„W tłusty czwartek przy stole udawałam szczęśliwą żonę. Jedno spojrzenie mojego męża zdradziło więcej niż tysiąc słów”
„Talerz z pączkami stał pośrodku jak świąteczny symbol normalności. Sięgnęłam po jednego nie wiem po co. Mąż siedział naprzeciwko mnie, oparty wygodnie, z dłonią nonszalancko położoną na blacie. Uśmiechał się do mojej siostry, coś jej tłumacząc, a ja obserwowałam go ukradkiem, jakby był kimś obcym”.

- Redakcja
W tłusty czwartek w kuchni pachniało cukrem pudrem i smażonym ciastem, a ja krzątałam się między stołem a blatem, uśmiechając się dokładnie tak, jak należało. Rodzina rozmawiała głośno, ktoś żartował, ktoś sięgał po kolejnego pączka. Kiedy podniosłam wzrok, złapałam spojrzenie męża. Trwało ułamek sekundy, ale wystarczyło, żebym zrozumiała, że to, co udajemy, już dawno przestało być prawdą.
Słodki zapach, gorzki spokój
Usiadłam przy stole, wreszcie na chwilę przestając krążyć między kuchnią a salonem. Talerz z pączkami stał dokładnie pośrodku, jak świąteczny symbol normalności. Sięgnęłam po jednego, bardziej z przyzwyczajenia niż z ochoty. Mąż siedział naprzeciwko mnie, oparty wygodnie o krzesło, z dłonią nonszalancko położoną na blacie. Uśmiechał się do mojej siostry, coś jej tłumacząc, a ja obserwowałam go ukradkiem, jakby był kimś obcym.
– No jedz, bo wystygną – rzuciła mama, patrząc na mnie z troską. – Cały dzień w tej kuchni, nawet nie spróbowałaś.
– Zaraz – odpowiedziałam szybko i wzięłam kęs. Ciasto było miękkie, słodkie, dokładnie takie jak zawsze. A jednak miałam wrażenie, że coś mi w nim przeszkadza, jakby cukier osiadał nie tam, gdzie trzeba.
– Wszystko w porządku? – zapytał nagle mąż, spoglądając na mnie uważniej niż dotąd.
Podniosłam głowę. Znów to spojrzenie. Tym razem dłuższe, cięższe. W jego oczach nie było czułości ani nawet zniecierpliwienia. Było napięcie. I coś jeszcze, czego nie umiałam nazwać, ale co niemal ścisnęło mnie w środku.
– Jasne – odpowiedziałam z uśmiechem, który miał wyglądać naturalnie. – Zmęczona trochę.
– No tak, zawsze bierzesz wszystko na siebie – wtrąciła teściowa, poprawiając serwetkę. – Powinnaś czasem odpocząć.
Skinęłam głową, nie komentując. Wiedziałam, że gdybym otworzyła usta, mogłoby wypłynąć coś zupełnie innego niż grzeczna odpowiedź. Mąż odwrócił wzrok, sięgając po telefon. Przez chwilę patrzył w ekran, a potem szybko go odłożył, jakby się sparzył. Zauważyłam to. Tak samo jak zauważyłam, że od kilku tygodni robił dokładnie to samo. Krótkie spojrzenia, szybkie ruchy, nerwowe milczenie. Niby był obok, a jednak coraz dalej.
– Pomóc ci z kawą? – zapytał, wstając nagle.
– Nie trzeba – odpowiedziałam odruchowo. – Zaraz sama…
Nie czekał. Wyszedł do kuchni, zostawiając mnie z niedokończonym zdaniem i uczuciem, że coś wymyka mi się spod kontroli. Rodzina dalej rozmawiała, śmiała się, planowała kolejne spotkania. A ja siedziałam w samym środku tego hałasu, czując się dziwnie cicho. Wiedziałam już, że to nie jest zwykły tłusty czwartek. Że pod tą warstwą lukru i uśmiechów kryje się rozmowa, której oboje unikamy. I że prędzej czy później ktoś będzie musiał ją zacząć.
Między kuchnią a ciszą
W kuchni zastałam go stojącego przy oknie. Trzymał kubek z kawą, choć ekspres jeszcze nawet nie zdążył zapikać. Patrzył na podwórko, jakby tam było coś ważniejszego niż wszystko, co działo się za jego plecami. Zatrzymałam się w drzwiach, niepewna, czy powinnam się odezwać.
– Nie musiałeś – powiedziałam w końcu, wskazując na blat. – Sama bym zrobiła.
– Wiem – odpowiedział spokojnie, nie odwracając się. – Chciałem po prostu… wyjść na chwilę.
Te słowa zawisły w powietrzu. Wyjść. Zawsze mówił to samo, gdy czegoś nie chciał tłumaczyć. Oparłam się o szafkę, krzyżując ręce, żeby ukryć lekkie drżenie dłoni.
– Od kilku tygodni ciągle gdzieś wychodzisz – zauważyłam, starając się, by mój głos brzmiał zwyczajnie. – Nawet kiedy jesteś w domu.
W końcu się odwrócił. Spojrzał na mnie uważnie, jakby pierwszy raz naprawdę mnie widział. Przez moment miałam wrażenie, że coś powie, że wreszcie przestaniemy udawać. Ale on tylko westchnął i odstawił pusty kubek.
– Przesadzasz – rzucił cicho. – Wymyślasz sobie rzeczy.
– Naprawdę? – zapytałam. – A to spojrzenie przy stole? To też sobie wymyśliłam?
Zamilkł. W tym milczeniu było więcej niż w jakiejkolwiek odpowiedzi. Przesunął dłonią po blacie, jakby szukał oparcia, a potem usiadł ciężko na krześle.
– Nie teraz – powiedział w końcu. – Nie przy wszystkich.
– Zawsze mówisz „nie teraz” – odpowiedziałam szybciej, niż planowałam. – A potem mija dzień, tydzień, miesiąc. I dalej jesteśmy w tym samym miejscu.
Drzwi do kuchni uchyliły się lekko. Z salonu dobiegał śmiech, czyjś głośny komentarz o pączkach z różą. Poczułam, jak bardzo nie pasuję do tego obrazu.
– Oni myślą, że jesteśmy szczęśliwi – dodałam ciszej. – A ja już nie wiem, czy potrafię jeszcze to grać.
Podniósł na mnie wzrok. Tym razem bez ucieczki, bez telefonu, bez okna.
– Ja też nie wiem – przyznał.
To było pierwsze szczere zdanie, jakie od niego usłyszałam od dawna. I choć zabolało, przyniosło dziwną ulgę. Bo wiedziałam już, że coś musi się zmienić. Nawet jeśli jeszcze nie byłam gotowa usłyszeć, jak bardzo.
Gdy opadł cukier puder
Do salonu wróciliśmy osobno. On pierwszy, ja dopiero po chwili, kiedy zdążyłam obmyć twarz zimną wodą i upewnić się, że na zewnątrz nadal wyglądam jak ta sama osoba. Usiadłam obok niego, choć dzieliła nas wyraźna przestrzeń, jakby ktoś specjalnie odsunął nasze krzesła.
– Kawy jeszcze ktoś chce? – zapytałam głośniej, niż było trzeba.
Kilka osób przytaknęło. Wstałam, wdzięczna za pretekst, by znów się ruszać. Czułam na sobie jego wzrok, ale nie spojrzałam w jego stronę. Bałam się, że jeśli to zrobię, nie wytrzymam. Kiedy nalewałam kawę, usłyszałam głos mojej siostry.
– Wszystko okej? – zapytała półgłosem, stając obok mnie. – Jesteś jakaś nieobecna.
– W porządku – odpowiedziałam automatycznie. – Po prostu zmęczenie mnie dopada.
Kiwnęła głową, ale widziałam, że nie do końca mi wierzy. Zawsze mnie wyczuwała. Wróciłam do stołu, stawiając filiżanki. Mąż podziękował cicho, nie patrząc mi w oczy. To zabolało bardziej niż wcześniejsza rozmowa w kuchni.
– A pamiętasz, jak w zeszłym roku przypaliłaś pączki? – zaśmiała się teściowa. – Myślałam, że tego dymu nigdy się nie pozbędziemy.
– Pamiętam – odpowiedziałam z uśmiechem. – Wtedy jakoś łatwiej było się z tego śmiać.
Zapadła krótka cisza, której nikt poza mną chyba nie zauważył. Mąż poruszył się niespokojnie. Spojrzał na zegarek.
– Może będziemy się zbierać – rzucił. – Jutro wcześnie wstajemy.
To była nowość. Zwykle siedzieliśmy do końca, pomagaliśmy sprzątać. Teraz jego głos był zdecydowany, jakby podjął decyzję za nas oboje. Poczułam ukłucie złości, ale i ulgę. Wiedziałam, że jeśli zostaniemy dłużej, coś we mnie pęknie. Pożegnania były szybkie, pełne uprzejmych słów i obietnic kolejnego spotkania. Kiedy zamknęłam za nami drzwi naszego mieszkania, cisza uderzyła mnie z całą mocą. Zdjęłam buty, odłożyłam płaszcz i stanęłam w przedpokoju.
– I co teraz? – zapytałam w końcu.
Spojrzał na mnie. Tym razem bez ucieczki.
– Teraz przestajemy udawać – odpowiedział cicho.
Cała prawda bez lukru
Usiedliśmy naprzeciwko siebie w kuchni, przy tym samym stole, przy którym jeszcze godzinę wcześniej śmiali się wszyscy. Na blacie stał talerz z kilkoma pączkami. Już zimnymi, nietkniętymi. Nagle wyglądały zupełnie obco.
– Powiedz to wreszcie – poprosiłam. – Bez owijania, bez „zaraz”, bez udawania.
Długo milczał. Słyszałam tykanie zegara, szum lodówki, własny oddech. W końcu podniósł głowę.
– Od dawna czuję, że jesteśmy bardziej obok siebie niż razem – zaczął powoli. – I zamiast to naprawiać, uczyłem się, jak to ignorować.
– A ja uczyłam się, jak to maskować – odpowiedziałam. – Przed innymi. Przed sobą.
Nie zaprzeczył. Skinął tylko głową.
– To spojrzenie przy stole… – dodałam. – Wtedy zrozumiałam, że już nawet nie starasz się udawać.
– Bo nie chciałem już kłamać – powiedział. – Ani przed tobą, ani przed sobą.
Zrobiło mi się ciężko, ale jednocześnie poczułam coś jeszcze. Ulgę. Bo prawda, choć bolesna, była prostsza niż ciągłe zgadywanie.
– Co dalej? – zapytałam spokojniej, niż się spodziewałam.
– Jeśli mamy zostać razem, to inaczej niż dotąd – odpowiedział. – A jeśli nie… to też musimy to powiedzieć na głos.
Patrzyłam na niego długo. Na człowieka, którego kiedyś znałam na wylot, a który z czasem stał się zagadką. Wreszcie wstałam, wzięłam jeden pączek i przekroiłam go na pół.
– To spróbujmy jeszcze raz – powiedziałam. – Ale bez tego cholernego udawania.
Uśmiechnął się słabo. Nie było w tym uśmiechu obietnicy łatwego życia. Była za to szczerość. Ale na tamten moment to wystarczyło. Tego dnia przestałam być szczęśliwą żoną na pokaz. Zaczęłam być sobą. I choć nie wiedziałam, dokąd nas to zaprowadzi, wiedziałam jedno – gorzej już na pewno nie będzie.
Kalina, 58 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że pączki w tłusty czwartek będą pretekstem do spotkania. Stały się dowodem, że nikt już mnie nie potrzebuje”
- „Pojechaliśmy z mężem na ferie osobno, by nieco od siebie odpocząć. Już wtedy czułam, że oboje stąpamy po cienkim lodzie”
- „Pożyczyłem od babci 10 tysięcy, ale odeszła, zanim zdarzyłem jej je oddać. Nie mogę się z tym pogodzić”