie żadna tam marmolada wieloowocowa z dodatkiem aromatu. To są detale, których młodzi dzisiaj nie rozumieją. Dla nich wszystko ma być „instant”, „fit” albo „eko”, a gubią przy tym sens smaku. Kiedy ostatni pączek został polukrowany i posypany kandyzowaną skórką, spojrzałam na zegar. Dochodziła szesnasta. Za chwilę mieli się zjawić.
Robiłam pączki dla nich
Paweł uwielbiał moje pączki. Zawsze, kiedy przyjeżdżał, wspominał smaki dzieciństwa. Jego żona Kinga była specyficzna. Nowoczesna, pracująca w korporacji, zawsze z telefonem przyrośniętym do dłoni. Starała się być miła, ale czułam, że nadajemy na zupełnie innych falach. Dwa różne światy. Mimo to, w tłusty czwartek podziały powinny zniknąć przy wspólnym stole.
Dzwonek do drzwi zabrzmiał punktualnie o szesnastej trzydzieści. Poprawiłam włosy przed lustrem w przedpokoju i otworzyłam z szerokim uśmiechem. Paweł wszedł pierwszy, niosąc bukiet tulipanów. Wyglądał na zmęczonego, ale uśmiechnął się na widok znajomego wnętrza.
– Cześć, mamo. Ale pachnie na klatce, od razu wiadomo, które drzwi twoje – powiedział, całując mnie w policzek.
Za nim weszła Kinga. Ubrana w modny, beżowy płaszcz, z wielką torbą przewieszoną przez ramię i pudełkiem w rękach.
– Dzień dobry, mamo! – zawołała entuzjastycznie. Ona zawsze mówiła do mnie „mamo”, co z jednej strony było miłe, a z drugiej wciąż brzmiało dla mnie nieco nienaturalnie. – Wszystkiego najpyszniejszego!
– Witajcie, dzieci. Rozbierajcie się, herbata już się parzy. Siadajcie do stołu, pączki czekają – wskazałam dumnie na półmisek w salonie.
Przyniosła pączki
Kinga weszła do pokoju i postawiła swoje pudełko tuż obok mojego półmiska. Wyglądało to groteskowo. Moja porcelana, lśniący lukier i to surowe tekturowe coś.
– O, widzę, że mama zaszalała! – powiedziała, patrząc na moje wypieki. – Wyglądają pięknie. Ale my też coś przynieśliśmy. Chciałam pokazać mamie coś nowego. Taki hit tego sezonu.
– Kinga znalazła taką nową piekarnię rzemieślniczą… – zaczął mój syn.
– Otwórz, mamo, zobacz! – zachęciła mnie synowa.
Podeszłam do stołu. Uchyliłam wieko pudełka. W środku leżało sześć pączków. Ale nie wyglądały jak pączki. Były ciemniejsze, matowe, posypane czymś zielonym i… czarnuszką?
– Co to jest? – zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie.
– To są pączki wytrawne! – ogłosiła Kinga z dumą odkrywcy. – Te są z musem z wędzonego twarogu i szczypiorkiem, a tamte z pastą z suszonych pomidorów. Ciasto jest na zakwasie, pieczone, nie smażone w głębokim tłuszczu. Zero cukru, samo zdrowie. Pomyślałam, że to świetna alternatywa, żeby nie czuć się ciężko.
Zniszczyła tradycję
Zamarłam. Wędzony twaróg? Szczypiorek? W tłusty czwartek? Spojrzałam na moje lśniące, słodkie kule wypełnione różą i poczułam, jakby ktoś właśnie napluł mi do herbaty. Usiadłam ciężko na krześle.
– Wytrawne pączki – powtórzyłam powoli, jakbym uczyła się nowego, trudnego słowa w obcym języku. – Z twarogiem i szczypiorkiem.
– Tak! Są genialne, naprawdę. W biurze wszyscy się zajadali. To teraz bardzo modne, takie odczarowywanie tradycji – trajkotała Kinga, wyjmując jeden z tych wynalazków na talerzyk. – Musisz spróbować, mamo.
– Kinguś… – Paweł próbował interweniować, widząc moją minę. – Może najpierw zjemy te mamy? Wiesz, mama stała nad nimi od rana.
– Ależ oczywiście! – Kinga pokiwała głową. – Tylko chciałam urozmaicić stół. Przecież nie musimy jeść tylko słodkiego, prawda? Taka fuzja smaków. Stare z nowym.
Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, czy ona robi to specjalnie. Czy naprawdę nie rozumie, że tłusty czwartek to nie jest dzień na eksperymenty dietetyczne? To dzień rozpusty, cukru, lukru i tradycji, która trwa od pokoleń. Przynoszenie tutaj pieczonego ciasta z czarnuszką było jak przyjście w dresie do opery. To był brak szacunku dla rytuału.
Nie rozumiałam tego
– Dziecko – zaczęłam, starając się opanować drżenie rąk. – Tradycja polega na tym, że jest stała. Pączek to pączek. Słodki, smażony, kaloryczny. Na tym polega jego urok. Że raz w roku zapominamy o dietach i modach.
– Ale mamo, świat idzie do przodu – Kinga nie dawała za wygraną, krojąc ten swój wytwór na kawałki. – Kuchnia ewoluuje. Dlaczego mamy się ograniczać? Poza tym, wiesz, ile kalorii ma taki tradycyjny pączek? Prawie czterysta. A ten tutaj ma połowę mniej i dużo białka.
Czułam, jak krew uderza mi do głowy. Więc o to chodziło. O kalorie. O to wieczne, obsesyjne liczenie każdego kęsa.
– Mój Staszek jadł pączki co roku. I jego ojciec też. I żyli szczęśliwie – powiedziałam ostrzej, niż zamierzałam. – Nie wszystko w życiu musi być „fit”. Czasami jedzenie ma po prostu sprawiać przyjemność i przywoływać wspomnienia. Czym mają pachnieć święta twoich dzieci? Szczypiorkiem?
W pokoju zapadła cisza. Paweł chrząknął znacząco. Kinga zamrugała, nieco zbita z tropu moją reakcją.
– Chciałam dobrze – powiedziała ciszej, odkładając nóż. – Pomyślałam, że może mama będzie chciała spróbować czegoś innego. Że mama dba o zdrowie.
Atmosfera zgęstniała
Paweł sięgnął po mojego pączka.
– Mamo, są wspaniałe jak zawsze – powiedział z pełnymi ustami, sypiąc pudrem na spodnie. – Naprawdę, mistrzostwo świata. Ta róża… nigdzie takiej nie ma.
Uśmiechnęłam się do niego, ale uśmiech ten był wymuszony. Kinga siedziała i skubała swój kawałek wytrawnego pączka. Czułam się winna, że tak naskoczyłam, ale jednocześnie byłam wściekła. Wściekła na ten nowoczesny świat, który wciska się w każdy zakamarek naszego życia, odbierając mu prostotę.
Dlaczego pączek nie może być po prostu pączkiem? Dlaczego wszystko musi być ulepszone, zmodyfikowane, zdrowsze? Czy nie możemy mieć jednego dnia, w którym po prostu cieszymy się smakiem bez wyrzutów sumienia i analizy składu?
– Spróbuj, mamo – Kinga podsunęła mi talerzyk. – Tylko kawałeczek. Proszę. Nie chciałam urazić twoich pączków. One są legendą, Paweł ciągle o nich mówi. Ale może ten też ci posmakuje? Jako przystawka?
Spojrzałam na ten kawałek ciasta. Wyglądał jak zwykła, ciemna bułka. Ale w oczach Kingi widziałam coś, co kazało mi powstrzymać kolejną złośliwość. Widziałam chęć akceptacji. Ona naprawdę myślała, że sprawi mi tym przyjemność. Że pokaże mi „nowy, lepszy świat”. Westchnęłam głośno, tak żeby wszyscy słyszeli, że robię to z poświęceniem.
– No dobrze. Daj ten wynalazek – powiedziałam, biorąc widelec.
Przełamałam się
Wzięłam kawałek do ust. Spodziewałam się czegoś okropnego. Suchego ciasta, dziwnego posmaku. Przeżułam powoli. Ciasto było wilgotne, delikatnie słone, a farsz z twarogu miał wyraźną, dymną nutę. Szczypiorek dodawał ostrości. Było… smaczne.
To było najgorsze. To było naprawdę smaczne. Nie jak pączek, bo dla mnie to nigdy nie będzie pączek, ale jako wytrawna bułeczka do barszczu byłoby idealne. Jednak przyznanie tego głośno nie przechodziło mi przez gardło.
– I jak? – zapytała Kinga z nadzieją.
– Ciekawostka – mruknęłam, odkładając widelec. – Ale to nie jest pączek, dziecko. To jest bułka z twarogiem. Pączek musi być słodki. Taka jest definicja. Możecie sobie to nazywać, jak chcecie w tych waszych korporacjach, ale nie zmieniajcie znaczenia słów.
Kinga spuściła wzrok, ale widziałam, że kącik jej ust lekko drgnął.
– Ale zjadliwe? – dopytywała.
– Zjadliwe – przyznałam niechętnie. – Może do zupy by pasowało. Ale na deser to tylko profanacja.
Osiągnęłyśmy kompromis
Paweł wybuchnął śmiechem, rozładowując napięcie.
– No to mamy kompromis. Zjadliwa profanacja. Kinga, podaj mi jeszcze jednego tego od mamy, bo zaraz pęknę, ale nie mogę się powstrzymać.
Reszta wieczoru upłynęła w miarę spokojnie. Paweł zjadł cztery moje pączki, Kinga jednego mojego (z wyraźnym trudem, bo „cukier”), a resztę czasu spędziliśmy na rozmowach o ich planach wakacyjnych. Ale to pudełko z wytrawnymi pączkami wciąż stało na stole, niczym niemy wyrzut sumienia i symbol zmian, które nadchodzą, czy tego chcę, czy nie. Kiedy wychodzili, wcisnęłam im w ręce wałówkę. Pączki dla Pawła do pracy, słoik bigosu. Kinga przytuliła mnie na pożegnanie.
– Dziękujemy, mamo. Twoje pączki są naprawdę wyjątkowe. Przepraszam, jeśli zrobiłam przykrość z tymi moimi.
– Oj, daj już spokój – machnęłam ręką. – Przynajmniej wiem, co teraz jada młodzież. Ale za rok, jak przyjedziecie, to proszę bez wynalazków. Tradycja to tradycja.
– Zobaczymy – zaśmiała się. – Może za rok będą pączki z jarmużem?
– Tylko po moim trupie! – zawołałam za nimi, gdy zjeżdżali windą.
Przemyślałam to
Wróciłam do pustego mieszkania. Cisza znowu zadzwoniła mi w uszach. Sprzątałam ze stołu. Spojrzałam na niedojedzone pączki z twarogiem, które zostały w pudełku. Zrobiłam sobie nową herbatę. Usiadłam w fotelu Staszka. Patrzyłam na ten nowoczesny wypiek, aż sięgnęłam po niego. Zjadłam go w ciszy. Był dobry. Inny, obcy, ale dobry.
Może to ja jestem zbyt uparta? Może tak bardzo boję się, że świat o mnie zapomni, że traktuję każdą nowość jak atak? Synowa przyniosła je, bo chciała się podzielić czymś swoim. Czymś, co dla niej jest ważne. A ja potraktowałam to jak wypowiedzenie wojny.
Wstałam i podeszłam do okna. Miasto migotało światłami. Gdzieś tam, w jednym z tych mieszkań, byli mój syn i jego żona. Są inni. Żyją inaczej, jedzą inaczej, ale przyjechali. Pamiętali. I to jest chyba ważniejsze niż to, czy pączek ma w środku różę, czy szczypiorek.
Halina, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam na ferie do teściów, bo chciałam naprawić relacje. Wróciłam z poczuciem, że dla nich zawsze będę intruzem”
- „Na bal karnawałowy z teściami poszłam z przymusu. Ta 1 rozmowa sprawiła, że odzyskałam wiarę w swoje możliwości”
- „Gdy owdowiałam, odzyskałam władzę nad życiem. Wreszcie mam czas dla siebie i nie muszę robić w domu za praczkę”